sobota, 20 sierpnia 2016

Leśna Polana Odcinek 7

... w którym na Leśną Polanę zaczyna sobie ostrzyć zęby ktoś jeszcze. Pospiesz się, Majka!



Wiktor obudził się jak zwykle z samego rana. Puścił sygnał do braci, że już wstał i bierze się do pracy. Miał na oku pewną kamienicę w Krakowie i pałac, tutaj, w samym sercu Warszawy. Dlaczego nikt się tymi dwiema perełkami do tej pory nie zainteresował – nie miał pojęcia, ale się dowie.
Studiował uważnie dostępne na stronie Urzędu Miasta dokumenty i historię pałacu na Miodowej, gdy jako pierwszy wpadł do jego apartamentu Patryk.
- Cześć, bracie, masz coś dla mnie?
Tak jak Marcin lubił imprezować, Patryk kochał pracę. Rozwiązywanie szczególnie trudnych i zawiłych problemów prawnych sprawiało mu prawdziwą frajdę. Wiktor posłał mu uśmiech.
- Mam. Chodź i zobacz, jakie cudeńko.
Obaj pochylili się nad laptopem, oglądając pałac wystawiony na sprzedaż, za – bagatela – dwadzieścia milionów.
- Nawet jak Marcin starguje do piętnastu, drugie tyle trzeba będzie włożyć w remont i...? – Patryk zawiesił głos.
- I będziemy mieć pałac w Warszawie! – Wiktor klepnął go w plecy i roześmiał się serdecznie, widząc minę brata. – Pamiętasz tę pierwszą norę, w której zamieszkaliśmy po ucieczce?
Patryk kiwnął głową. Żadnej z nich nigdy jej nie zapomni, choć Wiktor zrównał ją z ziemią.
- A dzisiaj bracia Prado mogą sobie kupić pałac i mieszkać w pałacu na warszawskiej Starówce. Nie cieszy cię to?
- Wiesz, Wiktor... – zaczął Patryk, uważnie dobierając słowa – gdybyś robił to dla siebie, bardzo by mnie to cieszyło. Naprawdę. Ale ty robisz to na przekór  j e m u.
Uśmiech znikł. Czarne oczy, jeszcze przed chwilą błyszczące prawdziwą radością, zwęziły się lekko.
- Potępiasz mnie za to? – zapytał młodszego brata obcym, zimnym tonem.
- Nie! Skąd! Źle mnie zrozumiałeś! Życzę mu jeszcze gorzej, niż ty, bo ty przynajmniej raz mu oddałeś, ale chciałbym, byś ty, ty sam – dźgnął go w mostek - sprawiał radość sobie. Korzystał z życia, na które ciężko zapracowałeś, wydawał pieniądze, które ciężko zarobiłeś, kupował jachty, wille i pałace, żeby cieszyć siebie, a nie wkurzać jego. Rozumiesz?
Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak mocno zaciska palce na ramieniu starszego brata. Dopiero, gdy ten chwycił go za nadgarstek, rozwarł je.
- Rozumiem – odparł Wiktor cicho. – Masz rację. Ale ja się nie zmienię. I dopóki to bydlę żyje, zrobię wszystko, by go wkurzać tym, jak mimo jego starań sobie poradziliśmy. A ty mi w tym pomożesz.
- Oczywiście, że pomogę. Z przyjemnością, bo nienawidzę go tak samo, jak ty. – Patryk, ta zdawałoby się chodząca łagodność, gdy mówił te słowa, miał w oczach ten sam wyraz zimnej morderczej furii, co starszy brat. Ale ona po chwili zgasła. Zastąpiła ją zwykła u tego młodego mężczyzny pogoda ducha. – To co, zabierać się za ten pałac?
- Jest coś pilniejszego. – Wiktor pokręcił głową, wyjął telefon, zapisał na kawałku kartki numer i podał go bratu. – Ten stary dom na polanie, który wczoraj widzieliśmy. Chcę go mieć. Za wszelką cenę. Jak najszybciej.
- Nie ma problemu. – Jasnowłosy mężczyzna wzruszył ramionami. – Mówisz serio, czy półżartem?
- Mówię bardzo serio, dzieciaku. – Wiktor ujął brata za ramiona i uścisnął lekko. – Ten dom to pamiątka po jedynym roku, w którym byłem naprawdę szczęśliwy.
- Z Gabrielą?
- Tak. Z Gabrielą.
- Nie lepiej więc o nim zapomnieć? Puściła cię kantem w taki sposób... – urwał, bo tym razem palce brata zacisnęły się na jego ramionach, aż zabolało.
- Nie wiesz, kto tu kogo puścił kantem i dlaczego, więc nie osądzaj. Chcę mieć ten dom. Zrób wszystko, by jak najszybciej stał się moją własnością. Nie firmy. Moją. Spłacę was.
Wiktor puścił go i wrócił do biurka.
Patryk prychnął.
- Daj spokój. „Spłacę was”. Idiota. Gdybyśmy zaczęli spłacać swoje długi wobec ciebie, życia by nam nie starczyło.
- Zasady są zasadami – odparł Wiktor. Jedną z nich była taka, że bez względu na to, ile się który z nich nad daną sprawą napracował, zawsze dzielili zyski na trzy równe części.
- Tylko te, które ty wprowadzasz. Nasze już ciebie nie obowiązują, co? – Patryk miał z nim jeszcze chęć się trochę podroczyć. Czasami wkurzanie Wiktora dawało zaskakujące rezultaty...
- Jeżeli będą choć w połowie tak inteligentne jak moje, czemu nie – zaśmiał się złośliwie jego czarnowłosy i czarnooki brat.
Brat… Tak naprawdę nie łączyły ich więzy krwi. Ich ojciec, który przy każdej okazji nazywał całą trójkę bękartami, najpierw przygarną ciężarną matkę Wiktora, potem gdy zginęła w mocno podejrzanym wypadku, zaopiekował się śliczną blondynką, będącą również przy nadziei, którą rodzina pogoniła z domu. Dla Wiktora, Patryka i Marcina to, że w ich żyłach nie płynęła ta sama krew, nie miało żadnego znaczenia. Łączył ich zupełnie inny rodzaj braterstwa. Na śmierć i życie.
Wiktor po babci Prado, rodowitej Hiszpance, którą widział raz w życiu, odziedziczył smagłą cerę, latynoską urodę, czarne włosy i oczy tak ciemnogranatowe, że również niemal czarne. Oglądała się za nim każda kobieta i dziewczyna na ulicy, plaży, czy gdziekolwiek się pokazał. On nie zwracał na żadną uwagi. Miał i stracił miłość swojego życia raz. To Wiktorowi Prado jak widać wystarczyło... Bliźniacy byli jasnowłosi, wspaniale zbudowani, opaleni na brąz, a ich oczy przypominały barwą morze. Ni to błękitne, ni szmaragdowe. Oj, niejedna zatraciła się w tych oczach, czy chciałaby się zatracić. Patryk jednak szukał tej jedynej, Marcin twierdził z uporem, że na żonę i dzieci ma jeszcze czas.
- Mówicie o dzieciach? – padło od progu pytanie Marcina właśnie. – Moje może nie będą tak obłędnie inteligentne jak naszego starszego brata-geniusza, ale na pewno będą bardziej urocze. Ty spojrzeniem potrafisz ciąć szkło, a głosem miażdżyć diament.
- Mówimy o zasadach, nie o dzieciach – wyjaśnił Wiktor, przemilczając uwagi brata o spojrzeniach i głosach. Sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że potrafi być… niemiły. – Możesz jeszcze dziś jechać do Krakowa, czy jeszcze się nie wyszumiałeś?
- Mam dosyć imprez na jakiś czas – odmruknął Marcin, choć wspomnienie pięknej nieznajomej w olśniewającej złotej sukience sprawiło, że westchnął w duchu. Zaraz potem przypomniał sobie jednak to zakrwawione nieszczęście, które ratowali z Patrykiem i spochmurniał. Chciałby wiedzieć, co z tą dziewczyną, czy przyjaciółka wyrwie ją z łap tamtego sukinsyna, czy też to pokorne cielę wróci do oprawcy, ale nie znali nawet jej imienia. Nie mieli kogo o pobitą dziewczynę zapytać.
- Jadę do Krakowa. Mów gdzie i po co. Patryk jedzie ze mną?
- Ja kupuję tę chatę w lesie. Wiktor chce ją mieć na wczoraj.
- Ciekawe po co. – Marcin wzruszył ramionami. – Mogę wziąć porsche?
- Nie możesz, bo prowadzisz jak kretyn – tym razem odpowiedział mu Wiktor. - Ty bierzesz volvo. Patryk porsche.
- Jezu, ten z tym swoim volvo. – Marcin przewrócił oczami. – Nie będę jeździł samochodem dla starych pryków bez jaj, powolnym jak cielna krowa!
- Mówiąc o starych prykach bez jaj masz na myśli mnie? – Wiktor rzucił mu to swoje tnące szkło spojrzenie, ale zaraz uśmiechnął się złośliwie, wyciągnął z szuflady kluczyki z symbolem porsche i pomachał nimi bratu.
- Nauczysz się jeździć po ludzku, dostaniesz coś lepszego – po czym rzucił je Patrykowi. On zaśmiał się równie złośliwie i wyszedł, wiedząc, co ma robić. Kupić pamiątkę po jedynej miłości Wiktora Prado. Proste.

Pan Antoni siedział pochylony nad klawiaturą komputera, stukając w nią zawzięcie. Wzrok miał już tak słaby, że nawet okulary nie pomagały i coraz częściej odrzucano jego tłumaczenia ze względu na błędy, ale nie zamierzał się poddać aż do końca. Tak jak siedemdziesiąt dwa lata temu, gdy walczył o Wolną Polskę i tak jak przez trzy lata w mokotowskiej katowni, gdy dzień po dniu walczył o przeżycie.
Słysząc dzwonek do drzwi podniósł się z trudem i powlókł, by otworzyć.
- O, Majeczka, moja średnia córcia – ucieszył się jak zawsze na widok dziewczyny.
Obie przyjaciółki Gabrysi nazywał swoimi córeczkami, wiedząc, że ani Julia, ani Majka rodziców właściwie nie miały, i darzył serdeczną wdzięcznością za to tylko, że są. I że będą przy niej – taką miał nadzieję – gdy on w końcu się podda. Tak chciałby doczekać jednak dnia, gdy... Westchnął, ale zaraz znów poweselał.
- Wchodź, dziecko kochane, opowiadaj, co u Julci? Jak wygląda? Bardzo źle z nią?
Majka, wchodząc do niewielkiego mieszkanka spłonęła rumieńcem wstydu. To pan Antonii już wiedział o tym, co spotkało Julkę, już on się o nią troszczył, podczas, gdy Majka...
- Wygląda bardzo źle, panie Antosiu, ale Gabriela mówi, że nie ma żadnych złamań. Same stłuczenia. A u pana wszystko w porządku? Gabi martwiła się, że sama nie może zajrzeć, ale kończy na gwałt pilny kosztorys, więc ja pomyślałam, że wpadnę i pogadamy sobie. Co pan na to?
- U mnie powolutku, moje dziecko, powolutku do końca. Jak zaparzysz herbatki, to pogadam z tobą z przyjemnością. Nawet bez herbatki bym pogadał, tak nota bene.
Uśmiechnęła się i wstawiła wodę.
Mieszkanie było czyste i zadbane. Już ich trzech w tym głowa, by człowiekowi, który tyle wycierpiał, na starość mieszkało się przyjemnie. Przez okno wpadały promienie kwietniowego słońca. Majka wyjęła ze zmywarki – tak, Gabriela uparła się, że ojciec nie będzie mył naczyń tymi biednymi rękami i kupiła mu niewielką zmywarkę – dzbanek, dwie filiżanki, bo tutaj nadal pijało się herbatę w filiżankach, dwa talerzyki i jeden większy.
- Kupiłam po drodze ptysie z bitą śmietaną. Może pan jeść ptysie?
- Nie mogę, ale kto by się tam przejmował jakąś cukrzycą. O ile nie doniesiesz na mnie Gabrysi.
- Panie Antoni, nie chcę mieć pana na sumieniu – pogroziła mu palcem.
- Skuszę się na jednego, dobrze? Siadaj, dziecino, i opowiadaj z czym przychodzisz, bo zgaduję, że nie tylko z ptysiami.
Majka skończyła nalewać herbaty z dzbanka do filiżanek, położyła na talerzykach po jednym ptysiu i... nadal, po tylu latach, nie potrafiła oderwać oczu od rąk pana Antoniego, gdy próbował widelcem okroić kawałek ciastka. Palce, kiedyś pewnie długie i szczupłe, miał powyginane i zgrubiałe w tak wielu miejscach, iż cud, że w ogóle potrafił uchwycić widelec. On nigdy nie wspominał przeszłości, jedyne zdjęcie, jakie stało na jego komodzie, oprócz fotografii żony i córek, było to sprzed Powstania, gdy młody, szczupły i uśmiechnięty patrzył wyzywająco wprost w obiektyw. Ale Gabrysia za pierwszym razem, gdy zaprosiła je do domu ojca, którego koniecznie chciały poznać jej nowe przyjaciółki, uprzedziła, że pan Antoni był torturowany przez ubeków. Palce łamali mu młotkiem trzy razy... Jeden po drugim, kość po kości... Paznokcie wyrywali również nie raz... Ponieważ zawsze nosił koszule z długimi rękawami, innych blizn nie widziała, oprócz jednej, na której widok odebrało jej głos,  ale te palce... za każdym patrzyła na nie jak zahipnotyzowana, nie potrafiąc zrozumieć, jak człowiek człowiekowi może zadać taki ból...
Podniósł na nią łagodne spojrzenie.
- Czemu nie jesz, córciu. To twoje własne ptysie. Pyszne zresztą.
Zamrugała. Upiła łyk herbaty.
- Właściwie przychodzę do pana, panie Antosiu, w konspiracji.
- Dawaj. Uwielbiam konspirować.
- Wczoraj byłyśmy z Gabrysią w terenie oglądać domek, wie pan, jakiego ona ma fioła na punkcie domków wszelakich.
Kiwnął głową i posmutniał. Gdyby mógł, sprzedałby to mieszkanie, albo zamienił na mniejsze, byle jego Gabrynia miała pieniądze na wymarzony domek, ale ona nie chciała o tym słyszeć.
- Nie będę cię okradać z resztek majątku, z którego okradło cię państwo polskie – mówiła z niezwykłą jak na nią stanowczością. Co mógł więc poradzić? Który bank da mu kredyt choćby i pod zastaw tego mieszkania, jemu, niemal dziewięćdziesięcioletniemu starcowi, mieszkania, które i tak było zadłużone, o czym Gabriela nie wiedziała?
- Domek, jak domek. Mały, biały, z czerwoną dachówką, balkonikiem na piętrze – ciągnęła Majka, domyślając się o czym on myśli. – Na pięknej polanie w środku lasu. Leśna Polana, tak się zresztą nazywał... Panie Antoni? – przestraszyła się nagle, bo staruszek pobladł i upuścił widelczyk.
- Nic, nic, mów dalej, moje dziecko – odezwał się z trudem, bo nagle zabrakło mu oddechu.
- Pan zna tę nazwę i ten dom, prawda? – zapytała cicho.
- Tak. To miał być ich dom. Gabrysia opowiadała mi o nim tyle razy... Była taka szczęśliwa, gdy mówiła, jak posadzi róże pod oknami... – Umilkł. Oczy mu powilgotniały. Otarł je wierzchem dłoni.
- On jest na sprzedaż, a ja chcę go dla niej kupić – odezwała się Majka stanowczo. – Płakała, gdy odjeżdżałyśmy, a ja nie potrafię spokojnie patrzeć na jej łzy. Gabriela pragnie mieć ten domek i będzie go miała.
- Nie przyjmie go od ciebie, dziecinko. Jest zbyt dumna – odezwał się ze smutkiem.
Majka uśmiechnęła się.
- I tu dochodzimy do konspiracji, drogi panie Antoni. Mnie będzie podejrzewała o podstęp, ale pana nie. To pan kupi dla niej ten dom.
- O tym też myślałem, kochana moja, ale żaden bank nie da mi...
- Pieprzyć banki! Ja panu dam pieniądze na ten domek!
Antoniego zatkało.
- A ile... on kosztuje? – zapytał powoli.
- Właściciele chcą sto pięćdziesiąt tysięcy, ale utarguję do stu. Tyle mam na koncie i jeszcze trochę na opłaty. Stać nas na Leśną Polanę dla Gabrysi, panie Antosiu! – Zaśmiała się, opadając na oparcie krzesła.
- Kupisz dom za sto tysięcy złotych dla przyjaciółki? Dla obcej właściwie kobiety? – zapytał z niedowierzaniem.
- Po pierwsze: Gabriela jest mi bliższa niż własna matka, którą w całym moim życiu widziałam może parę razy, po drugie owszem, kupię, a właściwie pan kupi, pod jednym wszakże warunkiem...
- Jakiż to warunek? – zapytał Antoni ostrożnie.
Majka spojrzała mu prosto w oczy:
- Powie mi pan, czy to o Gabrieli...
Pochyliła się ku niemu, wyjęła z portfela wycinek gazety i przeczytała go na głos:
- „Tragedia w przeddzień ślubu! Jedna z mieszkanek naszej miejscowości, Gabriela L. została wczoraj w godzinach nocnych trzykrotnie postrzelona przez swojego narzeczonego, który następnie popełnił samobójstwo. Tym większa to strata, że Gabriela L. była w szóstym miesiącu ciąży. Dziecka nie udało się uratować. Lekarze walczą o życie młodej kobiety”.
Majka skończyła czytać. Zapadła martwa cisza. Antoni siedział ze zwieszoną głową. Dziewczyna błagała go wzrokiem, by coś powiedział. Żeby zaprzeczył. Żeby powiedział, że zbieżność imienia i pierwszej litery nazwiska jest przypadkowa, ale on milczał...
- Mówiłem jej, by za niego nie wychodziła. Że to zły człowiek – odezwał się wreszcie cicho. – Ale nie chciała mnie słuchać.
Więc jednak... Majka wypuściła wstrzymywany oddech. To o Gabrieli pisano w gazecie. Postrzelona trzy razy. Straciła dziecko... A narzeczony – ładny mi narzeczony – strzela sobie na koniec w łeb. Jak można żyć po czymś takim i nie zwariować?
- Nie rozumiem dlaczego chce domu, który będzie jej tylko przypominał o tamtej tragedii – odezwała się, kręcąc głową.
- Ach... Ty nic nie wiesz? Nic wam nie powiedziała? – W jego smutnych oczach jakby zapaliło się światełko. – W tym domku miała zamieszkać z innym mężczyzną, który był miłością jej życia.
- No i?! Dlaczego się rozstali, a ją postrzelił jakiś psychopata?!
Starszy człowiek wyprostował się nagle.
- On musiał zerwać zaręczyny – odparł zupełnie innym tonem, niż przed chwilą. Było w nim coś, czego Majka nie potrafiła zrozumieć. Chłód, tak, ale jeszcze coś... współczucie? Bezradność? – A ona uparła się wyjść za innego.
- Nic nie rozumiem! Przecież ten pierwszy był jej miłością! – krzyknęła dziewczyna, sfrustrowana do granic. – Mówił pan, że byli szczęśliwi, kochali ten domek, i co się stało? Nagle temu kretynowi przeszła cała miłość, czy co?!
- Musiał zerwać zaręczyny – powtórzył Antoni twardo, a Majka nagle umilkła. Może to ojciec Gabrysi miał coś przeciwko niemu? Boże, tyle niewiadomych... Jedno jednak jest pewne:
- Jeżeli Gabriela pragnie tego domu, pomoże mi pan go kupić? – poprosiła błagalnie.
Wzrok starego człowieka złagodniał.
- Pomogę.
Majka z radości aż podskoczyła na krześle.
- Powiedz mi jeszcze, moje dziecko, jaki kit wciśniesz mojej córce, żeby uwierzyła, że nagle spadło mi z nieba sto tysięcy?
- Gra pan w lotto?
- Nie gram.
- To trzeba kupić los!!!
Bardziej przydałby ci się nie los, a trochę więcej czasu, droga Majeczko, bo Patryk Prado właśnie wysiadał z czarnego porsche przed Leśną Polaną i wyciągał na powitanie rękę do jej właściciela...

            - Ile pan chce za ten... – Patryk skrzywił się lekko – dom?
- To dobry dom, panie, porządna, przedwojenna robota – oburzył się właściciel. - Nie to co tera, że parę patyków, wata w środku i masz pan dom. Ten jest z cegły, solidny, murowany, jeszcze i pana przeżyje.
- Ten dom to ruina do kompletnego remontu albo rozbiórki – odparł spokojnie Patryk. – Ile pan za niego chce?
- Sto pińdziesiąt tysięcy.
- Nie ma mowy. Jest wart najwyżej sto.
- Ale tu jest pięć hektarów lasu!
- Z tym lasem jest wart najwyżej sto.
Patryk patrzył obojętnie a to na dom, a to na właściciela, a to na jego żonę, która szarpie go teraz wściekle za rękaw kurtki, mało mu tego rękawa nie urwie. Widział, jakim spojrzeniem ogarnęli jego czarne porsche. Miał przed sobą dwoje chciwych ludzi. A pazerność drugiej strony to połowa wygranej. On sam wiedział, że Wiktor zapłaci za dom każdą cenę, ale tamci tego nie widzieli. Wiedza zaś to druga połowa wygranej. Dom został pewnie wystawiony na sprzedaż już dawno. Nikt za taką cenę go nie kupi. Oprócz Wiktora, jeśli Patryk na to pozwoli. Ale dlaczego miałby nabijać kabzę dwojgu chciwcom?
- To ile pan dasz za ten dom? – zapytała kobieta.
- Z lasem? Sto.
- A bez lasu?
O, tu Patryka zaskoczyła. Nie mógł teraz dzwonić do Wiktora i pytać go, czy chce tę ruinę z lasem, czy bez, jak grać, to do końca...
- Nie interesuje mnie sam dom. Albo z lasem, albo w ogóle.
- Musimy się zastanowić. Jest spore zainteresowanie tą posiadłością... – wtrącił facet.
Akurat – prychnął Patryk w duchu.
- To zastanówcie się państwo na spokojnie. Macie czas... powiedzmy do jutra.
- Do jutra?!
- Ja dziś sprawdzę w urzędzie parę dokumentów i albo podpisujemy jutro akt notarialny, albo nie zawracajmy sobie głowy. Nie mam czasu przyjeżdżać tu po sto razy. – Odwrócił się i ruszył do samochodu. To było ostre zagranie i ryzykowne, ale...
- A za sto dwadzieścia kupi go pan? Żebyśmy się tak mniej więcej po środku spotkali – zatrzymał go błagalny głos kobiety. – Syn swoją chałupę kończy i potrzebuje tych pieniędzy...
Patryk trwał przez chwilę z ręką na klamce samochodu, po czym rzucił przez ramię:
- Wzruszyła mnie pani tym synem. Kupię Leśną Polanę za sto dwadzieścia. Dam znać, o której się spotykamy u notariusza. Jeszcze dziś go umówię.
- Tylko tutaj, w Pułtusku, czy we Warszawie?
- W Pułtusku, nie ma potrzeby fatygować państwa do stolicy.
- A nie rozmyśli się pan aby?
Patryk odwrócił się do nich powoli.
- Możemy nawet teraz podpisać umowę przedwstępną. Mam przy sobie z dziesięć tysięcy.
Obojgu rozbłysły oczy.
- A ma pan wzór takiej umowy?
- Jestem prawnikiem. Na pewno coś znajdę. – Uśmiechnął się i wyjął z samochodu elegancką, skórzaną teczkę. Umowę przedwstępną miał już wcześniej przygotowaną i wydrukowaną w trzech egzemplarzach, jeden dla niego, jeden dla nich, trzeci dla notariusza. Wystarczyło wpisać dane właścicieli, numer działki, który on już znał i księgi wieczystej, którą też zdążył już przejrzeć. Na masce samochodu rozłożył dokumenty, spisał dane z ich dowodów osobistych, które na wszelki wypadek mieli ze sobą, wpisał dane Wiktora, podpisali się we troje na każdej ze stron, jeszcze tylko wcisnął im w trzęsące się ręce dziesięć tysięcy, facet przeliczył, kobieta też i...
„Gratuluję, braciszku. Właśnie kupiłeś Leśną Polanę, która nie wiadomo do czego ci właściwie potrzebna. Chyba, żeby rozdrapywać stare rany” – pomyślał, żegnając się z już niemal byłymi właścicielami domu uściskiem dłoni. Jeszcze tylko dość ostentacyjnym gestem usunął tabliczkę „Na sprzedaż” z numerem telefonu i mógł jechać do Pułtuska, umawiać się z notariuszem.
Ten nie miał oczywiście wolnych terminów „tak na już”, ale za trzy tysiące ekstra jakiś znalazł, jutro o szesnastej.
Majce zostało naprawdę mało czasu...

Powolutku, tak by pan Antoni nadążał, prowadziła go do kancelarii notarialnej. Potrzebne były jej dwa dokumenty: pełnomocnictwo, by mogła kupić dom w imieniu pana Antoniego i akt darowizny na rzecz Gabrieli.
Chociaż podjechali niemal pod samą kancelarię, starszy człowiek szybko się męczył i co chwilę musieli przystawać. Widać było, że każdy krok złamaną kiedyś żelaznym prętem kata nogą, sprawia mu ból, ale musiał dotrzeć do celu. Oboje musieli. Dla Gabrysi.
W jasnym świetle kancelaryjnego światła dopiero zauważyła, że pan Antonii jest śmiertelnie zmęczony całym tym dniem. Telefonem od Gabrieli, że pobito jej przyjaciółkę, a drugiej nie może znaleźć, wizytą Majki, niełatwą rozmową, potem jej szalonym pomysłem i teraz tą eskapadą do naprędce umówionego notariusza. Ona była w swoim żywiole. Uwielbiała tak właśnie działać: szybko i skutecznie. Ale miała trzydzieści dwa lata, a nie była schorowanym starcem, który przeszedł piekło ubeckiej katowni...
- Proszę usiąść, panie Antosiu, to trochę potrwa – pochyliła się ku niemu z troską.
- Wytrzymam – mruknął.
- Na pewno wszystko w porządku? Dobrze się pan czuje? – pytała go o to już chyba piąty raz.
- Dziecko drogie, siedziałem w X pawilonie ponad trzy lata, to posiedzę godzinę albo i dwie w kancelarii notarialnej! Zamiast się troszczyć o mnie, dopilnuj, by wszystkie dokumenty były w porządku. Bo jeśli będziemy musieli wrócić tu ponownie, tego mogę już nie wytrzymać.
Tym ją skutecznie zniechęcił do tkwienia nad sobą. Mógł oprzeć się wygodnie o oparcie skórzanego fotela, wyciągnąć bolącą nogę przed siebie, przymknąć powieki i odpocząć.
„To mój narzeczony, Wiktor Prado” – stanęło mu przed oczami wspomnienie rozpromienionej córki. Młody mężczyzna czeka grzecznie, aż Antoni pierwszy wyciągnie do niego rękę. Widząc powyginane palce ściska ją delikatnie, ale z szacunkiem. Gabriela musiała go uprzedzić... Jest bardzo przystojny, aż za przystojny – niepokoi się Antoni. – Żadnej spódniczce nie przepuści. Z drugiej strony patrzy na jego córkę z taką miłością...
- Jestem inwestorem – mówi. Ma przyjemny, męski głos. – Gabrysię polecił mi znajomy i tak się oto poznaliśmy.
Tu oboje uśmiechają się na to wspomnienie. Wiktor przyciąga spontanicznym ruchem dziewczynę do siebie i całuje jej kasztanowe kędziorki. Ten gest, niewymuszony, prawdziwy i serdeczny porusza Antoniego do głębi. Jego córka jest i będzie kochana przez tego człowieka miłością, jaka zdarza się raz na całe życie. W tej chwili jest tego pewien.
Pół roku później, gdy ten sam młody mężczyzna klęczy przed nim, płacząc, a on próbuje podnieść go z kolan i jakoś pocieszyć, choć jego samego łzy dławią w gardło, nadal jest pewien, że tych dwoje: Gabriela Leszeńska i Wiktor Prado nigdy nie przestaną się kochać, ale musi powtórzyć to, co – choć serce mu krwawi – powiedział przed chwilą:
- Zerwij te zaręczyny. Natychmiast. Jeśli kochasz Gabrielę, a wiem, że tak jest, po prostu odejdź i nie wracaj, dopóki ona nie będzie bezpieczna.
Wiktor kiwa głową. Podnosi się z kolan. Ociera twarz wierzchem dłoni. Nie jest w stanie wykrztusić ani słowa. Starszy mężczyzna przytula go po raz ostatni, z całych sił, tak by czuł, że nie jest sam w tej rozpaczy, że jest ich dwóch, a za chwilę dołączy Gabriela.
- Napiszę do niej – szepce Wiktor, bo głos nadal odmawia mu posłuszeństwa. – Nie dam rady złamać serca kobiecie, którą kocham nad życie, patrząc jej prosto w oczy.
- Napisz. Przekażę jej list zaraz po twoim wyjściu. – Antoni odwraca się i patrzy na drzwi pokoju, w którym leży jego córeczka. Może potrwa to już niedługo? Może tych dwoje doczeka tego, na co czeka od tylu lat on sam?
Gdyby wiedział, jak zareaguje Gabriela na list Wiktora, gdyby mógł przewidzieć, do jakiej tragedii się przyczyni... Trzy strzały. Dwa w nienarodzone dziecko, jeden w serce...
- Panie Antosiu? Dobrze się pan czuje? – dobiega go zatroskany głos.
Gwałtownie otwiera oczy. Zawstydzony ociera łzy, które spływają mu po policzkach.
- Tak. Tak, Majeczko. Cieszę się, że moja dziewczynka choć trochę dzięki tobie będzie szczęśliwsza.
- Notariusz już kończy, zaraz wszystko podpiszemy i odwiozę pana do domu. Ach, i po drodze muszę kupić los. – Majka uśmiecha się. – Jak konspiracja, to konspiracja.

5 komentarzy:

  1. Jestem z "Leśną Polaną" od początku....od pierwszego odcinka. Świetnie się czyta,mimo tego,że czasami czas oczekiwania na kolejny odcinek jest długi. Dobrze,że udało się Pani już skończyć powieść. Chętnie kupię kiedy się ukarze. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow. Aż się popłakałam. Smutna historia . Wierzę że oni bedą razem. Na zawsze i ich szczęście nie będzie chwilowe. Jestem ciekawa, dlaczego Wiktor zerwał zaręczyny i o co chodzi z tym drugim mężczyzną. Z niecierpliwością czekam na dalsze losy. Coś czuję, że Majka zwiąże się z Marcinem, a Julia z Patrykiem. Byłoby ciekawie. Pozdrawiam i chylę głowę. Jest Pani mistrzynią. Każda książka ma to "coś" i każda bardzo wciąga. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale nam Pani zafundowała ładunek emocjonalny, ajć! Czekam na kolejny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaczyna się dziać, zresztą niemal w każdym odcinku nie ma spokoju. Tak bardzo chciałabym już mieć w ręku całość i móc przewracać kartki, a one tak pięknie trzeszczałyby. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń