piątek, 2 września 2016

Leśna Polana Odcinek 8...



 ... w którym Gabrysia wraca do bolesnych wspomnień.

Nad Warszawą powoli zapadał wieczór.
Wiktor stał w oknie swego wspaniałego apartamentu, patrzył przed siebie na rozświetlające się latarniami miasto i słuchał Marcina, który przez telefon zdawał mu dokładną relację ze stanu kamienicy.
- Wiesz co? – przerwał mu w końcu. – Zostaw to urzędnicze pieprzenie. Interesuje mnie twoja i tylko twoja opinia – W tych słowach nie było cienia kpiny. Marcin był współwłaścicielem firmy należącej do nich trzech. Jego słowo w tych sprawach liczyło się tak samo, jak Wiktora i Patryka.
- Moim zdaniem szkoda zachodu.
- To wracaj.
- Skoro już tu jestem, rozejrzę się na miejscu. Wpadło mi w oko coś innego...
- Chyba ktoś, a nie coś. Czy ty kiedykolwiek dorośniesz...?
- Wyobraź sobie, że mówię teraz o innej kamienicy sto razy lepszej niż ta twoja – obraził się Marcin. – Gdybym chciał iść w miasto, to powiedziałbym otwarcie, zostaję na noc zaszaleć tym razem w Krakowie, z dala od was dwóch.
- Okej, okej – odezwał się pojednawczo Wiktor, myśląc jednocześnie, że chyba naprawdę trzyma młodszych braci na zbyt krótkich smyczach.
Nigdy nie znajdą swoich wymarzonych miłości, jeśli on nie pozwoli im na poszukiwania. Marcin kilka razy odważył się przyprowadzić na wspólną kolację czy lunch potencjalną narzeczoną. Czekał potem na opinię starszego brata w takim napięciu, jakby Wiktor jednym słowem mógł przekreślić jego szczęście. I tak było. Nawet nie musiał nic mówić. Lekkie uniesienie brwi, niemal niezauważalne skrzywienie ust i dziewczyna więcej się nie pojawiała. Patryk nie odważył się przedstawić bratu jeszcze żadnej.
Ta myśl zmroziła Wiktora. Można być despotą, czy sadystą na wiele sposobów. Niekoniecznie trzeba brać do ręki pas albo kabel i bić do nieprzytomności. Ciągłe potępianie, poniżanie, czy podłe słowo boli czasem bardziej niż uderzenie.
- Oglądać tę kamienicę, czy nie? – przerywa mu te rozmyślania zniecierpliwiony głos młodszego brata. No tak, przecież nadal rozmawiają przez telefon.
- Obejrzyj i... wiesz co, dzieciaku? Wykorzystaj okazję, że faktycznie obaj jesteśmy daleko, i zabaw się w tym Krakowie. Gdyby cię przyskrzynili, masz prawo do jednego telefonu. Patryk cię wyciągnie.
- A ty swoje... – żachnął się Marcin, ale Wiktor mówi poważnie:
- Wystarczy, że ja w tym naszym popieprzonym trio nie potrafię korzystać z życia. Chociaż wy dwaj się tego nauczcie. Zaszalej, bracie, masz moje błogosławieństwo. Patrykowi, gdy tylko wróci, powiem to samo.
Po drugiej stronie zapadła na chwilę cisza, a potem odezwał się pełen zdumienia głos Marcina:
- Słyszycie to, niebiosa? Mój starszy brat normalnieje! Alleluja! Wypiję dzisiaj twoje zdrowie Wiktor. Twoje i Patryka. I...
- Pij do woli, bylebyś dożył do rana i wrócił w miarę cały do domu.
Rozłączył się i uśmiechnął. Chyba uszczęśliwił właśnie swojego młodszego brata. I to nie pozwoleniem na picie do rana, a... na normalność. Bo przystojny, wolny i bogaty facet w wieku Marcina to właśnie powinien robić po pracowitym dniu: dobrze się bawić, a nie udawać, że się dobrze bawi pod kontrolą wściekłego i znudzonego Patryka.
Wiktor nadal stał w oknie i patrzył przed siebie.
Jak można pomóc drugiemu z braci?
Patryk nie ustępował urodą i inteligencją Marcinowi, jeśli chciał, potrafił przyćmić ich obu krótką, celną ripostą, czy urokiem, ale tylko w biurze, czy w kancelarii prawniczej. Na co dzień był – do czego nie przyznałby się nawet na torturach – nieśmiały i wycofany. Zamknięty we własnym świecie, do którego nawet dwie najbliższe mu istoty, którym ufał bezgranicznie – jego bracia – nie mieli wstępu.
Marzył o tym samym, co oni: szczęśliwej, pełnej rodzinie. Żonie. Dzieciach.
Spotykał kobiety, to oczywiste, w pracy, na ulicy, w klubach, do których ciągnął go Marcin, jednak... Ciągle oceniał je oczami nie swoimi, a Wiktora. Co starszy brat powiedziałby o tej? A co o tamtej? Ta by się mu pewnie nie spodobała, zbyt wyzywająco ubrana, a ta ma za ostry makijaż, z tą zaś nie można porozmawiać o niczym więcej niż tipsach...
Wiktor potarł twarz. Boże, co on tym swoim dzieciakom zrobił?! Tak ich wytresował, że stali się jego kopiami, zamiast pozostać sobą! A przecież chciał ich przed tym ocalić! Pragnął tylko i wyłącznie ich szczęścia!
Opadł na kanapę pokonany przez samego siebie. Pod powiekami poczuł palące łzy. Strach przed miłością, czy raczej jej utratą, mimowolnie zaszczepił braciom. Nie kochaj, bo będziesz cierpiał. Ile mieli lat, gdy spotkał Gabrysię? Dwadzieścia trzy. Widzieli jego rozpacz. Widzieli, jak codziennie wychodzi w środku nocy, by chociaż spojrzeć w okna jej domu. Słyszeli jak czasami walił pięścią w poduszkę, albo dla odmiany wgryzał się we własną pięść, by powstrzymać szloch.
Taką miłość im obu pokazał.
Wpił palce we włosy. Wiedział, co powinien zrobić już dawno temu, tego dnia, kiedy wrócił od Antoniego Leszeńskiego i pierwszy i ostatni raz upił się do nieprzytomności, szlochając i bełkocząc coś bez sensu. Patryk i Marcin siedzieli przy nim do rana, przerażeni. Gdy się ocknął, jakimś cudem we własnym łóżku, nadal siedzieli wpatrzeni w jego półprzytomne oczy.
- On wrócił? – odważył się zadać pytanie Marcin.
Już wtedy, w tamtej chwili powinien odpowiedzieć: „Tak. Wrócił i przypieprzył mi, jak nigdy dotąd”. Ale skłamał. Dla ich dobra.
- Nie. Zerwałem z Gabryśką. Dajcie mi spokój.
Wstał, odepchnął ich i wyszedł.
Teraz przyszedł czas na wyznanie prawdy, albo zniszczy Patrykowi i Marcinowi życie. Musi się tylko zebrać w sobie. Musi się zdobyć na odwagę, by powrócić do tamtych dni, do samego początku, gdy oni mieli po pięć lat, a on leżał we krwi pośrodku pokoju i po raz pierwszy mówił bez słów swym braciom, skulonym pod łóżkiem niczym dwa przerażone króliki: „Milcz. Ani drgnij. Nie waż się nawet głośniej odetchnąć. Wytrzymaj. Milcz”.


Majka odwiozła pana Antoniego do domu, upewniła się, że jest jedynie bardzo zmęczony, ale dożyje jutra, po czym jak na skrzydłach pobiegła do szpitala. Wcześniej jednak zawiozła bezcenne dokumenty do domu, by przypadkiem nie wpadły Gabrysi w ręce.
Teraz wchodziła do sali numer pięć, gdzie nadal na jednym z łóżek, tym pod oknem, leżała Julia z kroplówką podłączoną do przedramienia. Spojrzała na Majkę i próbowała się uśmiechnąć, ale słabo jej to wyszło. Jedno oko miała tak opuchnięte, że nie widziała przez nie wcale, druga połowa twarzy była w nieco lepszym stanie, lecz i tak Julia wyglądała makabrycznie.
- Cześć, kochana, jak się czujesz? – Majka, czując jak gardło ściska się jej w bolesny węzeł, pochyliła się nad przyjaciółką i pocałowała ją delikatnie w policzek.
- Tak jak wygląda – odpowiedziała za Julię Gabriela.
- A, czyli całkiem, całkiem – zażartowała Majka, gładząc przyjaciółkę po włosach. – Zadbałaś, by dostała leki przeciwbólowe i żeby zrobili jej wszystkie niezbędne badania? I zbędne też? – zwróciła się surowo do Gabrysi.
- A ty zadbałaś, by nie musiała wczoraj uciekać przez balkon? – ta odgryzła się niespodziewanie dla samej siebie. Była zmęczona i zła. Nie tylko na Majkę, na siebie samą również, więc zaraz dodała: - To pytanie również do mnie. Co my dwie, przyjaciółki Julii, zrobiłyśmy, by nie zostawić jej samej na pastwę tego psychopaty? Miałyśmy poczekać, aż zabierze swoje rzeczy, zejdzie do samochodu i przeniesie się do ciebie? Miałyśmy.
- Owszem, miałyśmy, ale Julia wyraźnie powiedziała, że zostaje z Tomusiem Łajzą. Jednym słowem: kazała nam spadać – odezwała się Majka obronnym tonem. Julia kiwnęła głową: tak było. 
- Jeżeli trzeba, musimy chronić siebie nawzajem nawet przed sobą samą. Czy wiesz, Majka, jak wyglądałaś dzisiaj w południe, gdy tu wpadłaś?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem wstydu. Dobrze, że Gabriela nie widziała jej rano, gdy się obudziła. Ale czy musi prać im sumienia właśnie tu i teraz? Nie może z tym poczekać, aż Julia wydobrzeje, wróci do domu – którego nie ma – i we trzy zastanowią się, co dalej? O to właśnie zapytała na głos.
- I co cię właściwie ugryzło, że wyżywasz się na mnie i na Julii dziś wieczorem? – dodała w następnej chwili. – Julia od pięciu lat trafia z rąk jednego Tomcia Łajzy do drugiego, ja od pięciu lat kończę dzień z innym facetem, ty równie długo szukasz nie wiadomo właściwie czego. Co ci odbiło właśnie dzisiaj, Gabrielo Leszeńska?
- Właśnie to – odezwała się cicho, porażona słowami przyjaciółki, w których nie było złości, czy gniewu. Jedynie proste stwierdzenie trzech faktów. – Że minęło pięć lat, a my stoimy w tym samym miejscu. Na progu psychiatryka. Nic się nie zmieniło.
W niewielkiej sali zapadła cisza. 
- Gabi – odezwała się po długiej chwili Majka, łagodnie, cicho, jakby mówiła do rannego zwierzęcia – wracaj do domu, odpocznij, miałaś ciężki dzień. Jutro rano, zanim tutaj przyjdziesz, zastanów się, kiedy zaczniesz być z nami szczera. Zasługujemy na prawdę. Kochamy cię, jak siostrę. Byłyśmy z tobą w lepszych i gorszych czasach. Wiesz o nas wszystko, my o tobie nic. Racja. Stoimy na progu psychiatryka, tego samego, co pięć lat temu, ale ty wiesz, dlaczego my się tam znalazłyśmy, a swoją przeszłość przed nami zataiłaś, a to cholernie  nie fair, bo w żaden sposób nie możemy ci pomóc. Jeżeli nie zdobędziesz się na ten krok, na szczerość, czy może odwagę, zostaniesz na tym progu do końca życia. Ale sama. Ja wyjdę i zabiorę ze sobą Julię. Twój wybór, kochana, czy wychodzisz z nami, czy zostajesz.
Gabriela patrzyła w poważną twarz Majki wielkimi, pełnymi łez oczami. Każde słowo bolało, każde było jak uderzenie. A wszystkie prawdziwe.
Majka wstała powoli, objęła ją i przytuliła lekko, ale serdecznie.
- Chcę, żebyś wyszła z nami, Gabisiu – wyszeptała i wypuściła ją z objęć.
Gabriela kiwnęła głową, wzięła laptop i torbę, pogładziła Julię po ręce i wyszła krokiem człowieka pokonanego. Wyglądała w tej chwili dokładnie tak, jak Wiktor Prado.
Prawda wyzwala, owszem. Ale czasami tym, co wyzwala, są demony przeszłości...

Słowa Majki wstrząsnęły mną bardziej, niż się jej wydawało, N]niż sama bym się jeszcze wczoraj do tego przyznała. Od momentu, gdy zobaczyłam ten domek, Leśną Polanę, powróciły wszystkie wspomnienia, i te dobre, najlepsze, i te straszne, z którymi jakoś nauczyłam się żyć.
Gdybyś chociaż powiedział mi prosto w twarz, wytłumaczył, a nie napisał jedno, zdawkowe zdanie, jakbym nic dla ciebie nie znaczyła: „Wybacz, ale muszę zerwać nasze zaręczyny” i jeszcze drugie, jakby miało mnie pocieszyć po takim ciosie: „Zawsze będę Cię kochał”... Podrzuciłeś ojcu list i uciekłeś w nocy, jak tchórz, Wiktor, a ty nie jesteś i nie byłeś tchórzem. Co się więc stało, że opuściłeś mnie w takiej chwili, gdy twoja miłość i wsparcie najbardziej były mi potrzebne?
Gdybyś odszedł w inny sposób, wyjaśnił, dlaczego nie możemy być razem, nawet jeśli przyczyną była inna kobieta... może ja nie popełniłabym błędu, jakim był Jacek? Może nie pozwoliłabym się tak głupio mu podejść, pozwolić, by zajął twoje miejsce, zgodzić się na ślub? A wtedy nie wydarzyłoby się to, co boli do dziś, najbardziej...

Gabriela podwinęła bluzkę i spojrzała na dwie okrągłe blizny po kulach, szpecące brzuch. Dotknęła trzeciej, tuż pod obojczykiem.

Szkoda, że nie umiał lepiej celować... – pomyślała z goryczą. – Umarłabym tego dnia razem z synkiem. Twoim synkiem, Wiktor. Nie ty do nas strzelałeś, ale ty masz naszą krew na rękach i życie naszego dziecka na sumieniu. Żałuję, że nigdy ci tego nie powiedziałam. Może cierpiałbyś tak jak ja, a nie bawił się w prezesa świetnie prosperującej rodzinnej firmy. Ale ja nie potrafię cię skrzywdzić, bo nadal, idiotka, kocham cię tak, jak pokochałam pierwszego dnia, gdy się spotkaliśmy...
Życzę ci wszystkiego, co najlepsze, Wiktor. Miłej żony, ślicznych dzieci. Dom, i to niejeden już pewnie masz. Ja jeszcze długo nie będę miała własnego, a dziecka już nigdy.
Majka miała rację. Stoję w tym samym miejscu, w którym byłam pięć lat temu, ale... nie chcę już nigdzie iść, o nic walczyć. Byłeś moją pierwszą i jedyną miłością, Wiktor, i niech tak zostanie. Nigdy więcej nikomu nie pozwolę się zranić. Zaufałam ci. Przyrzekałeś. I odszedłeś bez słowa wyjaśnienia... Życie bez miłości nie ma sensu, a ja nie chcę już żadnej innej. Poczekam aż Julia wydobrzeje i... pozwolę im obu, moim przyjaciółkom, pójść dalej, swoją drogą. Zrobić to, przed czym ostrzegała mnie Majka. Ja dla siebie nie widzę już żadnej przyszłości. Przepraszam, moje kochane. Przepraszam, tatusiu. Patrzę prosto w otchłań i widzę, jak ona patrzy we mnie...

Stała w środku nocy na balkonie dziewiątego piętra i wpatrywała się w dół. Boże, to byłoby takie łatwe. Jak Julia wczoraj: przełożyć jedną nogę przez barierkę, potem drugą, stanąć na chwilę prosto, pożegnać się ze światem, rozewrzeć ramiona jak do lotu i skoczyć w dół. Już nigdy więcej bólu, wspomnień i łez. Nigdy więcej zamartwiania się skąd wziąć pieniądze na czynsz, czy leki...
W kieszeni dżinsów piknął sms, cicho, ale Gabriela aż drgnęła. Połową ciała zwisała z barierki balkonu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Cofnęła się. Oderwała oczy od hipnotyzującej otchłani i sięgnęła po komórkę.
Wiadomość była od Majki: „Kochamy Cię obie: Jula i ja. Nie jesteś sama. Bez ciebie nigdzie się nie ruszamy, słyszysz?”. Uśmiechnęła się przez łzy. Pogładziła ekran palcem i wróciła do pokoju, czując przenikliwe zimno, którego dotąd nie zauważała. Usiadła przy biurku, otworzyła tabelę z kolejnym kosztorysem i znów poczuła tę samą beznadzieję, co przed chwilą.
Bez względu na to ile będzie harować, nigdy nie wystarczy jej na godne życie. Na utrzymanie dwóch mieszkań, na coraz droższe leki ojca, na prąd, wodę, ZUS, podatki. Wynajmowała najtańsze mieszkanie w ohydnym bloku na Bielanach. Mogłaby zamieszkać z ojcem, ale wiedziała, że on by tego nie chciał. Dopóki jeszcze radzi sobie sam, nie jest zniedołężniały, chce pozostać mężczyzną, a nie warzywem, mytym i podcieranym przez przybraną córkę. Mimo blizn, które szpeciły całe jego ciało, a może właśnie dzięki nim, nosił w sercu godność i Gabriela nie śmiała jej deptać. Raz, kilka lat temu, gdy ciężko zachorował i opiekowała się nim po powrocie ze szpitala, na widok „pamiątek” po tym, co mu zrobiono, nie mogła powstrzymać się od płaczu. Łzy same cicho, bezgłośnie, zaczęły skapywać na jego piersi, przypalane papierosami, na plecy siekane bez litości batem, prętem, drutem, na ramię, przecięte pięcioma głębokimi szramami...
- Gabrysiu, proszę – wyszeptał, mając głowę odwróconą do ściany.
Przełknęła łzy. Dokończyła przecieranie trawionego gorączką ciała ojca wilgotną gąbką. Ucałowała jego zapadnięte policzki. Nazajutrz poprosił, by wezwała pielęgniarkę i już nigdy nie pozwolił córce, by opiekowała się nim w chorobie sama. Jej łzy bolały nie mniej, niż te blizny.
Rozumiała to i szanowała. Dlatego będzie pracować tyle, ile trzeba i utrzymywać dwa mieszkania, dopóki ojciec radzi sobie sam. Nie prosił o litość oprawców i nie chciał litości od Gabrieli.
Tylko z pieniędzmi, do czego mu się nie przyznała, ale pewnie się tego domyślał, było coraz bardziej krucho... Kiedyś marzyła o studiach. Może poszłaby na zaoczną architekturę? Dzisiaj marzenia ograniczały się do przeżycia od pierwszego do pierwszego. Bez względu na to, ile weźmie zleceń i jak długo nie będzie harować, nigdy nie wyjdzie z tej matni. Nigdy.
Myśl, że po śmierci ojca mogłaby sprzedać jego mieszkanie, kupić wymarzony domek i odetchnąć finansowo, nawet nie postała Gabrieli w głowie. Nie potrafiła wyobrazić sobie jak to będzie, gdy zostanie kiedyś sama i nie chciała sobie tego wyobrażać.
Zdecydowanym kliknięciem otworzyła plik i zaczęła wypełniać kolejne wiersze i kolumny niekończących się tabel. To było pilne, a przez to ekstra płatne zlecenie...

Ledwo żywa przywlokła się nazajutrz koło południa do szpitala.
- Wyglądasz jak zombie – zauważyła z troską Majka, po której również było widać nieprzespaną noc.
- Dzięki. Ty nie lepiej. Chociaż... i tak lepiej, niż wczoraj, gdy tu przyszłaś.
Majka umknęła wzrokiem na wspomnienie wczorajszego przebudzenia...
- Jak się czujesz, Julijka? – Gabriela pochylała się nad przyjaciółką i odgarniała kosmyk włosów z jej czoła.
- Nieźle – wyszeptała z trudem Julia.
Popękane i spuchnięte usta nadal sprawiały nieznośny ból, a jedno oko nie dawało się otworzyć. Prawdę mówiąc to „nieźle” było trochę na wyrost, bo czuła się jak przejechana przez pociąg, ale nie chciała przysparzać zmartwień przyjaciółkom. I tak była wdzięczna Bogu, że je ma. Gdyby nie Majka i Gabrysia, leżałaby tu zupełnie sama, od czasu do czasu kontrolowana przez pielęgniarkę z jej zdawkowym „i jak tam?”.
- Wracaj do domu, odeśpij tę noc. – Gabriela zwróciła się do Majki. – Ja jak zwykle mam co robić.
Usiadła na krześle obok łóżka chorej i położyła na kolanach laptop, gdy nagle poderwała głowę i znów spojrzała na przyjaciółkę:
- Ty nie powinnaś być w pracy? Jeśli wyrzucą ciebie z firmy...
- Nie wyrzucą. – Majka machnęła niefrasobliwie ręką. Tyle razy robiła szefowi dobrze pod biurkiem, że niechby tylko śmiał ją wyrzucić... – Mam zaległy urlop, to go sobie wzięłam. – Patrzyła na Gabrielę, trzymającą na kolanach otwarty laptop. – Tobie się to jeszcze nie znudziło?
- Co? – Ona nie zrozumiała jej w pierwszej chwili.
- Te tabelki. Ile lat już je tak wypełniasz?
Gabriela zamyśliła się na moment.
- Dwadzieścia trzy. Zaczęłam w pierwszej klasie liceum.
- Od ponad dwudziestu lat wypełniasz tabelki… One się chociaż czymś różnią?
- Nieszczególnie. A co, chcesz mnie zastąpić? O co ci w ogóle chodzi? – Te pytania stawały się coraz bardziej irytujące. Gabriela siedziała nad cholernym kosztorysem niemal do rana, zdrzemnęła się parę godzin i jeśli nie skończy go do piętnastej z premii nici. Czy Majka może już sobie iść?
- O nic. Tylko... – Tu Gabriela westchnęła ciężko i przewróciła oczami, ale przyjaciółka ciągnęła niezrażona: - Jesteś zdolna i inteligentna. Nie mogłabyś robić czegoś bardziej ambitnego, niż wypełnianie tych cholernych tabelek?
- Nie mam bogatych rodziców, którzy zafundują mi studia i dom, księżniczko, już o tym rozmawiałyśmy.
- Pod mostem nie mieszkasz, a jakiś kurs czegoś bardziej zajmującego nie jest chyba taki drogi.
- Na kurs trzeba mieć siły i czas, pracowita pszczółko, a ja gdy mam czas, biorę dodatkowe zlecenie, a potem nie mam już ani czasu, ani sił. Daj mi spokój, co? Wczoraj o psychiatryku, dzisiaj o tabelkach. Zajmij się swoim arcyciekawym życiem, Majeczko. Wpadł tu w nocy jakiś przystojny doktorek, czy spędziłaś ją w towarzystwie li tylko Julii?
Cios był celny.
- Mogłabym pożyczyć ci pieniądze na studia. Wiesz o tym – odparła z ledwo hamowanym gniewem.
- Nie chcę pożyczek. Nie chcę litości.
- To nie jest żadna litość! Jesteś taka sama, jak twój ojciec: uparta i dumna! Oboje odrzucacie pomoc przyjaciół, bo Leszeńscy muszą sobie radzić sami...
- Jak wiesz, to nie jest mój biologiczny ojciec, a porównaniem do niego raczej mi pochlebiłaś, a nie obraziłaś – odparła Gabriela. – Dopóki radzimy sobie sami, będziemy sobie radzić. Gdy przestaniemy, poprosimy o pomoc.
- Nigdy żadne z was nie poprosi o pomoc – rzekła cicho Majka. – Będziecie przymierać głodem, ale o pomoc nie poprosicie. Nasza wczorajsza rozmowa nic nie dała. Jesteś niereformowalna – dodała ze smutkiem.
Julia błagała ją od dłuższej chwili wzrokiem, by dała spokój. Gabriela siedziała nieruchomo, zaciskając palce na laptopie coraz silniej. Wreszcie powoli uniosła pociemniałe z gniewu oczy i wycedziła:
- Zacznij zmieniać świat od siebie. Ja może wypełniam od dwudziestu lat te same tabele, ale mogę sobie co rano bez wstydu spojrzeć w oczy. Ty to potrafisz?
Majka, chwyciła swoją torebkę, odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju.
Gabriela powoli rozwarła palce zaciśnięte tak mocno, że aż bolało. Opadła na oparcie krzesła i zacisnęła powieki. Była śmiertelnie zmęczona. Pracą, życiem i przyjaciółmi. Otchłań zdawała się coraz bardziej kuszącym rozwiązaniem...
- Ona chce ci tylko pomóc – rozległ się cichy szept Julii. – Podzielić się z tobą tym, co ma, żeby dostać to, czego nie ma.
Gabriela powoli otworzyła oczy. Patrzyła w sufit.
- Nie musi kupować mojej miłości. Ma ją za darmo.
- A szacunek?
Przeniosła spojrzenie z sufitu na Julię. Patrzyły na siebie długą chwilę. Gabriela pierwsza odwróciła wzrok. 

Pół godziny później Majka, przebrana w elegancką garsonkę i lekko umalowana, prowadziła czerwoną mazdę wściekle szybko i nieuważnie. Już parę razy ją obtrąbiono, ale miała to gdzieś. Gnała – choć nie wiedziała, dlaczego jej się tak spieszyło, do tej durnej chałupy, żeby spisać numer telefonu i  pogadać z właścicielami o kupnie.
Kupnie domu dla przyjaciółki, która nią gardzi.
- Ale z ciebie naiwna idiotka... – zaśmiała się gorzko. – Gabi nawet nie zdobędzie się na wdzięczność za tę chałupę, bo nie dowie się, że to ty dałaś na nią pieniądze. A co do pogardy... „Jesteś tego warta”- jak mówią w reklamie.
Na wspomnienie wczorajszego przebudzenia żółć podeszła jej do gardła. Zahamowała z piskiem opon, tak że jadący z tyłu omal się o nią nie rozbił, i nie zważając na wściekłe trąbienie niemniej wściekłego faceta wyskoczyła z samochodu, obiegła go i zwymiotowała na poboczu.
Tamten przestał ujadać, cofnął, minął ją i odjechał.
Majka oparła się o drzewo. Była zlana zimnym potem. W ustach miała ohydny, kwaśny smak. Musi sobie zafundować lobotomię, bo ilekroć wspominała rozwalonego, spasionego basiora, obok którego się wczoraj obudziła... o, znów... Nagle zmroziła ją inna myśl. Znacznie gorsza, niż wspomnienie wczorajszej nocy.
Na miękkich nogach wróciła do mazdy, trzęsącymi się rękami przekręciła kluczyk. Chwilę potem parkowała pod najbliższą apteką. Kwadrans później wbiegała bez tchu toalety na stacji benzynowej.
Czekała, zaciskając powieki z całych sił i modląc się gorąco do Boga, wymagane pięć minut, po czym otworzyła oczy, wstrzymując oddech spojrzała na wynik testu i rozpłakała się. 

c.d. za 2 tygodnie...


6 komentarzy:

  1. O nie! Tak się nie robi. W takim momencie przerwać to zbrodnia dokonana wprost na własnych czytelniczkach.
    Czyżby szykowała się ciąża? Ależ emocje! Czekam już na następny.

    OdpowiedzUsuń
  2. To jednak jest umiejętność, rozbudzić ciekawość i urwać odcinek w miejscu najbardziej intrygującym......

    OdpowiedzUsuń
  3. witam , właśnie skończyłam czytać wszystkie odcinki jestem zachwycona nie mogę się doczekać reszty . czy można kupić całą książkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można będzie - pod koniec października/na początku listopada.

      Usuń
  4. Apetyt rośnie w miarę jedzenia... Już się nie mogę doczekać całości

    OdpowiedzUsuń