piątek, 22 lipca 2016

Leśna Polana Odcinek 5...

...  w którym dwóch braci spotyka dwie przyjaciółki, ale jeszcze na wszystko za wcześnie, jeszcze nie nadszedł ten czas.
  
Majka stanęła w drzwiach klubu, omiatana pełnymi podziwu spojrzeniami ochroniarzy. Wyglądała olśniewająco i miała tego całkowitą świadomość. Na dzisiejszy wieczór wybrała włoską sukienkę ze złotych cekinów, która lśniła na jej zgrabnym ciele jak rybia łuska, lekko przed kolana odsłaniała wystarczająco dużo długich, szczupłych, opalonych nóg. Włosy podpięła wysoko, odsłaniając piękną twarz, podkreśloną makijażem z drobinkami złota. I taka właśnie, lśniąca wewnętrznym i zewnętrznym blaskiem stała przez chwilę w drzwiach, omiatając salę pełną ludzi leniwym, ale uważnym spojrzeniem i pozwalając, by oni dokładnie się jej przyjrzeli. Może „przyjrzeli” to nieco za słabe słowo, bardziej adekwatne byłoby „pożarli”. Kobiety wzrokiem pełnym zawiści, mężczyźni – pożądania.
No, wystarczy tego przedstawienia, czas na rozpoczęcie polowania.
Przeszła swobodnym, niemal tanecznym krokiem, mimo wysokich obcasów w róg sali, gdzie stały stoliki, usiadła przy tym najbardziej oddalonym od tłumu i już spokojnie zaczęła przyglądać się każdemu z mężczyzn. Po kolei. Wybierając swoją ofiarę. Bo to ona była łowczynią. Nie pozwalała się poderwać pierwszemu lepszemu, tylko namierzała cel i bez względu na to, czy był sam, czy z towarzyszką, jeśli tylko Majka chciała, wychodził z nią. 

Tego faceta wypatrzyła po długich kilku minutach, bo siedział przy barze, po drugiej stronie, zasłonięty przez tłum i otoczony wianuszkiem kobiet. I już wiedziała, że musi być jej. Był świetny. Mniej więcej w jej wieku, opalony jakby przyleciał prosto z Florydy, co akurat było prawdą, w błękitnej koszuli, pasującej do błękitnych oczu i jasnych, spalonych słońcem włosach. Od czasu do czasu błyskał w uśmiechu śnieżnobiałymi zębami, ale Majka wiedziała, że ten uśmiech jest zdawkowy, a uwaga, którą poświęca również. On też był łowcą.
I wtedy jego wzrok napotkał spojrzenie Majki, tak intensywne, że niemal hipnotyzujące. Ona wstała powoli, cały czas mając oczy utkwione w tym facecie. Nagle zerwała kontakt, odwróciła się i tym samym lekko tanecznym krokiem ruszyła ku drzwiom, ukazując głęboki dekolt na plecach, szczupłą talię i długie nogi.
- Już nas pani opuszcza? – zagaił jeden z ochroniarzy.
- Odetchnę świeżym powietrzem… - zaczęła i usłyszała:
- A dokąd to, syrenko?
To był on. Mężczyzna, który widząc odchodzącą zdobycz, ruszył za nią, nawet się nie żegnając z otaczającymi go kobietami. Miał męski, niski głos. Przyjemny, czarujący. Rzuciła mu spojrzenie spod długich czarnych rzęs.
- Trochę za głośno tam, jak na mój gust – odrzekła głosem równie uwodzicielskim, co jego.
- Na górze są przyjemne salki, akurat dla takich syrenek jak ty, pozwolisz się zaprosić na drinka?
W tym momencie zadzwonił jej telefon. Niecierpliwym ruchem sięgnęła do miniaturowej torebki. Zerknęła na wyświetlacz. Jula.
Sorry, kochana, nie teraz – pomyślała i wyłączyła telefon.
- Mówiłeś coś o salkach i drinkach? – wróciła spojrzeniem do mężczyzny.
Ujął ją lekko pod łokieć, aż przez całe jej ciało przeniknął przyjemny dreszcz i poprowadził z powrotem do środka, a potem na górę.
Znaleźli zaciszną lożę.
- Czego się napijesz? – zapytał.
Przechyliła głowę, tak że kosmyk czarnych włosów spadł jej zalotnie na policzek.
- A co do mnie pasuje?
Zaśmiał się.
- Co pasuje do gorącej syrenki, która przed chwilą wynurzyła się z morskiej toni? Coś co natychmiast rozgrzeje ją jeszcze bardziej. Cointreau.
- Chyba nie chcesz mnie od razu upić?!
- Cointreau z lodem?
Westchnęła. Skąd ten drań wiedział, że uwielbiała ten cholernie mocny pomarańczowy likier, pod wpływem którego stawała się jednak nieco nieobliczalna.
- Trafiłeś. Poproszę cointreau z lodem. Ty oczywiście szkocką?
- Oczywiście – odparł, posyłając jej przez ramię uśmiech. – Tylko mi stąd nie zwiej. I nie pozwól się poderwać jakiemuś lalusiowi.
Interesujesz mnie tylko ty – pomyślała, odprowadzając go wzrokiem. Ależ był zbudowany… Wyobraziła go sobie bez tej koszuli i dżinsów i poczuła gorąco między nogami. Alkohol nie był potrzebny. Całe dalsze podchody również nie. Równie dobrze mogli wzywać taksówkę już teraz i jechać do najbliższego hotelu…
Marcin miał jednak swoje plany, a do nich należało najpierw parę kieliszków whisky, a potem seks z tą oszałamiającą istotą. Najlepiej na tylnym siedzeniu srebrnego volvo…

Patryk nie zdążył.
Kobieta, która przed chwilą wybiegła na balkon drugiego piętra, przełożyła nogi przez barierkę, opuściła się jak najniżej, zawisła na chwilę w powietrzu i puściła się, nim zdołał do niej dobiec i próbować ją złapać. Upadła ciężko na kolana i ręce, jęknęła i wtedy jej dopadł.
- Na miłość boską, co pani wyprawia?! – zaczął, sięgając po telefon trzęsącymi się ze zdenerwowania dłońmi. – Proszę się nie ruszać. Wezwę karetkę.
Chwyciła go za nadgarstek z taką siłą, że opuścił dłoń z telefonem, zdziwiony.
- Żadnych karetek, żadnych policji – wyszeptała, patrząc nań błagalnie wielkimi, przerażonymi oczami. – Nic mi nie jest. Trochę potłukłam kolana. Jeżeli… jeżeli pomoże mi pan wstać…
Chwycił ją delikatnie pod łokcie i postawił na nogi. Skrzywiła się, ale stanęła prosto.
- Na pewno niczego sobie pani nie złamała? Ma pani pół twarzy we krwi i zakrwawioną bluzkę!
- Nie złamałam sobie. A ta krew… to on mi zrobił. Tamten.
- Boże, dlaczego wy na to pozwalacie – jęknął Patryk. Miał przed sobą ofiarę przemocy domowej, która z drugiego piętra uciekała przez balkon przed nawalonym i agresywnym zapewne małżonkiem, a jutro jakby nigdy nic do niego wróci.
- To nie tak, jak pan myśli – odrzekła, spuszczając wzrok. Mówienie, przez rozbitą pięścią tamtego wargę sprawiało jej coraz większą trudność. – Ja chciałam odejść. I tak to się skończyło…
Kolana się pod nią ugięły i zemdlała.

Marcin niespiesznie wracał z dwiema szklaneczkami w dłoniach, pozwalając swojej „syrence” by obserwowała go z góry, gdy nagle zadzwonił telefon. T e n telefon. Aż zdrętwiał słysząc melodyjkę przypisaną Patrykowi. Wszyscy trzej, oprócz normalnych komórek, których używali na co dzień, nosili zawsze, ale to zawsze! drugą, której numer znali tylko obaj bracia. I której używali tylko wtedy, gdy stało się coś naprawdę poważnego. Skoro Patryk z niej dzwonił, nie znaczyło to, że zabłądził i pyta o drogę, ale że potrzebuje pomocy. Teraz.
Postawił szklaneczki na stoliku przed dziewczyną nawet na nią nie patrząc.
- Co się stało? – rzucił do telefonu.
- Jestem niedaleko klubu z ranną kobietą. Musisz mi pomóc.
- Dobra, gdzie dokładnie? Okej, zaraz tam będę.
Ujął dłoń przysłuchującej się temu Majki, ucałował pospiesznie, rzucił przepraszające:
- Nie tym razem, syrenko – i już po chwili ruszał szybkim krokiem w stronę drzwi. Nawet o imię nie zdążyła go zapytać, że o numerze telefonu nie wspomnieć. Przez chwilę patrzyła na obie szklanki. Wypiła najpierw whisky, skrzywiła się, poprawiła likierem. Skoro nie udało się z tym facetem, może napatoczy się jakiś inny? A jeśli nie, to przynajmniej się porządnie upije. Dobre i to.

Marcin podbiegł do Patryka, gdy Julia odzyskiwała przytomność, a on okrywał ją własną marynarką.
- Chryste, co jej się stało? Wezwałeś pogotowie?
- Prosiła, żeby nie wzywać…
- A ty, głupku, posłuchałeś pobitej, rannej i nie wiadomo co jeszcze dziewczyny?! – już sięgał po komórkę, gdy Patryk warknął:
- Oj, zamknij się! Na moich oczach wyskoczyła przez balkon, z drugiego piętra. Nie wiesz, z jakim psychopatą miała do czynienia i co jej zrobi, gdy ją dorwie ponownie. Skoro więc ona prosi: „żadnych karetek”, trzeba ją zawieźć…
- Do przyjaciółki – poprosiła błagalnie Julia. – Ja nie chciałabym panom zawracać głowy… wezwałabym taksówkę, ale nie mam… nie mam…
- Żaden taksówkarz nie weźmie ciebie do samochodu, dziewczyno, bo mu tapicerkę krwią poplamisz. Nas Wiktor pewnie za to zabije, ale podrzucimy cię jego ślicznym, wymuskanym volvo z jego śliczną, beżową tapicerką, gdzie tylko zechcesz. – Marcin wziął dziewczynę na ręce, nie zważając na jej słabe próby wyswobodzenia się.
- Dobrze wiesz, że Wiktor zrobiłby to samo – rzucił przez ramię Patryk. – Biegnę po samochód.
Po chwili zniknął w mroku wolskiej ulicy.
- Zamiast skakać przez balkon, nie mogłaś jak człowiek, przez drzwi? – zażartował Marcin, niosąc dziewczynę w kierunku, w którym pobiegł Patryk. Ona mu nie ciążyła, była szczupła i filigranowa, wręcz chuda. Ciążyło mu milczenie.
- Spił się i zasnął pod drzwiami. Nie mogłam ich otworzyć – odrzekła cicho.
- Ale gdy tylko wykurujesz się u przyjaciółki, a on zadzwoni, błagając, byś wróciła, wrócisz jak na skrzydłach, co?
Poczuł, że dziewczyna sztywnieje w jego ramionach.
- Nikt nigdy nie podniósł na mnie ręki i nikomu więcej na to nie pozwolę – w jej głosie nie było już skomlenia zbitego psiaka. – Temu coś odbiło pierwszy i ostatni raz. Nie wrócę, choćby błagał i obiecywał, że już nigdy więcej.
- I tak trzymaj, laska, to mi się podoba.
Próbowała się uśmiechnąć, ale żałośnie jej to wyszło.
Chodnik omiotły światła samochodu. Po chwili Marcin kładł delikatnie dziewczynę na tylnym siedzeniu i przypinał ją pasami, Patryk siadał za kierownicą.
- Dokąd teraz? – rzucił przez ramię.
- Muszę zadzwonić… - wyszeptała znów tym głosem zbitego psa. Wyciągnęła z kieszeni komórkę i wybrała numer. – To ja, kochana. Czy mogę zatrzymać się na jakiś czas u ciebie? Ja… uciekłam. – Głos się jej załamał i zaczęła cicho łkać. – Dziękuję. Będziemy za parę minut. Moja przyjaciółka czeka na mnie. Jakbym mogła prosić na Broniewskiego 91. To Bielany.
- Wiem, gdzie to jest. – Patryk ruszył z piskiem opon, sam nie wiedząc do końca, na co, czy właściwie na kogo jest wściekły. Na bydlaka katującego kobiety – to na pewno, na kobiety, które na to pozwalają, również, ale… dlaczego był wkurzony na samego siebie?
- Bracie, zwolnij. – Poczuł na ramieniu rękę Marcina. – Miało nie być karetek, ani policji. Jak nas zatrzymają za przekroczenie prędkości raczej się nie wytłumaczysz z zakrwawionej dziewczyny na tylnym siedzeniu.
Marcin i słowa rozsądku?
Zdjął nogę z gazu.
- Piłeś coś? – rzucił.
- Nie zdążyłem. – Marcin westchnął ciężko na wspomnienie nie tyle szklanki whisky, co olśniewającej istoty, którą z tą szklanką zostawił. – Wezwałeś mnie w momencie, gdy poznałem kobietę mojego życia…
- Dzięki, że odebrałeś. A kobietę swojego życia poznasz jutro, pojutrze, popojutrze… Dopóki Wiktor nie powie „dość”, będziesz mnie ciągał po tych spelunach.
- Takiej jak ta nie znajdę tak łatwo. Gdybyś ty ją widział…
- Zadzwonisz jutro, przeprosisz, umówicie się…
- Nie zdążyłem wziąć jej telefonu. Nawet o imię nie zdążyłem zapytać. – W głosie Marcina zabrzmiał prawdziwy żal. Patryk posłał mu kpiące spojrzenie przez wsteczne lusterko.
- Sierota, a nie Casanova z ciebie.
- Powiedział ten, który w wieku trzydziestu dwóch lat jeszcze żadnej…
- Lepiej nie kończ – warknął Patryk. – Obaj w Wiktorem mylicie się co do tego. To tutaj - odezwał się w następnej chwili.
Zaparkował na chodniku pod klatką, wysiadł, wziął Julię na ręce i postawił przed sobą. Zdjęła z ramion marynarkę i oddała mu.
- Dziękuję panom z całego serca. Naprawdę bardzo. Moja przyjaciółka już się mną zajmie.
Nacisnęła guzik domofonu i słysząc brzęk, otworzyła drzwi na klatkę schodową.
- Gdybym mogła się jakoś odwdzięczyć… zapłacić… ale nie mam ani grosza…
- Proszę do niego nie wracać, to wystarczy za całą wdzięczność – odrzekł Patryk półgłosem, patrząc na twarz dziewczyny, która gdyby nie była tak pobita, byłaby pewnie ładna, uśmiechnięta, radosna…
- Nie wrócę – powiedziała. Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Wrócił do samochodu. Marcin przez ten czas przesiadł się na siedzenie pasażera.
Patryk opadł ciężko na fotel kierowcy i odgiął głowę do tyłu, wpatrując się przez chwilę w panoramiczny dach samochodu. Wiatr nadal gnał po niebie ciężkie chmury. Ciągle siąpił dokuczliwy deszcz, a on, Patryk, był tak samo wkurzony jak pół godziny wcześniej.
- Co jest, stary? Wiem, że jesteś wykończony, ale to coś więcej, no nie? – zapytał cicho Marcin. 
Może i był lekkoduchem, postrzelonym utrapieniem swojego brata, ale tak naprawdę w jego żyłach płynęła ta sama krew. Wyczuwał nastrój Patryka i chyba wiedział, o co mu chodzi… I to właśnie powiedział na głos:
- Bydlaki załapują się na takie laski jak ta, a my ciągle sami…
Trafił w samo sedno. Patryk już wiedział, dlaczego jest wściekły na samego siebie.
- Obaj marzymy o tym samym: dobrej, kochającej żonie, gromadzie dzieciaków, szczęśliwej rodzinie, której sami nigdy nie mieliśmy – zaczął, ruszając powoli spod bloku. – Tymczasem otaczają nas albo zblazowane córeczki bogaczy, dla których jedynym problemem, to więcej silikonu, czy mniej, albo cicha i posłuszna obsługa hoteli. Ty czasem, to znaczy co przyjazd do Warszawy, zaliczasz przygodę na jedną noc, ja snuję się po mieście, wypatrując tej jedynej. Nawet Wiktorowi się nie udało. Co z nami nie tak, Marcin? Przeklęci jesteśmy, że omijają nas wartościowe, fajne dziewczyny?
- Nie wiem, Pat – oparł tamten, patrząc w zamyśleniu przez okno – ale ja mam chyba dosyć jednonocnych przygód. Naprawdę chciałbym się załapać na żonę, a nie na HIV-a. Trzeba podpytać Wiktora, gdzie on znalazł tę swoją księżniczkę, bo nie za wiele zdążył nam o niej opowiedzieć, nim puściła go kantem.
- Rzeczywiście Wiktor będzie pod tym względem wyrocznią – parsknął śmiechem Patryk, mimo, że wcale mu do śmiechu nie było. – A propos Wiktora, mówimy mu o zakrwawionej tapicerce, czy od razu odstawiamy do myjni i jutro będzie jak nowa?
- Sam zapyta. Wracamy obaj przed północą, ja trzeźwy…
- Wiesz, możemy jeszcze wrócić do tamtego klubu. Ta twoja, jak ją nazwałeś? - syrenka? - może jeszcze czeka…
- Takie dziewczyny nie czekają trzech sekund, aż je któryś wyrwie. Była naprawdę świetna.
- A ty nawet o imię nie zapytałeś… - Patryk pokręcił głową.
- A ty tę swoją Julię zapytałeś? – odparł złośliwie Marcin.
- Jaką Julię?
- No tę, Romeo, co ci z balkonu prosto w ramiona wpadła.
- Ona pewnie wróci do mężusia…
- Oj, coś mi się wydaje, że nie wróci. Przez chwilę sprawiała wrażenie dziewczyny z charakterem.
- Przez chwilę – mruknął Patryk zniechęcony, zaparkował przed hotelem i oddał kluczyki postojowemu. – Tapicerka będzie do wyczyszczenia – uprzedził chłopaka, wciskając mu w rękę kilka banknotów. Tamten zapewnił, że się tym zajmie. Jeszcze tylko rozmowa z Wiktorem i błogi sen…

Gdy weszli do apartamentu brata, zastali go dokładnie w tym samym miejscu, co parę godzin temu. Za biurkiem, wpatrzonego w ekran laptopa. Na widok krwi na koszuli i jednego, i drugiego, o której obaj zapomnieli, podniósł się powoli.
- W coś ty się znowu wpieprzył? – wysyczał do Marcina, ruszając w ich kierunku.
Patryk zrobił krok naprzód, stając między nimi.
- Wiktor, przystopuj z lekka! – Zatrzymał brata na wyciągnięcie ręki. – Jeżeli już to ja, a nie on. Ratowaliśmy ranną dziewczynę. Uciekała przed pijanym mężem, czy kochankiem przez balkon. Była pobita i zakrwawiona. Mieliśmy ją zostawić, a sami czyści i wymuskani wrócić do Hotelu Bristol?
Wiktor potarł oczy zmęczonym gestem.
- Sorry, chłopaki. Poniosło mnie. Myślałem…
- Tak, tak, że czarna owca rodziny Prado znów wdała się w awanturę – zaczął z goryczą Marcin. – A ciebie ostatnio często nosi. I to raczej ty powinieneś się rozejrzeć za jakąś słodką żoneczką, a nie my.
Wiktor posłał mu wściekłe spojrzenie, ale Marcin nic sobie z tego nie zrobił.
- I my go chcieliśmy o radę w tej sprawie pytać – prychnął. – Idę się umyć i spać. Mam dosyć imprez, syrenek i scen balkonowych.
- Dobry pomysł – mruknął Patryk, ruszając za nim. – Aha – rzucił jeszcze przez ramię - masz zakrwawioną tapicerkę w swoim srebrnym cudzie, ale już kazałem ją wyczyścić. Następnym razem jadę taksówką i piję razem z Marcinem.
Za bliźniakami zamknęły się drzwi. Wiktor został sam pośrodku pokoju. Imprezy? Syrenki? Sceny balkonowe? Nic z tego nie zrozumiał, ale w jednym jego nieznośni młodsi bracia mieli rację: szybki prysznic i długi sen. O słodkiej żoneczce pomyśli jutro…

c.d. za dwa tygodnie...

12 komentarzy:

  1. Umieram z niecierpliwości..... Fantastyczne przez duze F

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny świetny rozdział i znów kończy się za szybko :). Biedna Jula, całe szczęście, ze udało jej się uciec od tamtego okropnego psychopaty, przyjaciółki na pewno się nią zajmą i wyjdzie na prostą. :) A Marcin... co za facet, poderwał nie tylko Majkę, ale też mnie i gdyby Pani zabiła te postać, chyba obraziłabym się poważnie. :D Choć pozostali dwaj bracia też niczego sobie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam chrapkę, żeby go zabić, ale ma być "jedno zakończenie", więc musiałabym pozabijać wszystkich, tak więc na razie Marcin jest bezpieczny ;) Choć ze mną to nigdy nic nie wiadomo... :D

      Usuń
    2. No tak, bohaterowie Pani książek nigdy nie mogą czuć się w pełni bezpieczni, czytelniczki z resztą też nie. :D

      Usuń
  3. Zapowiada się piękna książka. Ciekawa jestem jaką słodką żoneczkę spotka Wiktor. Czy Marcin spotka się z Majką i jaką kobietę spotka Patryk. Super odcinek, czekam na dalsze losy bohaterów i książkę. Pozdrawiam serdecznie. 👍😘

    OdpowiedzUsuń
  4. No to pary już mamy. Będzie albo już jest super powieść a jeszcze trylogia- uwielbiam. Beata M

    OdpowiedzUsuń
  5. Ćwiczenie na cierpliwość-powieść Katarzyny Michalak w odcinkach co dwa tygodnie;) pozdrawiam stała czytelniczka z podkarpacia

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzej bracia zakochają się w trzech przyjaciółkach.Już się nie mogę doczekać następnego odcinka..(kocham pani ksiązki-pozdrawiam serdecznie i dziekuje za kolejny odcinek.

    OdpowiedzUsuń
  7. Trzej bracia zakochają się w trzech przyjaciółkach.Już się nie mogę doczekać następnego odcinka..(kocham pani ksiązki-pozdrawiam serdecznie i dziekuje za kolejny odcinek.

    OdpowiedzUsuń
  8. No zaczyna się dziać. I jak tu czekać dwa tygodnie... Na stare lata przyszło mi ćwiczyć cierpliwość. No ale jak trzeba to trzeba. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Długo mnie tu nie było, ale teraz mam za to nagrodę w postaci dwóch odcinków na raz :) Ależ napięcie. Oby tylko Julka nie wróciła do tego psychopaty bo osobiście wejdę do książki i zrobię z nim porządek :)

    OdpowiedzUsuń