piątek, 16 września 2016

Leśna Polana Odcinek 9...

w którym Majka wkracza do akcji i pokazuje pazurki...


– Słuchaj, bracie, czy jestem wam pilnie potrzebny, czy mogę zabalować w tym Krakowie trochę dłużej? – rozległ się w telefonie Wiktora głos Marcina. Ponieważ w pokoju był Patryk, Wiktor przełączył na głośnomówiący.
Tak ci się wolność spodobała?
– Gdy wrócę i wam opowiem, gdzie i z kim spędziłem ostatnią noc, nie uwierzycie... – Zaczął się śmiać. Tak szczerze i serdecznie, że Wiktor posłał Patrykowi zdumione spojrzenie.
– Jak ciebie znam... – zaczął, ale Marcin przerwał mu:
– Nawet nie próbuj zgadywać. Mogę zostać, czy mam wracać?
– Ćpałeś coś? – zapytał podejrzliwie Patryk. Tak radosnego bliźniaka o tak wczesnej porze chyba nigdy nie słyszał.
– Ja nie ćpam, od kiedy przyrzekłem wam, że więcej tego nie zrobię – wycedził tamten. – I jestem niemal zupełnie trzeźwy. Nie byłem również na dziwkach.
– To nie wiem, z czego możesz być tak zadowolony...
Tamten znów się roześmiał.
– Mnie samego to dziwi, ale okazuje się, że można super spędzić noc bez picia na umór, kobiet i narkotyków, jeśli się znajdzie fajne towarzystwo. Opowiem wam jutro, bo dziś jesteśmy umówieni na powtórkę. Nara.
– Umówieni? Był w klubie dla gejów, czy co? – Patryk patrzył na gasnący wyświetlacz telefonu Wiktora równie zdumiony, co starszy brat.
– Tak się kończy spuszczenie ze smyczy – mruknął Wiktor. – Ciebie chyba przytrzymam na niej nieco dłużej.
– Jak będę chciał, to sam się zerwę – prychnął Patryk. – Jestem pełnoletni, braciszku, choć często zdajesz się o tym zapominać. Jedziesz ze mną do Pułtuska kupować tę swoją ruinę, czy mam cię wyręczyć?
– Jedź sam. Za bardzo mi na niej zależy. Gdyby coś poszło nie tak, chyba by mnie krew zalała.
– Mam umowę przedwstępną, Gomółkowie już pewnie przepili zaliczkę, więc co może stanąć nam na przeszkodzie? – Patryk wzruszył ramionami, pożegnał się żartobliwym salutem i ruszył do drzwi, pobrzękując kluczykami od porsche.
Pewnie by się zdziwił, gdyby mu powiedziano, że to coś, czy raczej ten ktoś, kto stanie braciom Prado na drodze do Leśnej Polany, właśnie podjeżdża pod nią śliczną czerwoną mazdą.

Majka wysiadła pod domem, skąpanym w promieniach popołudniowego słońca, już zupełnie spokojna. Wcześniej poprawiła w lusterku wstecznym makijaż, przejechała błyszczykiem po ustach i teraz, brodząc w niekoszonej od dawna trawie, wdychała świeże, leśne powietrze i cieszyła się mimo wszystko urokiem tego miejsca. Zapachem kwitnącej lipy, śpiewem ptaków, żywą zielenią otaczającej ją przyrody. Może taki domek w lesie to niegłupi sposób na rozpoczęcie nowego życia? Może ona sama powinna znaleźć podobny azyl dla siebie i uciekać przed swoimi demonami do leśnej głuszy, zamiast w ramiona coraz to nowych, obcych facetów? Trzeba się nad tym zastanowić...
Usiadła na ławeczce pod lipą, przymknęła powieki i przez długą rozkoszowała się chwilę spokojem panującym dookoła. Nagle gwałtownie otworzyła oczy i wbiła spojrzenie w okno, gdzie powinna być tabliczka z numerem telefonu.
Zniknęła!
Majka poderwała się na równe nogi. Błogi spokój prysł jak bańka mydlana.
Może spadła? Podbiegła pod dom, przeszukała okolice, obiegła go dookoła. Tabliczki nigdzie nie było.
Szarpnęła za klamkę. Drzwi ani drgnęły.
I co teraz? Przecież nie zadzwoni do Gabrieli jak gdyby nigdy nic, zapytać o ten numer telefonu! Musi znaleźć właścicieli, tylko gdzie ich szukać?!
U sołtysa – podpowiadał rozsądek. Tyle że Majka nie wiedziała nawet, co to za wieś! Na szczęście wiedział to jej smartfon...
– Bardów Duży – powtarzała za aplikacją, wskakując za kierownicę i ruszając tak gwałtownie, jakby od znalezienia sołtysa miało zależeć jej życie. – Może być i Bardów, nawet Duży, byle ten dom był nadal na sprzedaż, bo jeśli się okaże, że to już nieaktualne... – Wolała nawet nie myśleć, co wtedy. Musiałaby siłą wyrwać go z gardła nowym właścicielom, bo może jej życie od posiadania Leśnej Polany nie zależało, ale już życie Gabrysi owszem.
Nawigacja co chwila traciła zasięg i orientację, gdzie w ogóle się znajdują, więc Majka błądziła nieco, zanim wyjechała w końcu na główną drogę wsi. Potem – a wokół żywego ducha, którego można podpytać – musiała jeszcze odnaleźć dom sołtysa, odszukać go w oborze, odganiając ujadającego kundla i...
– Nie, pani, ta chałupa w lesie nie należy do Bardowa. Ej, Kazek, ta chałupa w lesie…
– Jaka chałupa? – rozległo się z drugiej strony obory, zupełnie jakby ów Kazek nie przysłuchiwał się przez cały czas, o czym sołtys rozmawia z miastową.
– No ta, z balkonem.
– Aaaa, ta. To już chyba Środoń.
– A nie Przygodne czasem?
Kazek podszedł, zdjął czapkę i zafrasowany drapał się długą chwilę w łysą czaszkę.
– Może być i Przygodne.
– Taaa, to chyba Przygodne. Pani tam popyta.
– A gdzie jest to Przygodne? – Majka naprawdę starała się być grzeczna i cierpliwa, ale kosztowało ją to coraz więcej wysiłku. Czuła, że czas się kończy i to przeczucie jeżyło jej włosy na karku.
Sołtys wyszedł na drogę i zaczął tłumaczyć tak zawile, że Majka straciła orientację już po „starej wierzbie na rozstajach”.
– Ale prościej będzie, jeśli wrócisz pani na główną asfaltówkę i skręcisz w pierwszą w lewo, za drogą do tej chałupy. Na końcu to właśnie Przygodne.
Majka miała ochotę go skląć, bo od tego mógł zacząć, zamiast tego jednak podziękowała grzecznie, zawróciła niemal w miejscu swoją mazdą i pognała wyboistą drogą ku asfalcie, tak jak ją ponownie ogłupiała nawigacja usiłowała poprowadzić.
Na szczęście drogę do Przygodnego znalazła szybciej. Ale już sołtysa wcale. Dom z czerwoną tabliczką był zamknięty na głucho.
Za to zza płotu wychylił się ciekawski sąsiad. Takie samochody – nieco już przykurzone – i takie kobiety, całkiem przyjemne dla oka, rzadko w tych okolicach widywano.
– Sołtys w mieście, do doktora pojechał z dzieciakiem – wyjaśnił, zanim zdążyła zadać pytanie.
Szczęśliwa, że ktoś życzliwy chce jej pomóc, podbiegła do rosłego, barczystego faceta, który  taksował ją wzrokiem, żując od niechcenia źdźbło trawy.
– Ja właściwie nie o sołtysa chciałam zapytać, a o właścicieli domu w lesie, tej starej chałupy z balkonem – wyjaśniła na jednym oddechu.
– Aaa... O Gomółków...
– T-tak, o Gomółków. Wie pan może...?
– Co sobie będziemy „panować”, Marian jestem. – Wyciągnął do niej przez płot wielką jak łopata, spoconą rękę. Uścisnęła ją i rzuciła pospiesznie:
– Majka. Więc ci Gomółkowie, to...
– Może wstąpisz na herbatę albo kawę? Żona jeszcze w pracy... – zawiesił głos z nadzieją, że ta piękna istota rzeczywiście skorzysta z zaproszenia, a wtedy... kto wie, co mu da za informację o Gomółkach.
– Z chęcią, ale nie teraz. Spieszę się. To sprawa życia i śmierci – odparła, rzeczywiście coraz bardziej wierząc, że tak jest.
– Młodzi Gomółkowie opijają sprzedaż tej chałupy... – zaczął.
Majka jęknęła. Nogi się pod nią ugięły i musiała się przytrzymać płotu.
– A starsi u notariusza, podpisują papiery.
Natychmiast się wyprostowała.
– U którego notariusza? Wiesz może? Proszę... – Złożyła błagalnie dłonie.
– A dasz chociaż buziaka? – Uśmiechnął się szeroko.
– Dam, ale nie teraz. U którego...?
– W mieście.
– W Warszawie?! – Znów jęknęła. W oczach rozbłysły jej łzy frustracji i zawodu.
– Nie we Warszawie, tutaj, w Pułtusku.
I znów przypływ nadziei. W Pułtusku musi być nieco mniej notariuszy niż w Warszawie. To pewne.
– Wiesz może, u którego? Na jakiej ulicy?
Ale Marian już wzruszał ramionami, a ona już biegła do mazdy, pytając swój smartfon o kancelarie notarialne w Pułtusku.
W pierwszej żadnych Gomółków nie znalazła. W drugiej również nie. Dopiero w trzeciej...



Była dokładnie szesnasta trzydzieści osiem, gdy po odczytaniu aktu notarialnego państwo Gomółkowie złożyli pod nim podpisy.
Patryk Prado właśnie wyjmował z kieszeni marynarki wieczne pióro, które miał na takie okazje, by przypieczętować w imieniu i z pełnomocnictwa brata zmianę właściciela Leśnej Polany, gdy do pokoju wpadła jakaś dziewczyna i łamiącym się głosem krzyknęła:
– Nie! Stop! Ten dom nie może być sprzedany!!!
Za nią wsunęła się skruszona sekretarka i rozłożyła ręce, widząc osłupiałe spojrzenia wszystkich zgromadzonych w środku osób.
– Ta pani zapytała o państwa Gomółków, więc...
Patryk, z piórem w uniesionej nad dokumentem dłoni, patrzył na nieznajomą z takim samym zdumieniem, jak pozostali. I jako najprzytomniejszy zapytał łapiącą oddech dziewczynę:
– Z jakiego niby powodu? Kim pani jest?
– Z powodu roszczeń!  – wypaliła Majka, bo nic innego nie przyszło jej na myśl.
Gnała przez wieś Pogodną, czy Przygodną, niech ją szlag, potem do Pułtuska, potem jego ulicami, z kancelarii do kancelarii w takim tempie, że na pewno przejechała po drodze jakąś kurę, jeśli nie dwie. Ale zdążyła. Tylko nie miała czasu wymyślić dobrego powodu, dla którego Leśnej Polany nie może kupić ten człowiek, który... wydał się jej podejrzanie znajomy. Oczy jej zokrąglały. Albo to był tamten bajeczny facet z klubu, albo... Nie, to nie mógł być on, bo tamten nie pytałby, kim ona jest, tylko poznałby Majkę od razu, zresztą nieważne...
– Mam roszczenia do tego domu! – powtórzyła z uporem.
– Co ta kobita bredzi?! – krzyknął nagle Gomółka. – I kim ona jest? Dom kupilim legalnie, od Jaślaków, ze dwadzieścia lat temu, i nikt nam nie mówił o żadnych roszczeniach!
– Ma pani jakieś dokumenty na potwierdzenie swoich słów? – zapytał urzędowym tonem notariusz.
– Mam pełnomocnictwo... – zaczęła Majka, wiedząc, że to nie wystarczy. Nie miała żadnych praw do wstrzymywania sprzedaży. Mogła jedynie próbować...
Zwróciła się do niebieskookiego mężczyzny, który mierzył ją uważnym i, co oczywiste, mało przyjaznym spojrzeniem.
– Proszę pana, to sprawa życia i śmierci. Moja przyjaciółka, Gabrysia, chciała kupić ten dom. Już dawno temu chciała go kupić...
Na słowo „Gabrysia” młody mężczyzna nagle się wyprostował, powoli chowając pióro z powrotem do kieszeni. Majka, widząc w tym swoją nadzieję, mówiła coraz szybciej:
– Ona... ten dom... był i jest jej marzeniem. Jej ojciec, to znaczy ja, wspólnie właściwie, zebraliśmy pieniądze na ten domek. Ona musi go mieć, rozumie pan. Nie może go stracić po raz drugi. To całkiem złamie jej serce. Ja odkupię ten dom po takiej cenie, jaką pan sobie zażyczy. Może być wyższa, tylko proszę... – głos się jej załamał. Była gotowa paść tutaj, przed tym człowiekiem na kolana, jeżeli to mogło w czymkolwiek pomóc.
– Zebrała pani pieniądze na dom dla przyjaciółki, Gabrysi...? – Patryk zawiesił głos i wstrzymał jednocześnie oddech, bo jeśli padnie to nazwisko...
– Tak. Gabrysi Leszeńskiej.
Więc jednak!
– Powinna pani wiedzieć – zaczął powoli, ważąc każde słowo – że Wiktor też chce go mieć. Z tych samych powodów.
Majka uniosła brwi.
– A kim jest Wiktor?
Patryka zatkało.
– Jest pani przyjaciółką Gabrieli Leszeńskiej i nie wie pani, kim jest Wiktor?!
– Niewiele wiem o jej przeszłości. Znam ją od pięciu lat, ale… jest bardzo skryta – odparła, przeklinając w duchu Gabrielę i jej tajemnice. Wyszła właśnie na idiotkę przed tym facetem.
Patryk spojrzał na Majkę z politowaniem.
– Wiktor był jej narzeczonym, którego ona bardzo nieładnie puściła kantem.
Majka zmrużyła lekko oczy, a potem wycedziła podobnym tonem:
– Którym narzeczonym? Tym co zerwał z nią zaręczyny, czy tym co do niej strzelał?
Patryk oniemiał. Podszedł do Majki, wziął ją pod łokieć, rzucił przez ramię: „Przepraszamy państwa na chwilę” i wyprowadził ją z pokoju, a potem z kancelarii.
Drżała na całym ciele tak, że odruchowo zdjął marynarkę i nałożył jej na ramiona. Podziękowała mu spojrzeniem. On wyciągnął z kieszeni telefon, wybrał numer i gdy tylko brat odebrał, rzucił:
– Wiktor, mamy problem.
– Wiedziałem – usłyszał syknięcie po drugiej stronie.
– Ten problem nazywa się Gabriela Leszeńska.
Zapadła cisza.
Majka słyszała bicie własnego serca.
– Jest tam Gabriela? – padło wreszcie pytanie, zadane zduszonym tonem.
– Jest tu ze mną jej przyjaciółka, która chce w imieniu Gabrieli, czy z jej pełnomocnictwa kupić Leśną Polanę. Nie zdążyliśmy tego ustalić, ale jeśli chcesz, zaraz to zrobię.
– Nie chcę – uciął Wiktor. – Zabezpiecz dom tak, by nikt inny nie mógł sprzątnąć go nam sprzed nosa, a przyjaciółkę Gabrieli przywieź tu do mnie. Jeżeli będzie miała coś przeciwko, kupuj dom.
– Nie mam nic przeciwko – zapewniła pospiesznie Majka. – Wszystko wyjaśnię.
– Okej, bracie, spodziewaj się nas za jakieś półtorej godziny odrzekł Patryk.
Wiktor rozłączył się bez pożegnania.

Zaraz po rozmowie z bratem, Patryk poprosił Majkę, by poczekała w sekretariacie. Potem zrobiło się małe zamieszanie, coś zmieniali w akcie, liczyli jakieś pieniądze, a przynajmniej tyle zdążyła podejrzeć, po czym młody mężczyzna wyszedł, uśmiechając się lekko i rzucił do niej:
– Załatwione. Dom jest bezpieczny. Przyjechała pani własnym samochodem, czy mam panią podwieźć? Jeśli własnym, spotykamy się pod Hotelem Bristol na Krakowskim. Wie pani, gdzie to jest, oczywiście?
– Wiem. Będę tam.
Gdy dojechała, już czekał w jednym z wygodnych foteli w hallu. Na widok Majki, pospiesznie poprawiającej włosy i garsonkę, wstał.
– Musi pani wiedzieć...
– Bardzo proszę mówić mi po imieniu – zwróciła się doń błagalnie.
Wyczuwała w nim sprzymierzeńca, zaś legendarny Wiktor, którego imienia do dziś nie znała... Coś czuła, że nie zostaną przyjaciółmi...
– Z przyjemnością. Musisz więc wiedzieć, że Wiktor jest dość drażliwy na punkcie Gabrieli.
– Ale w sensie pozytywnym czy negatywnym? To on z nią zerwał, z tego co wiem. Ona nadal go kocha. Jest sama. Nigdy nie słyszałam, by mówiła o żadnym innym mężczyźnie...
– Skoro nie mówiła nawet o Wiktorze... Najbliższej przyjaciółce... – Przepuścił ją w wyjściu z windy.
– Nawet nie wiesz, jakie przeszła piekło... – zaczęła Majka.
– Ale wiem, jakie piekło przeszedł mój brat – przerwał jej. – Zapraszam – dodał, otwierając przed nią drzwi. Zatrzymała się na progu długiego korytarza z mocno bijącym sercem i wstrzymanym oddechem, jakby zaraz miała skoczyć na głęboką wodę, weszła do środka, gdzie po drugiej stronie wielkiego, wspaniałego apartamentu, stał, wbijając w nią wilcze spojrzenie, Wiktor Prado.

Majka wyobrażała sobie wielką miłość Gabrysi... właściwie nie miała żadnych wyobrażeń. Gdyby miała opisać, jaki typ mężczyzny pasuje do jej zazwyczaj cichej, przygaszonej, łagodnej przyjaciółki, musiałaby sama przed sobą przyznać, że raczej taki, który uparcie wybierała Julia: Misio-Pysio, któremu Gabi obiadek ugotuje i kapcie poda, a potem wtuleni w kanapę będą oglądali Teatr Telewizji. Nigdy, ale to nigdy w życiu nie przypuszczała, że Wiktor Prado będzie... tak fascynujący z jednej strony i tak... przerażający z drugiej.
Stał oparty plecami o balustradę balkonu, z rękami splecionymi na piersiach i mierzył ją ostrym, przenikliwym spojrzeniem czarnych oczu. Nie tyle przystojny, co wręcz piękny, ubrany w czarną koszulkę polo i czarne spodnie, normalnie wywołałby u Majki żywsze bicie serca, ale ona zapragnęła zrobić w tył zwrot i zacząć tę znajomość może w innych okolicznościach.
Patrzył na nią jak wilk, oceniający swoją ofiarę. Długo będzie się bronić, czy nie?
Gdy ruszył ku niej, Majka zmieniła zdanie. To był lew, zastanawiający się od niechcenia: zagryźć od razu, czy zostawić na później?
Mimo to zrobiła krok w przód, wyprostowała się i uniosła lekko głowę. Była gotowa na konfrontację. W imię Gabrieli i dla niej.

Wiktor rzeczywiście był wściekły z powodu tak niespodziewanej komplikacji. Jego plan był prosty: kupi Leśną Polanę i gdy przyjdzie wreszcie ten czas, podaruje ją Gabrieli, tak jak kiedyś to przyrzekł właśnie tam, pod drzwiami tego domu, wsuwając na jej serdeczny palec pierścionek z dwoma szafirowymi serduszkami. Ten sam, który teraz nosił na łańcuszku, ukrytym pod koszulą.
Tymczasem pojawia się ta dziewczyna – przelotnie zauważył jej ognistą, latynoską urodę, która na nim, co takich dziewczyn mógł mieć na pęczki, nie zrobiła żadnego wrażenia – i przewraca jego plan do góry nogami z bliżej nieznanych mu powodów.
Gdy ruszył ku niej, miał mordercze zamiary, które oczywiście wyczuł jego młodszy brat. Patryk stanął u boku młodej kobiety i rzucił, jak gdyby nigdy nic:
– Oto nasza niespodzianka: panna Majka Trojanowska, serdeczna przyjaciółka twojej byłej ukochanej. Może się zresztą okazać, że nie takiej byłej...
– Choć raz byś się, Patryk, zamknął – warknął Wiktor, ale twarz mu złagodniała, co nie uszło uwagi Majki. – Zabezpieczyłeś dom?
– Owszem. Podpisałem akt warunkowo. Warunkiem jest to, iż Gabriela Leszeńska osobiście lub przez pełnomocnika zrzeknie się swoich ewentualnych roszczeń, o ile takowe istnieją...
– Przecież wiemy, że nie istnieją.
– Gdybyś pozwolił mi dokończyć...
– Kończ – zatrzymał się dwa kroki przed nimi obojgiem, ignorując na razie Majkę, za co była wdzięczna losowi.
– Czas, by to stwierdzić, mamy do jutra. Jutro o szesnastej Gomółkowie spotykają się z nabywcą domu u tego samego notariusza. Na wszelki wypadek, gdyby pojawił się ktoś trzeci, podniosłem zadatek do stu tysięcy. Gdyby chcieli sprzedać dom komu innemu niż tobie albo Gabrieli, muszą zwrócić dwieście, a jestem pewien, że część jeszcze dziś przehulają.
Wiktor, dotąd gotowy wgryźć się komuś w krtań, nagle... uśmiechnął się do brata, ciepło, serdecznie i z prawdziwym rozbawieniem, a Majka niemal zakochała się w tym uśmiechu. Za męża Wiktora Prado by nie chciała, za bardzo ją przerażał, ale chciałaby takiego brata, albo przyjaciela, który teraz serdecznie zaciska dłoń na ramieniu Patryka i rzuca krótkie, pełne wdzięczności:
– Dobrze się spisałeś, Pat. Zawsze można na ciebie liczyć.
Przeniósł spojrzenie na Majkę i uśmiech zgasł.
– Proszę mi teraz wyjaśnić, pani Trojanowska, jakie to roszczenia może mieć... no właśnie: kto?
– Wolałabym, żeby mówił mi pan po imieniu – zaczęła z niezwykłą jak na siebie nieśmiałością.
– Nie ma sprawy. Ja wolałbym jednak, byś zwracała się do mnie „panie Prado”.
Majkę zatkało. Czegoś takiego się po tym człowieku nie spodziewała. Nagle poczuła wściekłość – co ona tu w ogóle robi?! – i gniew. Naprawdę dużo ją kosztowało, by odpowiedzieć powoli i spokojnie:
– Gdy przestanie pan, panie Prado, sobie panować, wrócimy do rozmowy. Na razie żegnam ozięble.
Odwróciła się i ruszyła do drzwi.
Zatrzymał ją cichy śmiech tego mężczyzny i słowa Patryka, skierowane do Wiktora: – Idiota, ty jak coś palniesz... – oraz do Majki: – On żartuje, czasem ma takie odbicia, ale to tylko dziwne poczucie humoru mojego durnego brata.
Majka zatrzymała się z ręką na klamce drzwi. Wiktor podszedł do niej, przytrzymał tę dłoń i odezwał się już zupełnie innym tonem, w którym pobrzmiewał to samo ciepło, co wtedy, gdy zwracał się do Patryka:
– Przepraszam, Majka. Rzeczywiście lubię sprawdzać nowo poznanych ludzi, szczególnie tych, co stają mi na drodze do celu. Cieszę się, że to zrobiłaś, cieszę się, że pokazałaś charakter. Mam cię w garści, a ty mimo to potrafisz się postawić...
– Mylisz się, Wiktor – odparła, patrząc poważnie w jego czarne oczy. – To nie mnie masz w garści. Mi ta chałupa zwisa i powiewa, mógłbyś ja kupić i zrównać z ziemią, albo przerobić na kurnik. Ten dom potrzebny jest komuś, kogo kocham i kogo ponoć kochasz także ty. A wiesz po co? By ten ktoś ze sobą nie skończył, tak jak już nie raz próbował. Gabrysia ma na koncie próbę samobójczą. Podejrzewam, że niejedną. Dostała dwa strzały w brzuch i jeden w pierś. Straciła najpierw ukochanego – ciebie, później nienarodzone dziecko. Myślisz, że zniesie utratę tego domu? Jeżeli tak, to spróbuj zacisnąć tę garść.
Mężczyzna słuchał jej uważnie, mrużąc lekko czarne oczy. Podobała mu się. Nie jako kobieta, bo nie przepadał za singielkami w okolicach trzydziestki, które świadomie czy nie uwodzą każdego faceta w zasięgu wzroku, a ta taka była. Po samym sposobie w jaki weszła do apartamentu: zachęcająco kręcąc biodrami, pozwalając by na policzek spadł jej kosmyk ciemnych włosów, by w odpowiednim momencie odgarnąć go wdzięcznym gestem wymanikiurowanej dłoni i – był pewien, że zupełnie nieświadomie – oblizując na jego widok usta koniuszkiem języka, wiedział od razu, że to urodzona łowczyni, uwodzicielka. Piękna, to prawda, ale jego, Wiktora, piękno zewnętrzne nie zadowalało.
Na Patryka – w pewnym momencie rzucił krótkie spojrzenie bratu –jej wyeksponowana kobiecość również nie działała. Traktował Majkę jak klientkę, przeszkodę, z którą trzeba się uporać po drodze do celu, niewielkie, ale jednak wyzwanie, ale nie w sensie seksualnym. Oj, Patryk, gdyby zechciał, potrafiłby zdobyć każdą dziewczynę, Wiktor nie miał co do tego wątpliwości. Ale młodszy brat nie szukał łatwych zdobyczy, a miłości swego życia. Żony, przyjaciółki i partnerki, matki swoich przyszłych dzieci. Majka Trojanowska na pewno nie była najlepszą kandydatką.
Lecz… Wiktorowi przyszedł nagle do głowy ktoś, z kim utworzyłaby parę idealną. Marcin. Ten sam typ, uwodzący dla sportu, ale w głębi ducha szukający drugiej połowy jabłka, pod pozorem luzactwa ukrywający silny, zdecydowany charakter, czy raczej charakterek. Dokładnie jak ta dziewczyna.
Musi ich ze sobą poznać. Pasują do siebie. Szkoda, że Marcin został w Krakowie. Byłby tu teraz z nimi i – Wiktor mógłby się założyć o stówę – po spotkaniu, bez względu na jego wynik, wyszliby z tego apartamentu razem.
Ale Marcina nie było, za to Majka czekała na odpowiedź Wiktora.
– Ostatnie, czego bym chciał, to skrzywdzić Gabrielę – odezwał się.
Gabriela. Gabrysia Leszeńska...
Miał jej obraz przed oczami, gdy budził się i gdy zasypiał. Nawet teraz, po dziewięciu latach, mógłby opisać najdrobniejszy szczegół jej twarzy. To, jak się śmieje, jak nieświadomie wysuwa i przygryza koniuszek języka, gdy zajęta jest wypełnianiem kosztorysu, jak odgarnia z oczu kasztanowe kędziorki, spięte zwykle jakąś śmieszną spinką albo poskromione kolorową opaską, a szczególnie to, jak... Na wspomnienie pierwszego pocałunku serce zacisnęło mu się w bolesny węzeł. Tyle musiał się o nią starać, tak długo do siebie przekonywać, by mu w końcu zaufała...

c.d. za 2 tygodnie...

7 komentarzy:

  1. Wow. Cudowny rozdział. Pożera mnie ciekawość co się dalej wydarzy. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Jeszcze tyle czasu... Pani Kasiu, niech się Pani nad nami zlituje. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. I po co ja zaczęłam czytać fragmenty? trzeba było poczekać na całość:)a tak znowu muszę uzupełnić magnez czekoladą... ten stres... pozdrawiam i czekam na całość z niecierpliwością... chyba jeszcze nigdy nie czekałam tak na listopad...😉

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten rozdział ma tylko jedną wadę, ale za to wielką: jest duuużo za krótki. :/ Tyle emocji w tym krótkim fragmencie... Najbliższe dwa tygodnie będą wypełnione oczekiwaniem, no ale jest na co czekać, więc trzeba się uzbroić w cierpliwość, niestety. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Już nigdy nie skuszę się na powieść w odcinkach... To jest ponad moje siły... Ale historia piękna i wspaniałe ją Pani prowadzi...

    OdpowiedzUsuń
  5. Z każdym odcinkiem robi się ciekawiej. I jak tu można spokojnie czekać dwa tygodnie?

    OdpowiedzUsuń
  6. Zaczlam od 4/5 odcinka "Lesnej polany" w "Poradniku domowym". Oczywiscie natychmist na google aby przeczytac calosc, a tutaj niespodzianka: powiesc w odcinkach :-). A, ze w odcinkach; to bardzo dobrze, inaczej przeczytalabym jednym tchem i byloby po przyjemnosci, W ten sposob przyjemnosc jest dawkowana po trochu. Jestem jak Gabriela, szukam swojego wymarzonego domku w lesie, spokoju i aby wszystko zaczac od nowa. Pani Kasiu, skad czerpie Pani pomysly? Pozdrawiam serdecznie i czekam z "cierpliwoscia" na nastepny odcinek.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja Kasiu Kochana muszę Ci popdziękować z całego swojego serca i cała swoją duszą, tknęłaś we mnie nowe życie kiedy miałam wrażenie że nawet nie mam juz dna tylko spadam i spadam .... i tak bez żadnej nadziei:-(, wtedy sięgnęłam po twoje książki przeczytałam już wszystkie , niektóre po dwa razy, za każdym razem wchodziłam w inny świat to tak jakbym tam była, moje marzenia zaczęły się spełniać :-), dziękuje ci kochana - ja teraz jestem na mojej Leśnej Polanie... z utęsknieniem czekam na jeszcze :-), miłego dnia gorąco pozdrawiam Agnieszka W. :-)

    OdpowiedzUsuń