poniedziałek, 11 lipca 2016

Leśna Polana Odcinek 4...

...w którym sielankowy nastrój powoli pryska.



Julka wpadła w ciemne wnętrze starej, obdrapanej kamienicy i pomknęła po schodach na górę, jakby nagle dostała skrzydeł. Bo tak się właśnie czuła. Jakby ktoś uchylił drzwi klatki, w której była zamknięta od niepamiętnych czasów. Chyba od zawsze. Od kiedy rodzice, których nigdy nie odnalazła, oddali ją do bidula. Boże, jak pragnęła poczuć to, co czują kochające i kochane dzieci: czuły dotyk dłoni matki, głos ojca, czytający bajki na dobranoc… Matki szukała w opiekunkach, potem odnalazła jej namiastkę w Gabrysi i Majce. Ojca zaś… Właśnie namiastka ojca otwierała drzwi, mierzyła Julę przekrwionymi, płonącymi wściekłością oczami i cedziła przez zęby:
- Gdzie byłaś, szmato? Wydzwaniam do ciebie przez całe popołudnie…
Julka skuliła ramiona.
Dobrze, że Majka nie słyszy tego „szmato” – przemknęło jej przez myśl. Właśnie dlatego jej przyjaciółki nie poznały do tej pory Tomasza Łosko. Majka, widząc, jak chwyta Julię za ramię tak silnie, że ona tłumi jęk, chyba wgryzłaby mu się w gardło…
Szarpnął ją za sobą do korytarza, zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Gdy odwracał się do Julii z powrotem, skuliła się jeszcze bardziej. Był podpity. Nie schlany, bo znalazłaby go rozwalonego na wersalce, a podpity. I w takim stanie bywał brutalny. Zrobił krok w jej kierunku. Cofnęła się odruchowo. Oparła plecami o ścianę.
Muszę uciekać! Nie jestem sama! Dziewczyny na mnie czekają! – krzyczał jej umysł, ale ciało nie chciało usłuchać.
Ponownie chwycił ją za ramię.
- Powiesz swoim przyjaciółeczkom, żeby spierdalały – wywarczał, ciągnąc nieopierającą się dziewczynę w stronę okna. Kiwnęła szybko głową. – A potem… potem porozmawiamy inaczej…
Otwierała okno drżącymi rękami, z trudem powstrzymując łzy. Wolność była tak blisko. Tam, na ulicy. W czerwonej, sportowej maździe…
- Nie czekajcie na mnie! – krzyknęła do Majki. – Spakuję się i… - Nie zdążyła ugryźć się w język. – Jedźcie już! Do zobaczenia! – dokończyła łamiącym się głosem.
- Jesteś pewna? – Majka przyglądała się wychylonej przez okno Julii, nieprzekonana.
Wiele razy odwoziła ją pod dom któregoś z Misiów-Pysiów i wracała do siebie, ale tego wieczoru nie chciała tego robić. Coś szeptało jej w duszy, nie szeptało, krzyczało!, że powinna zabrać Julię teraz, natychmiast, ale skoro ta powtarza po raz trzeci, że sobie tego nie życzy…
Okno na piętrze zamknęło się z trzaskiem.
Majka spojrzała na przyjaciółkę.
- Jedziemy?
- A co innego możemy zrobić. Wygląda na to, że Julia wybrała…
I mówisz to tak spokojnie ty, Gabrielo Leszeńska, która też kiedyś dokonałaś kiepskiego wyboru?
- Zadzwonię do niej i zapytam, dlaczego, do jasnej cholery, już się wyłamuje z naszego zakładu. – Majka chwyciła komórkę i nadal patrząc w okno starej kamienicy, czekała, aż przyjaciółka odbierze.
- Słuchaj, nie mogę teraz rozmawiać, Tomek jest wściekły – wyszeptała Julia szybko, nie dając jej dojść do słowa. – Ułagodzę go, zrobię mu dobry obiad i będzie wszystko w porządku.
- Miałyśmy… - zaczęła Majka, ale Julia rozłączyła się.
- I co? – zapytała Gabrysia.
Majka wzruszyła ramionami.
- To co zwykle. Ułagodzi, ugotuje mu obiadek, poda siebie na deser. Nie ma sensu wystawać pod jej oknem, niczym cholerny Romeo. Jedziemy.
Julia odprowadziła pustym spojrzeniem odjeżdżający samochód, a potem odwróciła się powoli, czując jak gardło zaciska się ze strachu, a serce zaczyna łomotać tak, jakby ono samo chciało wyrwać się z klatki.
- Tomek, ja ci wszystko wytłumaczę – zaczęła jękliwym głosem.
- Spakujesz się? – wycedził, unosząc pięść. – A dokąd to się wybierasz? – I uderzył


Majka prowadziła swoją śliczną czerwoną mazdę co i rusz zerkając na siedzącą obok Gabrielę. Bardzo, ale to bardzo nie podobało się jej zakończenie dzisiejszej eskapady. Zwykle wsiadały w samochód, szczęśliwe, że udało im się wspólnie wyrwać na włóczęgę po drogach i bezdrożach Polski; przez całą drogę przekrzykiwały się w opowiadaniu, co u której wydarzyło się od czasu ostatniego spotkania; po drodze wstępowały na kawę, potem oglądały ruderę, którą wynalazła Gabrysia, bez żalu wsiadały z powrotem do samochodu i znów, wśród żartów i przekomarzań, wszystkie trzy zadowolone z ranka i popołudnia spędzonego w swoim towarzystwie, wracały do Warszawy. Zwykle zbaczając na chwilę na obiad, który fundowała oczywiście Majka. Poszukiwania wymarzonego domku Gabrysi były chyba w tym wszystkim najmniej ważne – choć Gabi stanowczo by zaprzeczyła - ważniejsze były chwile z przyjaciółkami, którym można było ufać i zwierzać się ze wszystkiego.
Prawie wszystkiego – pomyślała Majka, mając w pamięci wycinek gazety.
- Powiedz coś – odezwała się na głos.
Gabriela wzruszyła ramionami.
- Nie ma o czym mówić.
Nie pytam cię o ten dom, moja kochana – odparła Majka w myślach. – Chciałabym wiedzieć, czy to, co przeczytałam, jest prawdą. Chciałabym, byś zaufała mi i Julii na tyle, by nam o tym opowiedzieć. By wyrzucić to z siebie. Wypłakać cały ten ból, który – widzę to przecież – wciąż w sobie nosisz. Jeżeli ten dom miałby ci w tym pomóc, stanę na głowie, a go dla ciebie zdobędę, tylko zacznij mówić. Zaufaj mi wreszcie!
- Tam na polanie było naprawdę pięknie, a ten dom nie jest wcale w tak złym stanie, jak mogłoby się wydawać – spróbowała raz jeszcze.
Gdyby powiedziała to dwie godziny wcześniej, gdy siedziały na ławeczce pod lipą, Gabrysia prawdopodobnie rzuciłaby się jej z piskiem na szyję, uściskała i ucałowała, szczęśliwa i wdzięczna za dobre słowa.
Teraz siedziała w milczeniu, z głową odwróconą w stronę okna.
- Nie mów, że przestało ci na nim zależeć…
- Przestało! – wybuchnęła. – Raz na zawsze skończyłam z poszukiwaniami domu! Będę do końca życia mieszkać w wynajętych norach, a tobie nic do tego! Ty masz swój piękny apartament z jeszcze piękniejszym widokiem i nigdy, nigdy nie zrozumiesz ani mnie, ani Julii. Nigdy! Nie wiesz, co to znaczy nie mieć forsy na czynsz, nie boisz się, że twój ojciec umrze, jeśli nie wystarczy ci pieniędzy na leki dla niego, nie chodziłaś nigdy w ciuchach z second handu, nie masz pojęcia jak to jest żyć od pierwszego do pierwszego, a gdy jednak nie wystarcza, wspomagać się pieprzoną mini-ratką na lichwiarski procent! Skąd mam wziąć pieniądze na ten dom, skoro brakuje mi chleb?!
- Pozwól sobie pomóc – wycedziła Majka. – Nie jesteś sama. Masz Julię. Masz mnie.
Nagle zjechała gwałtownie na pobocze, nic sobie nie robiąc ze wściekłego trąbienia samochodów i spojrzała Gabrieli prosto w twarz:
- Ale ty nie chcesz pomocy. Wolisz sama walczyć z całym światem i przegrywać, a wiesz dlaczego?
Gabriela zmrużyła oczy, jakby przygotowywała się na cios. Albo atak.
- Bo lubisz robić za męczennicę. – Majka wbiła jej te słowa wprost w serce. – Lubisz się umartwiać, skarżyć na zły los, być ofiarą.
- Jesteś podła. Wysiadam… - odezwała się Gabrysia głosem nabrzmiałym od łez, ale nie z Majką te numery, o nie… Ona nie po to raniła przyjaciółkę, rzeczywiście podle, bez litości, by teraz pozwolić jej uciec. Chwyciła ją za ramię. Blokada drzwi szczęknęła cicho.
- Nie pozwolę ci wysiąść, dopóki nie wysłuchasz wszystkiego, co mam ci do powiedzenia – zaczęła Majka spokojnym, niemal beznamiętnym tonem. – Nigdy nie powiedziałaś ani nam, swoim najbliższym przyjaciółkom, ani terapeutom, z jakiego powodu znalazłaś się w Komorowie. Wiemy jedynie, że ledwo wyciągnięto cię z ciężkiej depresji, ale dlaczego w nią wpadłaś, nie mam pojęcia. Widziałam tylko bliznę na twoim barku…
W tym momencie Gabrysia skuliła się jak od uderzenia.
- … więc mogę się domyślać, że spotkało cię coś złego – mówiła dalej Majka, nie zważając na błagające o litość spojrzenie przyjaciółki. – Nie chcesz powiedzieć, co to było? Szanuję twoje milczenie. Ale nie rozumiem, dlaczego sama siebie tak katujesz. Za co się karzesz. Czy chociaż to możesz mi wyjaśnić?
Puściła jej ramię i ze ściśniętym sercem patrzyła, jak Gabrysia walczy ze łzami.
- Ja… Ja jeszcze nie jestem gotowa… - wydusiła wreszcie.
Minęło osiem lat, a ty jeszcze nie jesteś gotowa? – pomyślała ze smutkiem Majka. – Jak ci pomóc, kobieto? Co zrobić, byś kiedyś była jeszcze szczęśliwa? Byś miała uśmiech także w oczach, nie tylko na twarzy, na potrzeby przyjaciół?
- Gaba, ja się poddaję – odezwała się na głos, unosząc ręce. – Nie potrafię pomóc komuś, kto nie chce tej pomocy, kto odrzuca wyciągniętą dłoń…
- Majka… - zaczęła Gabriela błagalnym tonem. Nie chciała stracić przyjaciółki! Nie mogła! Kochała ją, jak siostrę, ale… Jeżeli rzeczywiście tak było, powinna teraz, gdy Majka daje jej ostatnią szansę, zacząć mówić. Wyrzucić z siebie wszystko, co pochowała głęboko, tak głęboko, by zapomnieć, nie czuć, nie zwariować. Przecież może Majce zaufać, jak nikomu innemu.
- Ja… - zaczęła i nagle krtań zacisnęła się tak mocno i boleśnie, że następne słowa nie mogły się wydostać. Zabrakło oddechu. Zacisnęła powieki, próbując odpędzić obrazy i wspomnienia z przeszłości, zepchnąć je w nieświadomość. W kącikach oczu pojawiły się łzy. Gdy poczuła na ramieniu dłoń przyjaciółki wstrząsnęła się, jakby to było uderzenie, a nie delikatne zaciśnięcie palców.
- Już dobrze, Gabiniu, już wszystko dobrze – usłyszała kojący głos Majki. Złapała pierwszy haust powietrza. Opadła na siedzenie śmiertelnie zmęczona.
- Zawieź mnie do domu, proszę – wyszeptała.
Majka bez słowa uruchomiła silnik i włączyła się do ruchu. Parę minut później patrzyła, jak Gabriela przygarbiona, postarzała o dziesięć lat, wlecze się w stronę klatki schodowej. Jeszcze się odwróciła, jeszcze pomachała przyjaciółce ręką, ale… wyglądała jak ktoś, kto stracił wszelką nadzieję.
Majka zacisnęła zęby, aż zgrzytnęło, zawróciła z piskiem opon i jadąc w kierunku Powiśla, rzuciła w przestrzeń:
- Naprawdę myślałaś, koleżanko sympatyczna, że ja to tak zostawię? To nie znasz Majki Trojanowskiej.
Zajmie się tą ruderą, którą wymarzyła sobie Gabriela, ale już nie dzisiaj. Nadchodził wieczór, a wieczorami Majka wyruszała na polowanie. Chrzanić terapie, chrzanić mądre słowa psychologów i przyjaciółek również. Seksoholiczka? Nimfomanka? Co za bzdury! Ona po prostu lubiła seks i nie cierpiała zasypiać w pustym łóżku. Potrzebowała kogoś, kto będzie najpierw w niej, potem obok, a nad ranem wymknie się cicho i zniknie, by więcej się nie pojawić. Bez komplikacji, bez problemów, bez łzawych wyznań i deklaracji. Tak po prostu.
Majka wpadnie więc na chwilę do swojego apartamentu, tak bezosobowego, jak hotelowy pokój, wybierze jedną z setki sukienek, obcisłych, doskonale podkreślających jej piękne, kobiece kształty, nieco wyzywających, ale nie na tyle, by wzięto ją za dziwkę. Zrobi perfekcyjny makijaż, choć i bez niego olśniewała ognistą, latynoską urodą. A potem wezwie taksówkę i ruszy w miasto. Właśnie otworzyli nowy klub. Warto spróbować…


- Bracie, jak ty coś wymyślisz… I jak ty mnie czasem wkurzasz… - Patryk Prado pokręcił głową, sprawdzając w iPhonie, czy zdąża w dobrym kierunku.
Marcin, jego bliźniak, miewał róże pomysły na spędzanie wieczorów w Warszawie, do której co jakiś czas wracali. Tym razem znalazł jakiś nocny klub w tej okolicy i mimo dziewięciu godzin spędzonych w samolocie jeszcze miał siły na imprezowanie.
Patryk, który marzył tylko o tym, by wyciągnąć się w wygodnym, hotelowym łóżku i po prostu zasnąć, błądził po ciemnych uliczkach warszawskiej Woli zastanawiając się nie po raz pierwszy, czy bardziej bliźniaka kocha, czy nienawidzi. Nie był typem imprezowicza, tak jak Marcin, nie odpowiadało mu towarzystwo naćpanych facetów i namolnych kobiet, ale jego nieznośny bliźniak…
Zaraz po przyjeździe do Warszawy, przez Gdańsk, żeby było ciekawiej, gdzie na polecenie Wiktora podstawiono jego srebrne volvo, zupełnie jakby nie mogli dolecieć po prostu do stolicy, wziąć samochód z parkingu i pojechać do Hotelu Bristol – „Chcę się przejechać” to było jedyne wytłumaczenie, jakie rzucił im starszy brat, więc przejechali pół Polski, zahaczając po drodze o jakąś ruderę – Patryk jeszcze nie zdążył otworzyć walizki w swoim apartamencie, gdy wpadł Marcin, już przebrany i z włosami jeszcze wilgotnymi po kąpieli i wypalił swoje zwyczajowe:
- Nosi mnie. Idziemy w miasto?
Patryk posłał mu pełne nienawiści spojrzenie.
- Mamy za sobą dziewięć godzin lotu i pięć wycieczki krajoznawczej. Jestem skonany. Nie mógłbyś choć raz odpuścić?
- Pat, chociaż na dwie-trzy godziny… - Marcin próbował jeszcze ubłagać brata. – Do północy wytrzymasz…
- Znając ciebie skończysz o trzeciej nad ranem a ja chcę po prostu odespać podróż! Nie możesz odłożyć balangi do jutra?!
Marcin westchnął ciężko i rzekł, co również należało do rytuału.
- Idziemy do Wiktora.

Najstarszy z braci zajmował największy, najbardziej ekskluzywny i najdroższy oczywiście apartament w hotelu, chociaż na Krakowskim Przedmieściu, dosłownie dwa kroki stąd miał przepiękne mieszkanie z widokiem na Wisłę. Patryk zapytał go kiedyś, po co im te wszystkie Bristole, skoro wszyscy troje mają własne mieszkania.
Wiktor uśmiechnął się wtedy, patrząc na swoje ręce. Potem rozejrzał się po hotelowym apartamencie.
- To była moja pierwsza robota, na jaką załapałem się zaraz po ucieczce. Nie pytali o wiek, nie chcieli dokumentów, tylko ludzi, którzy mają siłę i chęci do pracy. Pamiętasz, ile wtedy miałem lat?
O tak, ten dzień wrył się Patrykowi w pamięć szczególnie mocno.
- Szesnaście – odparł cicho.
- Urobiłem sobie ręce przy remoncie tego hotelu do łokci – mówił dalej Wiktor, patrząc przez okno niewidzącym spojrzeniem.
To Patryk też pamiętał. Brata, który wracał wieczorem do zapluskwionej nory, wynajętej za grosze, tak skonanego, że nie miał siły nawet zjeść kolacji.
- Majster cenił mnie i lubił, bo się nie opieprzałem, jak cała reszta, musiałem mieć tę pracę…
Młodszy brat kiwnął głową. Marcin, który od jakiejś chwili stał w drzwiach, milczał, mając w oczach mieszaninę miłości i nienawiści. Miłości do brata, który uratował im życie i nienawiści do tamtego…
- Ale nieraz zdarzało się, że po prostu nie miałem już sił. – Wiktor uśmiechnął się krzywo. On i „nie miał sił”?! - Stawałem wtedy w oknie tego cholernego hotelu, jak stoję, teraz i przyrzekałem sobie, że kiedyś tu wrócę i wynajmę najdroższy apartament, właśnie ten. Że za każdym razem, gdy będę wracał do tego przeklętego miasta, będę przez parę dni mieszkał właśnie tutaj, gdzie mało nie straciłem ręki, a moją krew macie w posadzce pod nogami.
Odruchowo spojrzeli w dół. Roześmiał się. Już normalnie. Potoczył dokoła przytomnym wzrokiem.
- A ja, jak wiecie, dotrzymuję słowa. Pytanie, jakie mam do was, brzmi: dlaczego wy zatrzymujecie się w tym hotelu, skoro obaj macie mieszkania na Starówce?
Marcin z Patrykiem spojrzeli po sobie. Przecież to było jasne, jak słońce.
- Bo ty tu jesteś.
Uniósł kącik ust w uśmiechu. On i jego bracia. Nierozłączni. „Trzej muszkieterowie” jak mówiła o nich matka, kiedy była jeszcze ich matką. Zawsze mogli na siebie liczyć i nigdy żaden nie zawiódł.
Dzisiaj, po przyjeździe z Gdańska – sam nie wiedział, co za licho go podkusiło, by przedłużyć podróż o parę godzin, do chwili gdy podnosząc pierścionek z ławeczki pod lipą nie zrozumiał, że to nie licho, a przeznaczenie – od razu usiadł za biurkiem i włączył laptop, logując się do hotelowej sieci. Ponad sto nowych wiadomości… Westchnął tylko. On był szefem firmy Prado Ltd i zajmował się wynajdowaniem okazji na zarobienie pieniędzy, Patryk zajmował się obsługą prawną, a Marcin, z tym swoim uroczym uśmiechem i zdolnością oczarowania każdego i każdej, był ich firmy wizytówką. To on negocjował najlepsze ceny i warunki kontraktu. To on potrafił kupić i sprzedać wszystko. Razem stanowili nierozłączne, znakomicie zgrane trio.
Przeglądał właśnie któryś z maili, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Westchnął tylko, bo spodziewał się go od początku.
Pierwszy do pokoju wpadł Patryk, za nim Marcin.
- Temu kretynowi jeszcze mało! Jeszcze mu się imprezowania chce. Możesz mu powiedzieć, żeby dał choć dzisiaj spokój i spieprzał do swojego pokoju pornosy oglądać?!
Tak wkurzonego Patryka Wiktor dawno nie widział…
- Przecież wiecie, że gdy przyjeżdżam do tego przeklętego miasta, po prostu mi odbija – zaczął Marcin obronnym tonem. Wiedzieli. Obaj czuli to samo: nienawidzili Warszawy, nienawidzili wspomnień z nią związanych, a jednak musieli wracać tutaj co jakiś czas, by przypominać sobie to, co było potem. Te szczęśliwe chwile.
- To niech ci odbija! Idź w miasto, schlaj się i naćpaj, zalicz kilka lasek, tylko nie ciągnij mnie za sobą! Nie jestem jego pieprzoną niańką, słyszysz Wiktor?!
Ten uniósł wzrok znak laptopa.
- Słyszę. Ale ktoś musi pilnować tego gówniarza.
Marcin na słowo „gówniarz” aż zgrzytnął zębami, ale zmilczał obelgę i zaczął jeszcze spokojnym tonem:
- Nie mógłbyś chociaż raz mi zaufać, pozwolić Patrykowi odpocząć po podróży, a mnie puścić samego? Przyrzekam, że wrócę przez drugą, o własnych siłach i bez choroby wenerycznej.
- Nie mógłbym – odparł Wiktor nawet na niego nie spojrzawszy. – Raz ci zaufałem. O jeden raz za dużo…
- Tłumaczyłem sto razy, to oni zaczęli! Ja tylko…
- Ty tylko byłeś tak schlany, że skatowałeś dwóch, nim cię ochrona obezwładniła, a ja cię ledwo z aresztu wyciągnąłem. Jeszcze jedno słowo, Marcin, i wynosisz się do swojego pokoju. Koniec imprezy.
Marcin zacisnął szczęki, aż ząb zazgrzytał o ząb. Miał trzydzieści dwa lata a musiał spowiadać się z każdej godziny swojego parszywego życia starszemu bratu, zaś młodszy patrzył teraz nań z mieszaniną wściekłości i politowania.
- Wiesz co, Wiktor… - zaczął, tamten nadal wpatrzony był w ekran komputera. – Czasami mam ciebie dosyć. Jesteś gorszym despotą niż tamten. Nasz ojciec.
Patryk wciągnął powietrze.
Wiktor uniósł wzrok. Jego spojrzenie było lodowate, jakby strzelił bratu prosto w serce, ale też czuł się, jakby tamten strzelił go w twarz. Nie było dla Wiktora większej obelgi – dla żadnego z trzech! – niż porównanie do ojca.
Marcin, który w momencie gdy powiedział te słowa, już ich żałował, odetchnął głęboko i rzekł cicho:
- Przepraszam, bracie. Naprawdę cię przepraszam. To przeklęte miasto tak na mnie działa.
Wiktor nadal nań patrzył bez słowa tym swoim lodowatym wzrokiem, który jakby mógł, to by zabijał.
Patryk położył rękę na ramieniu Marcina:
- Pojadę z nim na tę imprezę, wrócimy przed drugą, okej? Wiktor?
Wiktor wreszcie opuścił wzrok. Obaj odetchnęli.
- Przed drugą. Weź volvo.
- Wolałbym taksówką…
- Weź volvo. Będę miał pewność, że przynajmniej jeden z was wróci trzeźwy i przytomny.
Patryk chciał coś powiedzieć, ale Marcin pokręcił lekko głową i pociągnął go do drzwi.
Już kładł rękę na klamce, nadal zszokowany tym co powiedział, gdy zatrzymał go głos Wiktora.
- Tym razem ci daruję, ale jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego, wstanę i strzelę cię w mordę.
Kiwnął głową.
- Nie będziesz musiał się fatygować – odezwał się Patryk. – Zrobię to za ciebie.
Wiktor mimo wszystko uśmiechnął się, a oni obaj odetchnęli z ulgą i wyszli, cicho zamykając za sobą drzwi.
Patryk spojrzał na Marcina, ale ten powiedział tylko:
- Daj spokój. Wiem, że to było z mojej strony sukinsyństwo. Odpocznij parę godzin, dam ci znać, gdzie jestem, gdy znajdę coś ciekawego, okej?
- Okej.
- I dzięki, Patryk. – Uścisnął krótko ramię brata.
- Jest za co, ty cholerny kretynie.

Dwie godziny później czuł niemal namacalnie, że naprawdę jest za co.
- Znalazłbyś sobie jakąś normalną kobietę, która wzięłaby cię na smycz, a ja nie musiałbym się pętać za tobą po klubach i spelunach – mówił do siebie, coraz bardziej wściekły i zmęczony.
Było chłodno. Wiał, mimo wiosny w pełni, nieprzyjemny, przenikliwy wiatr. Mżył dokuczliwy deszczyk i Patryk nie po raz pierwszy się zastanawiał dlaczego nie podjechał pod sam klub, w którym postanowił tej nocy zabawić się jego brat, tylko zostawił srebrny, lśniący nowością i dużymi pieniędzmi samochód na najbliższym, jasno oświetlonym, strzeżonym parkingu – i teraz, kierując się wskazaniem iPhona błąkał się po ciasnych, ciemnych ulicach starej Woli.
- Dlaczego, idioto, nie wziąłeś taksówki chociaż z tego parkingu? – wywarczał do siebie, bo ciemne ulice były puste, unosząc kołnierz marynarki, by choć trochę osłonić się od przenikliwego wiatru. Było to pytanie retoryczne. Patryk - w przeciwieństwie do brata-imprezowicza – był typem włóczęgi. Czy to góry, las, nadmorska plaża, czy ciasne ulice starej, pamiętającej czasy Powstania Warszawy, wszystko jedno. Gdy szedł przed siebie, pozornie bez celu, miał czas, by myśleć. Nie o kolejnym projekcie Wiktora, a o sobie.
Za chińskiego pana nie przyznałby się obu braciom – zupełnie jakby o tym nie wiedzieli – że on, Patryk Prado, zdolny, błyskotliwy prawnik, który bez wahania podejmował się najtrudniejszych wyzwań, jest w głębi serca romantykiem. Zaśmiał się w tym momencie cicho. Zatrzymał. Rozejrzał wokoło, jakby dopiero teraz dostrzegł miejsce, gdzie się znajduje: pusta, zapuszczona ulica między starymi kamienicami z brudnej, poszczerbionej zębem czasu cegły. Nad głową ciemne niebo, przez które wiatr gnał kłęby burych chmur i księżyc w pełni, co i rusz przez te chmury zakrywany. Nawet lekka mżawka, która właśnie zrosiła uniesioną do nieba twarz, jakoś nie przeszkadzała. To wszystko miało swój urok.
Był w tylu miastach na świecie, większych, wspanialszych, piękniejszych niż Warszawa, ale nigdy nie zapomniał, że tu jest jego dom, stąd pochodzi i tu będzie wracał z dalekich podróży za każdy razem z taką samą tęsknotą w sercu. Zupełnie jak Marcin i Wiktor. Wszyscy trzej mieli domy na Florydzie i apartamenty za grube miliony na Manhattanie, a mimo to jak magnes przyciągała ich Warszawa. Żaden nie mógł zrozumieć dlaczego i żaden nie mógł wyleczyć się z tego uzależnienia, aż po prostu uznali, że tak jest. A Wiktor za pierwsze duże pieniądze, które wspólne zarobili, wykupił ruderę, gdzie mieszkali przez pierwsze lata i zrównał ją z ziemią. Ot tak, po prostu.
Pokręcił głową.
Komórka zadźwięczała mu w dłoni. O wilku mowa. Wiktor. Nie darowałby sobie tego telefonu…
- Co tam, bracie? – rzucił Patryk, wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
- Dotarłeś do tej speluny? Pilnujesz Marcina? – Wiktor nigdy nie tracił cennego czasu na przyjacielskie pogawędki o pogodzie. Zawsze przechodził do sedna sprawy. Był zimny i do bólu precyzyjny, choć ponoć dawno, dawno temu było zupełnie inaczej… ale to stare dzieje i już nie wrócą.
- Jestem w drodze – odparł Patryk, odrywając wzrok od pochmurnego nieba.
- Powinieneś być już na miejscu, nie w drodze.
- Wiktor, litości… Chciałem się przejść…
- Znasz swego postrzelonego brata. Znasz go tak dobrze, jak ja. Wiesz, że nie można spuścić go z oka, bo natychmiast pakuje się w jakąś awanturę…
- Wiem… Wszystko to wiem…
- To dlaczego pętasz się po mieście, zamiast siedzieć w tej spelunie z Marcinem?!
- Bo jak już dzisiaj wspomniałem, nie jestem jego niańką, a twoim niewolnikiem!!! – wybuchnął nagle, sam zdziwiony tym wybuchem i tymi słowami. To nie był chyba ich najlepszy dzień…
Po drugiej stronie zapadła cisza, a to było chyba gorsze od ciętej riposty.
- Wiktor… - zaczął Patryk pojednawczo, bo zrobiło mu się wstyd. Po prostu wstyd, że rzucił te słowa komuś, kto zrobił dla niego i Marcina tak wiele. Wszystko. Zacisnął powieki, czując niemęskie łzy. Obrazy z dzieciństwa wróciły. Szczególnie ten jeden, najgorszy. Zakrwawiona głowa Wiktora tuż obok jego twarzy. Przerażone do obłędu oczy małego Patryka, wbite w poczerniałe z bólu i szoku źrenice starszego brata, w których mimo to był bezgłośny rozkaz: „Ani drgnij. Nie oddychaj. Milcz”.
Uniósł załzawiony wzrok ku niebu i odezwał się:
- Masz rację, przepraszam. Zaraz tam będę.
- Dzięki, Pat – usłyszał spokojną odpowiedź i odetchnął. – Właściwie ja powinienem ciebie przepraszać, że nie pozwalam ci żyć własnym życiem, ale wiesz, że tego skurczybyka, naszego brata, trzeba pilnować.
Każdy inny odparłby: Marcin ma trzydzieści dwa lata, najwyższy czas, by wziął odpowiedzialność za własne życie i własne czyny, ale… w tamtą noc, dwadzieścia siedem lat temu, patrząc w zalewane krwią oczy starszego brata, Patryk coś przyrzekł sobie i jemu. I zamierzał tej przysięgi dotrzymać.
- Może znajdziemy mu jakąś rozsądną kobietę, która zrobi to za nas? – odparł na wpół poważnie, na wpół żartem. Jego bliźniak z tą swoją zniewalająco męską urodą nie mógł narzekać na brak powodzenia u kobiet. Lgnęły doń jak pszczoły do miodu. Szkoda tylko, że – jak twierdził sam zainteresowany – jeszcze ma czas na żonę, dom i gromadkę dzieci. Jeszcze się nie wyszalał…
Patryk westchnął. Skoro brat się jeszcze nie wyszalał, on musi szaleć z nim.
- Zaraz tam będę. To dwie przecznice stąd – zapewnił Wiktora, usłyszał krótkie: „Dzięki, zawsze można na ciebie liczyć” i było po rozmowie.
Nigdy nie zapytał starszego brata, dlaczego – skoro tak się o Marcina troszczy – on sam nie uda się z nim na całonocną imprezę, albo po prostu nie zabroni mu tych eskapad. Przecież Marcin by Wiktora posłuchał. Co do tego nie było wątpliwości. On też był tamtej nocy, ponad dwadzieścia lat temu w tamtym domu. Też tulił się, zapłakany, zasmarkany, do Wiktora, któremu Patryk rękawem piżamki próbował otrzeć krew z twarzy i też słyszał wyszeptane przez starszego brata słowa. Przysięgę, której Wiktor dotrzymał do dziś, choć Bóg jeden wie, ile go to wysiłku, ilu straconych lat kosztowało. I właśnie dlatego każda prośba, czy polecenie starszego brata, były dla dwojga młodszych rozkazem.
Patryk przyspieszył kroku.
Już słyszał narastającą z każdą sekundą muzykę, jakieś techno, czy inny hip-hop, zupełnie się nie znał na dzisiejszej łomotaninie, bo muzyką nazwać tego nie było sposób.
I tak jak ruszył szybciej, tak w następnej chwili stanął jak wryty. Po prostu wmurowało go w chodnik. W następnej chwili krzyknął:
- Co ty wyrabiasz, kobieto?! – i rzucił się biegiem, mając nadzieję, że zdąży.

 c.d.n. (mam nadzieję) za 2 tygodnie

8 komentarzy:

  1. Bolesny fragment. Piękny. Dziękuję. Zdrowia, zdrowia, zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny, pełen emocji odcinek 4.Dzięki Pani Kasiu. Dużo zdrówka i wypoczynku. Pozdrawiam serdecznie. 😘💗

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapowiada się a właściwie już jest wspaniale i ciekawieee! Najbardziej cieszy mnie że to trylogia - uwielbiam :) A póki co pani Kasiu proszę się zatroszczyć o siebie - dużo zdrowia :) Beata M

    OdpowiedzUsuń
  4. Każdy następny odcinek coraz bardziej wciąga. Emocje narastają. Dziękuje. Jednak najbardziej życzę zdrowia. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak dobrze, że już Pani do nas wróciła! Proszę teraz wypoczywać :)
    A tak odnośnie odcinka to ja tego pana Łosko to bym chyba zostawiła w zamkniętym pomieszczeniu z moim pieskiem :) Może wtedy nabrałby ogłady ;) A kto wie, może i nauczyłby się kultury :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem absolutnie zaintrygowana... co będzie dalej??? Dziękuję za cudny fragment i całuję serdecznie :)
    Ela K

    OdpowiedzUsuń
  7. Pani mnie wykonczy tym wyczekiwaniem ;-) Duzo zdrowia i sił!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. sielanka pryska... szczególnie u Julki. Oby uwolniła się od tego drania. Bracia Prado też się rozkręcają, podoba mi się to :) Odcinek super, tylko króciutki :/ Nic, czekamy na kolejny odcinek :)
    Zdrowia Pani Kasiu :* Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń