piątek, 5 sierpnia 2016

Leśna Polana Odcinek 6...


...w którym wracamy do początku najpiękniejszej miłości.

Majka obudziła się z takim bólem głowy, jakby ją ktoś porządnie w nią zdzielił i może nawet tak było, bo krzywiąc się i zaciskając powieki od słońca świecącego prosto w oczy, wymacała na potylicy guza. Następnym po bólu wrażeniem, jakie dotarło do jej otępiałego umysłu był smród. Cały pokój – i ona sama – śmierdziały alkoholem, męskim potem i spermą. Zakrztusiła się własnym oddechem, spojrzała w bok i usiadła, zatykając usta dłonią, by nie zwymiotować. Na hotelowym łóżku spał rozwalony na wznak obleśny, otyły, zarośnięty jak zwierzę facet po pięćdziesiątce, z wielkim brzuszyskiem i małym nic między nogami.
- Jezu – sapnęła, poderwała się i rzuciła do łazienki. W ostatniej chwili zdążyła się pochylić nad ubikacją.
Wymiotowała tak strasznie i tak długo, jakby żołądek chciał się wynicować na drugą stronę. Podniosła się w końcu z kolan, na miękkich nogach podeszła do umywalki, by opłukać twarz zimną wodą, spojrzała mimowolnie w lustro i... zamarła. Patrzyły na nią półprzytomne, przekrwione, okolone rozmazanym makijażem oczy starej, zmęczonej życiem, przechodzonej dziwki. Tylko, że dziwka brała przynajmniej za takie upodlenie pieniądze. Ona, Majka, robiła to za friko.
- Coś ty z siebie zrobiła? – wyszeptała, przerażona.
Nie pamiętała, jak znalazła się w tym hotelu, jak, z kim i kiedy wyszła z klubu. Miała nadzieję, że tylko z tym obleśniakiem. Że nie zaliczyli jej jeszcze jego kumple...
Boże jedyny, jak nisko upadła...
Raz jeszcze spojrzała sobie prosto w oczy, wypełniające się powoli łzami.
- Kończysz z tym, idziesz na terapię, albo... kończysz ze sobą.
Odwróciła twarz z odrazą. Weszła pod prysznic i szorowała ciało do bólu dotąd, aż nie czuła już smrodu tamtego faceta. Wróciła do pokoju. Jej śliczna włoska sukienka wyglądała jak psu z gardła wyjęta. Paseczki podtrzymujące ją na ramionach były pęknięte i śmierdziała, jak cały pokój, ale Majka nie miała się w co przebrać. Znalazła bolerko, dziękując Bogu, że je zabrała, nałożyła szpilki, których jeden obcas był złamany, wyciągnęła spod łóżka torebkę, sprawdzając, czy portfel i telefon są na miejscu, po czym wymknęła się z pokoju niczym złodziej, by przypadkiem nie obudzić tego faceta.
Kulejąc, bo złamany obcas po drodze oderwała, dotarła do recepcji.
- Rachunek za pokój 312... – zaczęła.
Recepcjonistka uśmiechnęła się do niej uprzejmie.
- Pan senator ureguluje.
Pan senator?!
Dziewczyna z tym samym zawodowym uśmiechem zawahała się i dodała po chwili:
- Sąsiedzi skarżyli się na hałas w środku nocy. Następnym razem będę cię musiała, kochanie, wyprosić.
- Przepraszam, to już się nie powtórzy – wyszeptała Majka.
„Cię”? „Kochanie”? Tak obsługa hotelowa zwracała się właśnie do prostytutek. Grzecznie, ale protekcjonalnie.
Do domu... chcę do domu... – pomyślała rozpaczliwie, znów czując łzy napływające do oczu, odwróciła się i pokuśtykała ku wyjściu, wsunęła na tylne siedzenie taksówki i wymamrotała adres swego apartamentu na Powiślu.
- Co, pracowita nocka? – taksówkarz uśmiechnął się porozumiewawczo i puścił oczko.
Odwróciła głowę do okna.
Chcę do domu! Wykąpać się, zmyć z siebie raz jeszcze cały ten brud, wypieprzyć sukienkę, buty i bolerko od razu do zsypu, zagrzebać się pod własną kołdrą i zapomnieć, po prostu zapomnieć o tym, czego właściwie nie pamiętała.
Ostatnim wspomnieniem był niebieskooki facet, który przyniósł dwa drinki i się ulotnił. Na taką „syrenkę”, jaką Majka była w tej chwili nawet by nie splunął. Poza tym nie pozwoliłby ani jej, ani sobie doprowadzić się do stanu takiego upodlenia, była tego dziwnie pewna.
Samochód zatrzymał się pod klatką, podała taksówkarzowi banknot i wysiadła, nie czekając na resztę.
Gdy zamknęła za sobą na obie zasuwy drzwi mieszkania, osunęła się po nich, skuliła i zaczęła szlochać.
- Gabrysiu, pomóż mi – łkała, kiwając się w tył i w przód. – Jula, pomóż...
Trzęsącymi się rękami wyciągnęła z torebki telefon, włączyła go i... szloch zamarł jej w gardle. Jedno nieodebrane połączenie, drugie, trzecie, dziesiąte, jeden sms, drugi, trzeci.
„Majka, gdzie jesteś?! Odezwij się!”
„Majka, co się dzieje, czemu nie odbierasz?! Oddzwoń!”
„Majka?!?! Jestem z Julią w szpitalu! Z tobą wszystko okej?!”
Zdrętwiałymi z przerażenia palcami już miała nacisnąć numer ostatniego połączenia, gdy telefon rozdzwonił się jej w dłoni.
- Gabry...
- Majka, do cholery!!! Wszystko z tobą w porządku?! – przyjaciółka nie dała jej wypowiedzieć choć jednego słowa. – Gdzie jesteś?! Przyjechać po ciebie?!
- Jestem u siebie, w domu – wyszeptała. – Właśnie wróciłam z imprezy. Przepraszam, że wyłączyłam...
- Boże, dzięki ci, że chociaż z tobą wszystko w porządku – w głosie Gabrieli brzmiała ulga zmieszana z niedawną paniką, a Majka w tym momencie przypomniała sobie jeden z esemesów i przerażenie znów ścisnęło jej gardło.
- Napisałaś, że jesteście z Julią w szpitalu. Co się stało?
- Pobił ją. Ten bydlak ją pobił! Skoczyła z drugiego piętra przez balkon, żeby jakoś uciec...
Majka zacisnęła powieki. Pamięć uprzejmie podsunęła jej jedno z ostatnich wspomnień minionej nocy. Dźwięk komórki. Rzut oka na wyświetlacz. „Sorry, Juleczka, nie teraz”. I wyłączenie telefonu, żeby przyjaciółka nie przeszkadzała jej w podrywie. A Julia skakała wtedy z drugiego piętra...
- Czy bardzo jest połamana? – zdobyła się na szept.
- Ma coś ponadrywane i pęknięte w obu kolanach, poranione dłonie, pobitą twarz, ale żadnych złamań. Jacyś dwaj faceci znaleźli ją i przywieźli do mnie, całą zakrwawioną, bo zarzekała się, że nie chce na pogotowie. Istnieją na tym świecie jeszcze dobrzy ludzie... Mogli ją jeszcze bardziej przecież skrzywdzić... Ja wpakowałam ją pod prysznic, przebrałam w czyste ciuchy i czy chciała, czy nie zawiozłam prosto do Bielańskiego. Wygląda strasznie... – Gabrieli załamał się głos.
- Przebiorę się i zaraz do was przyjadę.
- Przyjedź. – Przyjaciółka rozłączyła się.
Majka patrzyła jeszcze sekundę czy dwie na ciemniejący wyświetlacz, potem wyszeptała jeszcze do siebie:
- Ależ ja cię nienawidzę...
Poderwała się, wzięła szybką kąpiel, narzuciła wygodne ciuchy i parę minut później wzywała taksówkę, po drodze wyrzucając do pojemnika na śmieci reklamówkę z sukienką, bolerkiem, torebką i szpilkami. Zatrzasnęła pokrywę, jakby zatrzaskiwała za sobą drzwi do przeszłości i wsiadała do wnętrza tego samego samochodu, którym tu przyjechała.
- Proszę, proszę, co za zmiana... – zaczął taksówkarz.
- Niech pan patrzy na drogę – ucięła zimno i tym razem poczekała, aż wyda jej resztę co do złotówki. Klnąc odjechał spod szpitala, ale Majka, biegnąc na oddział chirurgii urazowej miała jego przekleństwa głęboko gdzieś.
Wreszcie jest, sala numer pięć, drugie piętro. Wsunęła się cicho do pokoju, gdzie stały trzy łóżka. Dwa wolne, na trzecim... Majka wstrzymując oddech podeszła do śpiącej Julii i przytrzymała się ramienia Gabrieli, żeby nie upaść. Wczoraj wieczorem Julia przypominała jeszcze człowieka, ale dziś, gdy pobita twarz obrzmiała i zsiniała...
- Zabiję go – wyszeptała Majka przez łzy. – Zabiję tego skurwysyna.
- Ja powinnam zabić ciebie – odparła gniewnym szeptem Gabrysia. – Bałam się, że tobie też się coś stało. Gdzie byłaś?! Zresztą... Widać po tobie, gdzie byłaś i co robiłaś. – Gabriela z jakąś taką rezygnacją, czy nawet pogardą machnęła ręką. Zabolało to, jakby wymierzyła Majce policzek, ale należał się jej.
- Byłam może dwie przecznice od domu Tomusia Łajzy. Dzwoniła do mnie. Powinnam odebrać i jej pomóc, ale ja... – Urwała. Ten nieznajomy, niebieskooki facet. On odebrał. Odebrał telefon od kogoś, kto prosił go o pomoc i natychmiast wybiegł, by tej pomocy udzielić, być może ratować właśnie Julię. – Jestem świnia, nie przyjaciółka. Podła świnia.
Po policzkach spłynęły jej gorące łzy. W innym przypadku Gabriela poderwałaby się natychmiast, przytuliła ją i zaczęła pocieszać, teraz jednak siedziała jak wmurowana na krześle przy łóżku Julii i głaskała lekko, tak żeby nie obudzić śpiącej, kołdrę obok jej ręki. 
- Gabrysia, przepraszam... – wyszeptała Majka błagalnie. Jeżeli przyjaciółka ją odrzuci, po tej ohydnej nocy i jeszcze gorszym przebudzeniu, naprawdę jeszcze dziś ze sobą skończy.
Ale Gabriela oderwała niewidzące spojrzenie od opuchniętej twarzy Julii i spojrzała na Majkę łagodniej, cieplej niż przed chwilą.
- Ja się nie gniewam, tylko naprawdę się o ciebie bałam, szczególnie po tym. – Wskazała śpiącą Julię.
Majka pochyliła się i ucałowała ją w policzek.
- Dziękuję – szepnęła. I dodała w myślach: „Nawet nie domyślasz się, za co ci dziękuję...”. – Co mogę zrobić? Masz pieniądze?
Głupie pytanie. Gabriela nigdy nie miała zbędnych pieniędzy. Majka wyjęła z torebki portfel i wcisnęła jej w garść wszystkie banknoty, jakie miała.
- Po co...? – zaczęła zdziwiona, ale Majka ucięła stanowczo:
- Julii niczego nie może zabraknąć. Jeśli trzeba będzie zapłacić za dodatkową opiekę, albo osobny pokój, wezmę z konta więcej, tylko przyrzeknij, że niczego ani tobie, ani jej nie zabraknie.
- Przyrzekam, przyrzekam, chociaż pieniędzmi z poczucia winy się nie wykupisz, kochana.
Majka kiwnęła tylko głową.
- Zmienić cię? Posiedzieć przy niej?
- Jeszcze nie, ale jakbyś mogła zajrzeć do mojego taty, czy u niego wszystko w porządku i wrócić wieczorem, byłabym wdzięczna. Zabrałam ze sobą komputer, dokończę tutaj te kosztorysy. Mam co robić.
- Wrócę. I... jeszcze raz cię przepraszam i dziękuję, Gabryniu.
Gabriela wstała, objęła przyjaciółkę i wyszeptała jej wprost do ucha:
- Dlatego jesteśmy we trzy. Jednej brakuje, jest druga. Nie pozwólmy, by to się zmieniło.
Majka uścisnęła ją mocno, z całych sił, raz jeszcze ucałowała w policzek i wyszła. Już wiedziała, co zrobi z resztą dnia. Najpierw zajrzy do pana Antoniego, tak jak obiecała, a potem podjedzie pod pewien mały, biały domek, porozmawiać z właścicielami o jego kupnie.

Antoni Leszeński miał czternaście lat, gdy u boku ojca, jako łącznik majora Leszeńskiego, z dumą i zawadiackim uśmiechem wychodził do Powstania.
- Wrócimy jutro, może jeszcze dzisiaj! – krzyknął matce na pożegnanie.
To „jutro, może jeszcze dzisiaj” trwało sześćdziesiąt trzy dni, a potem jeszcze pół roku poniewierki po niemieckich łagrach.
Mieli szczęście. Niewielu mówiło to samo pierwszego sierpnia swoim matkom, siostrom, czy dziewczynom i wróciło po wojnie...
Ojciec Antka, przedwojenny oficer, mieszkający w pięknej willi na Żoliborzu, został aresztowany pierwszego dnia. Zaraz, gdy przestąpił próg domu. Domu, który nie należał już do jego rodziny, bo jako wrogom ludu i burżujom, właśnie go skonfiskowano. Sąsiedzi nie zdążyli uprzedzić Anastazego Leszeńskiego, że w willi zamiast żony, czeka na niego UB. Nie bronił się, ale nie pozwolił skuć, niczym bandyta. Wsiadł do czarnego samochodu, który podjechał pół godziny później, zdążył jeszcze posłać Marii, swojej żonie, która przybiegła zaraz po aresztowaniu, pożegnalny uśmiech i to był ostatni raz, gdy widziano majora Leszeńskiego żywym. Nigdy nie pozwolono Marii na widzenie z mężem, nie powiedziano jej jak i kiedy zginął, ani gdzie został pochowany. Czekała nań przez resztę życia z nadzieją, że kiedyś wróci. Ale z katowni na Rakowieckiej nie wychodzi się tak szybko i tak łatwo...
Miał się o tym przekonać Antek, jedyny syn Leszeńskich, gdy przyszli i po niego.
Trochę odczekali, zajęci widocznie ważniejszymi figurami „przestępczej organizacji”, ale przyszedł czas i na tych mniej ważnych. O synu majora Leszeńskiego UB przypomniało sobie w Wigilię czterdziestego siódmego. Siadł z matką do skromnie nakrytego stołu, gdzie jedno nakrycie zawsze czekało na ojca, gdy zapukali grzecznie do drzwi i już mniej grzecznie we czterech wpadli do środka. Antek nie zamierzał sprzedać skóry tak tanio, jak ojciec. On już wiedział, że z podziemi na Rakowieckiej się nie wraca. Na jednego zamierzył się krzesłem, ale gdy ten, co wszedł ostatni, zagarnął niespiesznie jego matkę i przyłożył jej pistolet do skroni, chłopak uniósł ręce, poddając się.
Nie padło ani jedno słowo. Skuli go brutalnie. Matka przyskoczyła i zdążyła jeszcze nakreślić mu krzyżyk na czole, zanim wyprowadzili go z mieszkania, niemal spychając ze schodów. Wsiadając do samochodu obejrzał się, tak jak ojciec, posłał łkającej matce pożegnalne spojrzenie. Miał siedemnaście lat, był taki młody, ale już wysoki i przystojny, jak ojciec... Takim go zapamiętała. Tak wyglądał na zdjęciu, zrobionym tuż przed Powstaniem.
Teraz czekała i na męża, i na syna. Całymi dniami siedząc w oknie maleńkiego, dwupokojowego mieszkanka, dawnej służbówki w ich willi, cerując rzeczy sąsiadom, łatając podarte przez ich dzieci spodnie i koszule. W ten sposób zarabiała na posiłek. W ten sposób przesiedziała w oknie trzy lata.
Gdy jej syn wrócił do domu, w pierwszej chwili go nie poznała. Wyniszczony torturami i głodem, siwowłosy starzec otworzył któregoś dnia drzwi, wszedł do środka i wyszeptał na jej widok:
- Mamo, wróciłem.
W następnej chwili, gdy w tym starcu rozpoznała Antosia, zemdlała. Po prostu osunęła się po ścianie.
Nigdy nie doszła do siebie po tym wstrząsie. Nadal czekała i na syna, i na ojca w tym samym oknie, cerując rzeczy sąsiadom. Antoni opiekował się nią, jak tylko mógł, czy raczej jak pozwalało na to okaleczone ciało. Zarabiał na życie tłumaczeniami, bo miał zdolności językowe, chociaż pisanie na maszynie trzykrotnie łamanymi i źle zrośniętymi palcami musiało sprawiać mu nieznośny ból.
Gdy matka któregoś dnia zgasła, siedząc tam gdzie zwykle, w oknie z widokiem na furtkę, opłakał ją, pochował i żył dalej, czekając aż i jego zabierze śmierć-wybawicielka, o którą tylokrotnie się w więziennej celi modlił. Ale życie miało dla niego niespodziankę, a właściwie trzy. Któregoś dnia idąc powoli, bo złamana żelaznym prętem noga też nie zrosła się tak, jak powinna, zobaczył na ulicy zapłakaną kobietę, ciągnącą za sobą dwie małe dziewuszki.
Zatrzymał ją, zapytał co się stało. Rozejrzała się, jak przerażony królik, po czym wyznała, że jej męża zabito podczas strajku, a ją z dziećmi wyrzucono na bruk. Przyjechała do rodziny w Warszawie, ale ci bali się ją przyjąć. Antoni Leszeński nie wahał się ani chwili.
I mimo, że on miał pięćdziesiąt lat, a wyglądał na starca, a ona była ładną, dwadzieścia lat młodszą od niego kobietą, co to mogła „lepiej trafić”, jak szeptały po kątach zbulwersowane sąsiadki, wzięli ślub i stworzyli szczęśliwą, kochającą się rodzinę.
On, Anna i ich dwie córeczki: starsza Zuzia i młodsza Gabrysia.
To szczęście trwało zaledwie sześć lat. Anna z Zuzią zginęły w wypadku. Głupim wypadku samochodowym, spowodowanym przez niesprawne hamulce starego fiata. Antoniego ta śmierć złamałaby wreszcie, gdyby nie pozostał mu ktoś, dla kogo musiał i chciał żyć: dziesięcioletnia Gabrysia.
Razem przeżyli rozpacz i żałobę, razem się z niej podnieśli, razem nauczyli żyć od nowa. Antoni powrócił do tłumaczeń, Gabrysia chodziła do szkoły i prowadziła dom. Sąsiadki znów sarkały, że stary dziecko wykorzystuje, że do sierocińca powinien małą oddać, ale Leszeńscy nie słuchali plotek. Trzymali się życia na przekór wszystkiemu i wszystkim.
Ona mówiła do przybranego ojca „tatku”, albo „tatusiu”, sama będąc dlań całym światem „córeńką”, ukochaną Gabrysią. Skończyła liceum ekonomiczne – chociaż marzyła o architekturze – bo biedowali, żyjąc z jego skromnej renciny i jeszcze skromniejszych zarobków, a potem zaraz po szkole zaczęła pracę jako kosztorysantka. Skoro nie mogła projektować czyichś wymarzonych domów, chociaż tak mogła się przyczynić do ich powstania.
Usamodzielniła się, co Antoniego jednocześnie smuciło, jak i napawało dumą. Wynajęła maleńkie mieszkanko w bielańskim blokowisku i tak sobie żyli z dnia na dzień, chociaż jej spędzało sen z oczu pogarszające się zdrowie ojca, a jemu samotność córki. Ona nie miała jednak czasu na randki. Pracowała od świtu do nocy, bo renta Antoniego nie pozwalała nawet na opłacenie czynszu, wody i prądu, a ojczyzna, dla której tyle uczynił, leków których potrzebował, nie refundowała.
Gabrysia stawała się własnym cieniem, jej ojcu, który na przekór wszystkiemu trzymał się życia, bo o to go błagała, gdy bywało już bardzo źle: „Nie opuszczaj mnie tatusiu. Jesteś mi potrzebny. Masz dopiero siedemdziesiąt jeden lat. Zostań jeszcze ze mną...”, krwawiło serce, że nie może pomóc swojej córeczce inaczej, niż przeżyć kolejny dzień.
I nagle stał się cud.
Któregoś dnia, gdy Antoni jak zwykle stukał w klawiaturę komputera, do małego mieszkanka na Żoliborzu wpadła jego córka, rozpromieniona niczym małe słoneczko, wprowadziła za sobą przystojnego, czarnowłosego mężczyznę i powiedziała z dumą i miłością, którą widać było w jej oczach i słychać w każdym słowie:
- Tatusiu, poznaj mojego narzeczonego. To jest Wiktor Prado.

c.d za dwa tygodnie...

7 komentarzy:

  1. Z jednej strony fajnie że można przeczytać w odcinkach za darmo, ale niech się już ukaże książka jeden wieczór i wszystko byłoby wiadomo;) Dziękuję pozdrawiam i czekam na więcej:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowne, wciągające, ciekawe, porywające i... za krótkie. :( Kolejne dwa tygodnie czekania, ale za to pewnie będzie się działo. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czas dłuży się, oj tak. Dwa tygodnie trwają dwa miesiące :( Ale czekam na całość, zaglądając tutaj. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem cierpliwa i czekam ale za każdym razem jak kończę odcinek to jestem zła ze tak mało. Czekania przyszedł czas....

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy,popieram Cię całym sercem. Czekanie na ciąg dalszy normalnie mnie dobija😉

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,

    Czy już wiadomo kiedy ukaże się całość. W kalendarzu zaznaczony miałam koniec sierpnia, jednak w żadnej księgarni książki nie ma nawet jako zapowiedzi. Nawet ze strony wydawnictwa Znak książka została usunięta jako zapowiedź :(

    OdpowiedzUsuń
  7. No i w takim momencie uciąć? No, Pani Kasiu ja chcę więcej! :)

    OdpowiedzUsuń