sobota, 1 października 2016

Leśna Polana Odcinek 10...


... w którym dowiadujemy się o początku najpiękniejszej miłości i... początku jej końca.

Poznali się w pewien czerwcowy wieczór, gdy on kończył trzydzieści jeden lat, a ona była rok młodsza. Wiktor pracował nad pierwszym projektem, zakupem pewnej kamieniczki, przy którym wszystko postawił na jedną kartę: jeśli się powiedzie, ich firma zacznie prosperować, jeśli zaś nie, przepadną pieniądze ze sprzedaży pierwszego własnego mieszkania. Niedługo się nim we trzech nacieszyli, chociaż i tak był to dar od losu, czy raczej babci Prado, której Wiktor nie znał zupełnie i która również nigdy się nim nie zainteresowała, a jednak w spadku zapisała mu trzypokojowe mieszkanie na Bielanach…
Po długich rozmowach z braćmi i długiej – zbyt długiej – pracy jako wyrobnik w czyjejś firmie Wiktor postanowił otworzyć ich własną, od razu w Stanach Zjednoczonych z filią w Polsce: Prado Ltd. Ależ byli dumni, wszyscy trzej, gdy dostali do ręki dokumenty potwierdzające powstanie ich rodzinnego biznesu. A jakie snuli marzenia i plany…!
Trzeba było jednak od czegoś zacząć i ta kamieniczka miała być pierwszym krokiem do spełnienia wszystkich marzeń. A te bywają kosztowne.
Musiał mieć dobry biznesplan, by bank w ogóle chciał z nim rozmawiać o pożyczce, a jego podstawą był wiarygodny, szczegółowy, dobrze przygotowany i, co równie ważne, niedrogi, kosztorys podziału kamieniczki na kilka małych mieszkań oraz ich remontu i adaptacji pod najem krótkoterminowy. Taki był właśnie pomysł Wiktora na ich firmę.
Sam skończył zaocznie zarządzanie i obrót nieruchomościami, Patryk był na czwartym roku prawa, Marcin – marketingu i promocji. Wszyscy trzej mieli stanowić zwartą drużynę, w której oprócz pracowników nie był potrzebny nikt więcej.
Do tej pory Wiktor pracował w jednej ze stołecznych firm jako nadzorca budowlany, czyli zwykły robol, tylko na wyższym stanowisku, nadal mając braci na utrzymaniu, chociaż ci dorabiali, gdzie tylko mogli. Wszyscy trzej wiedzieli, że chwila, gdy założą własną spółkę i pójdą na swoje, zbliża się wielkimi krokami, a może właśnie nadeszła?
To Patryk podsunął braciom pomysł najmu krótkoterminowego. Wiktor myślał o kupnie kilku mieszkań pod wynajem, ale to było ryzykowne, mało opłacalne i bardzo kosztowne przedsięwzięcie, Marcin rozważał inwestycję we własny hotel, jednak hotelarstwo nie było marzeniem żadnego z pozostałych braci. Ale znalezienie jakiejś perełki i dostosowanie jej pod najem krótkoterminowy, z podziałem na kilka samodzielnych mieszkań, w których ludzie zatrzymują się na parę dni, nie trzeba przy nich skakać, nie trzeba dla nich gotować, wystarczy tylko posprzątać i zmienić pościel? A jeśli inwestycja się powiedzie, sprzedać ją i kupić następną?
Tak, to wszystkim trzem spodobało się bardzo.
Trzeba było jedynie znaleźć coś w naprawdę dobrej lokalizacji, na co, przede wszystkim, było ich stać. I tu znów błysnął nieprzeciętną inteligencją Patryk, który jeszcze często miał ich potem zaskakiwać.
– Dlaczego właściwie ma to być Warszawa albo Kraków? – zapytał któregoś wieczoru, gdy z Marcinem wkuwali do zaliczenia, a Wiktor, zmordowany po długim dniu pracy, przeglądał kolejne strony z nieruchomościami na sprzedaż i, widząc ceny, zatrzasnął wreszcie laptop, zupełnie zniechęcony. Posłał młodszemu bratu wściekłe spojrzenie.
– A gdzie mam szukać? W Koziej Wólce?
– W Warszawie, Krakowie czy Trójmieście ceny są z kosmosu, a mieszkań na wynajem setki – ciągnął Patryk, niezrażony ani jego wzrokiem, ani tonem. – Trzeba kupić coś, gdzie ludzie przyjeżdżają, ale takich mieszkań nie ma. Są jakieś hotele, czy motele, są prywatne kwatery, lecz brakuje ładnych, niedrogich samodzielnych apartamentów na dwa-trzy dni.
Wiktor zaczął go słuchać uważniej. Marcin też oderwał wzrok od notatek i patrzył na brata.
– No mów, mów, bo wiem, że wpadłeś już na jakiś pomysł – ponaglił Patryka.
On zastrzegł się:
– Tylko nie obśmiejcie mnie od razu… Ja bym szukał jakiejś niewielkiej, uroczej kamieniczki w miejscu jakiegoś kultu, gdzie przybywają pielgrzymi. Prawdę mówiąc, myślałem o Wadowicach.
Wiktor i Marcin wpatrywali się w niego, nie wiedząc, czy kpi, czy mówi poważnie. Nagle odezwał się ten pierwszy:
– Patryk, jesteś genialny. Mówię serio: to fantastyczny pomysł. Do Wadowic ludzie będą przyjeżdżali przez następne dziesięciolecia. Sprawdzę, jaka jest tam baza noclegowa, jakie są ceny i… – zawiesił głos. – Zresztą zaraz się tym zajmę.
Otworzył laptop, zyskując nowe siły i nową nadzieję. Takich miejsc, do których zjeżdżają ludzie z Polski i całego świata jest wiele, ale Wadowice, miejsce urodzenia Jana Pawła II, to był strzał w dziesiątkę. Wymarzona perełka jakby czekała właśnie na nich: kamieniczka przy rynku, której okna wychodziły z jednej strony na dom Papieża Polaka, z drugiej – na spokojną uliczkę. Cenę miała wprawdzie wysoką, ale sądząc ze zdjęć, wydawała się być w dobrym stanie technicznym.
Pojechał tam następnego dnia, pal licho robotę, i wrócił z Wadowic rozpromieniony.
– Dom sprawia wrażenie rudery, dlatego odstrasza potencjalnych nabywców. Prawdę mówiąc, to kompletny bajzel – opowiadał braciom z podekscytowaniem, jakiego nie widzieli u niego chyba nigdy. – Będę szczery: przypomina naszą pierwszą kwaterę, tylko wielopiętrową. Pluskwy są tam na bank.
Tu młodsi bracia wstrząsnęli się, lecz słuchali dalej.
– Ale ja widzę w nim potencjał. Naprawdę! Gdyby zająć się tą kamienicą i wyremontować ją na tip-top, byłoby to piękne miejsce. Z klimatem.
– I pluskwami – wtrącił Marcin.
Patryk parsknął śmiechem.
– Mów dalej – zwrócił się do Wiktora, który jakby przygasł. – Ten głupek żartuje i tak samo chce mieć własną kamieniczkę, jak ty i ja.
– Spokojnie da się wygospodarować dziesięć małych mieszkań, każde z łazienką i aneksem kuchennym. – W oczach Wiktora ponownie błysnął płomień. – Pięć z oknami na rynek i pięć od drugiej strony. Pojedziemy tam razem, gdy tylko skończycie zaliczenia i…
– Po co mamy jechać? – przerwał mu Marcin. – Mówisz, że dom jest okej, pluskwy są, cena i lokalizacja pasuje, to go bierzemy!
– Musielibyśmy sprzedać mieszkanie po babci, a to nasze wspólne pieniądze i nie chcę decydować o nich sam – zastrzegł Wiktor.
– Bracie, po pierwsze, to była twoja babcia i mieszkanie jest twoje, po drugie: oddaję ci trzecią część pieniędzy z niego. Zrób z nimi, co uważasz za stosowne. Mam do ciebie sto procent zaufania – odparł Marcin, wzruszając ramionami i jakby z jego strony to było wszystko, wrócił do notatek, z których uczył się do egzaminu.
Wiktor, nieco oszołomiony, przeniósł spojrzenie na Patryka.
Tym mieszkaniem, w którym właśnie się znajdowali, trzypokojowym, z dwiema sypialniami, z których jedną zgodnie dzielili bliźniacy, a drugą, mniejszą, zajmował Wiktor, cieszyli się zaledwie przez rok po latach poniewierki. „Mieszkanie po babci” okazało się kompletną ruiną, którą notariusz radził od razu sprzedać, ale oni tak bardzo pragnęli własnego domu… Odremontowali więc tę ruinę własnymi siłami. Wiktor, który od szesnastego roku życia harował na budowach, uczył braci kłaść gładź tynkową, glazurę i terakotę, robić przyłącza hydrauliczne, instalację elektryczną… Potrafił wszystko. A oni pomagali mu, jak mogli.
Teraz musieliby wrócić do akademika, on znaleźć sobie jakąś kwaterę, a to mieszkanie…
Rozejrzał się bezradnie po dużym pokoju, w którym we trzech zbierali się wieczorami i młodsi bracia się uczyli, a on odpoczywał po pracy, czy też – częściej – nadrabiał zaległości we własnych studiach. Lubili te wspólne, ciche wieczory w bezpiecznych, własnych czterech ścianach. Czy może zaryzykować utratę tego, co najcenniejsze, właśnie poczucia bezpieczeństwa, dla czegoś tak niepewnego, jak zakup tej kamieniczki?
– Popieram Marcina – odezwał się Patryk. – Nasza opinia w niczym nie jest ci potrzebna. Masz i doświadczenie, i wiedzę. I moją jedną trzecią tego mieszkania. – Uśmiechnął się, widząc błysk radości w zmęczonych zazwyczaj oczach Wiktora. Ta radość była warta każdych pieniędzy… – Działaj, braciszku – dokończył stanowczo – a my powrócimy do wykonywania twojego rozkazu sprzed piętnastu lat: „macie się uczyć, uczyć i uczyć”.
Wiktor żachnął się.
– To była prośba, nie…
– To był rozkaz – wszedł mu w słowo Marcin, mając ochotę podroczyć się ze starszym bratem. – I jeszcze nieznoszące sprzeciwu: „Ty, Marcin, sprzątasz, ty, Patryk, gotujesz”. Do dwóch ośmioletnich smarkaczy… – Pokręcił głową.
– Ja… – zaczął Wiktor obronnym tonem, bo to były rzeczywiście jego własne słowa, które wypowiedział tamtego, pamiętnego wieczoru, wiedząc, że od tej pory zdani są tylko na siebie.
– Ty, ty – zaśmiał się Marcin złośliwie. – Styranizowałeś i zagoniłeś do fizycznej roboty dwóch niepełnoletnich braci.
– I tyranizujesz do dziś – dorzucił tym samym tonem Patryk.
Widząc minę starszego brata – na wpół oburzoną, na wpół rozżaloną – wybuchnęli śmiechem.
– Wiktorek ma wyrzuty sumienia, że uratował młodszym braciom życie. Ale kretyn! – podsumował dosadnie Marcin to, co myśleli obydwaj.
Wkurzył się, poszedł do swojego pokoju, zatrzasnął za sobą drzwi.
– Będziesz miał większe, jak stracisz nasze pieniądze po babci! – doleciał go głos Patryka.
No tego się akurat po nim nie spodziewał.
– Pieprzcie się! Poczekam, aż skończycie studia, wyniesiecie się na swoje i otworzycie własne firmy! – krzyknął, czując nagle ciężar odpowiedzialności. Zupełnie jakby dobrowolnie nie dźwigał tego ciężaru przez ostatnie piętnaście lat, w pojedynkę wychowując i utrzymując młodszych braci…
Drzwi uchyliły się. Patryk wsadził przez nie głowę:
– Nie strasz, nie strasz. Sprzedawaj mieszkanie, kupuj kamienicę. A tak serio: nie wyobrażam sobie, byśmy nagle rozeszli się w trzy strony świata, każdy swoją drogą. Od początku przygotowywałeś nas do wspólnego biznesu, tak? Tak. Więc zaczynaj. Masz nasze pełne poparcie. Jutro mogę podjechać do Wadowic, sprawdzić papiery tego domu, Marcin przygotuje biznesplan. Będzie nam potrzebny dobry, porządny kosztorys. Musisz kogoś poszukać.
Gdy Patryk zniknął za drzwiami, Wiktor został z następnym zadaniem: wstępnie zaprojektować podział kamienicy na mieszkania, zamówić kosztorys i przekonać bank, że warto w firmę braci Prado zainwestować, chociaż istniała dopiero od kilku tygodni.
Gabrysię polecił mu kolega z firmy.
– To solidna dziewczyna, niedroga i szybka – puścił oczko.
– Nie szukam dziewczyny, tylko kosztorysantki – sprostował zimno Wiktor.
– Rozmawiamy właśnie o kosztorysantce – odparł tamten i roześmiał się. – A o czym ty myślałeś?
Te dwuznaczne wygłupy od razu Wiktora do Gabrieli Leszeńskiej zraziły, ale mimo to wziął karteczkę z jej numerem telefonu i po chwili do niej zadzwonił. Głos miała miły, dziewczęcy. Zgodziła się na spotkanie jeszcze tego samego dnia.
On został po godzinach, bo jak zwykle nie wystarczało mu czasu na rozliczenie pracowników. Biuro firmy było ciche i puste, gdy punktualnie o dziewiętnastej rozległo się pukanie do drzwi. Poszedł otworzyć i gdy tylko ją ujrzał – pełną uroku i wdzięku, o lekko kręconych włosach koloru dojrzałego kasztana i dużych, zielonych oczach w kształcie migdałów, rozjaśnionych uśmiechem – coś w jego sercu, które nie miało czasu pokochać, drgnęło.
– Dobry wieczór, jestem Gabriela Leszeńska. – Wyciągnęła doń drobną, szczupłą dłoń o krótko obciętych, nieumalowanych paznokciach. – Ponoć potrzebuje mnie pan pilnie, żeby nie powiedzieć: „na gwałt”, z całym dobrodziejstwem inwentarza? Mówię oczywiście o kosztorysach. – Zaśmiała się cicho, rumieniąc ze zmieszania. – Przepraszam, ja mam takie dziwne poczucie humoru. Tylko ono, po czternastu latach wypełniania tych samych tabelek, ratuje mnie przed długimi wakacjami na oddziale zamkniętym. Proszę mi wybaczyć, jeśli czasem palnę coś niestosownego.
Był zauroczony i silnym, ale kobiecym uściskiem jej dłoni, i tym rumieńcem, i tymi słowami. Również sukienką: prostą, w ładnym gołębim kolorze, z białym kołnierzykiem, która na pewno nie była ostatnim krzykiem mody, ale która do niej, Gabrysi, pasowała i w której wyglądała niewinnie niczym pensjonarka. Tym zaś, że nie zaczęła od razu taksować go wzrokiem i szacować swoich szans, jak większość kobiet, które spotykał, chyba najbardziej. Zupełnie jakby nie zauważała jego urody…
Gabrysia w pierwszej chwili rzeczywiście nie zwróciła uwagi, jak przystojny jest jej potencjalny zleceniodawca. Biegła na to spotkanie, by się nie spóźnić, bo punktualność u siebie i innych ceniła wysoko, za co również była ceniona. Cieszyła się z dodatkowego zlecenia i związanych z nim pieniędzy. Zapukała do drzwi punkt siódma, a potem jak zawsze musiała coś palnąć i się z tego wytłumaczyć, ale była chorobliwie nieśmiała przy pierwszym spotkaniu z klientem, więc nie bardzo wiedziała, co mówi, i taką właśnie paplaniną próbowała tę nieśmiałość ukryć.
Na szczęście uśmiechnął się wyrozumiale i odrzekł:
– Od czternastu lat wypełnia pani tabelki? To kiedy pani zaczęła, w przedszkolu? Czy w pierwszej klasie podstawówki?
– Ej, to miał być komplement, czy próba podważenia moich kompetencji? – żachnęła się pół żartem, pół serio. – Zaczęłam, drogi panie, w pierwszej klasie liceum ekonomicznego, a że lat mam trzydzieści, z prostego rachunku wynika…
Zaśmiał się cicho.
– Stanowczo miał to być komplement. Wygląda pani w tej ślicznej sukience jak uczennica z pensji dla dobrze urodzonych panien. Muszę następnym razem uważniej dobierać słowa i komplementować panią bardziej jednoznacznie.
Spojrzała po sobie i westchnęła.
– A myślałam, że sprawiam wrażenie kompetentnej, doświadczonej kosztorysantki.
– Zaręczono mi, że tak jest. Sukienka tylko dodaje pani uroku.
Pokręciła głową, choć w jej oczach igrały ogniki rozbawienia.
– Doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a dobry kosztorys wymaga czasu, cena musi być więc wysoka. Nic pan nie ugra tymi komplementami.
– Gdybym jednak próbował? – Znów się uśmiechnął, a do niej nagle dotarły dwa fakty: że podczas całej tej niewinnej wymiany zdań on trzyma jej dłoń w swojej oraz że nigdy jeszcze w całym swoim samotnym trzydziestoletnim życiu nie spotkała tak przystojnego mężczyzny. Ciało miał szczupłe i wysportowane. Do tego piękne, szlachetne rysy twarzy, śniadą cerę i te typowe dla mieszkańców Południa czarne, lekko falujące włosy, oczy zaś tak ciemnogranatowe, że powinno się w nich wypatrywać gwiazd, niczym na nocnym niebie.
Na parę uderzeń serca zatonęła w tych oczach, roztopiła się w jego uśmiechu, po czym natychmiast przywołała się do porządku, wyswobodziła delikatnie dłoń, spuściła wzrok na teczkę, którą trzymała do tej pory na ramieniu i rzekła już zupełnie innym, dalekim, niemal odpychającym tonem:
– Skoro zlecenie jest pilnie, przejdźmy do rzeczy.
Wiktor westchnął w duchu. Więc jednak zauważyła… I natychmiast się wycofała z tego niewinnego flirtu, nim w ogóle się rozpoczął…
On sam, choć mogło to zabrzmieć absurdalnie, nie potrafił uwodzić kobiet. Po prostu nigdy nie musiał. Jego męska, mroczna uroda przyciągała dziewczyny niczym magnes. Gdyby chciał, mógł korzystać do woli, jednak przelotne związki w ogóle go nie interesowały, zaś na coś poważniejszego nigdy nie znalazł czasu.
Od świtu do nocy harował jak wół na siebie i dwóch młodszych braci, by mieli gdzie mieszkać, co jeść i w co się ubrać. Nie jest łatwo młodemu chłopakowi utrzymać samego siebie, a co dopiero trzyosobową rodzinę?
Wieczorami i w weekendy, jeśli miał siłę, uczył się, bo nauka była dlań tak samo ważna jak praca. I to wpajał braciom. Oni też wkroczyli w dorosłość za wcześnie. Zamiast jechać z koleżankami i kolegami na wakacje, zrywali za psi grosz truskawki, maliny, wiśnie czy jabłka.
Gdy tylko mieli czas i możliwości – a Wiktor gonił ich do nauki niemiłosiernie – dorabiali także w weekendy, kiedy on się z kolei uczył. Żaden z nich miał czas i siły na uganianie się za dziewczynami, które nie były zainteresowane. Okazji na przelotne związki mieli bez liku. Marcin korzystał bez oporów, Patryk był romantykiem i poszukiwał tej jedynej. Wiktor zaś… właśnie tę jedyną spotkał, ale ona, czując jego zainteresowanie, natychmiast chłodno go odprawiła.
I co teraz?
– Tutaj jest lista dokumentów, których potrzebuję. – Wręczyła mu kartkę, w którą przez chwilę wpatrywał się bezmyślnie.
Czekała cierpliwie, wbijając wzrok w czubki własnych czółenek, aż on się zapozna z wielopunktowym wykazem. Urok tego mężczyzny sprawiał, że wewnątrz była cała rozedrgana, jak naciągnięta i nagle puszczona struna. W nim można się było nie tyle zakochać, co zatracić, a takiego kłopotu jak zatracenie się w nieprzyzwoicie wręcz przystojnym facecie, który wieczorami pewnie wyrywał laski w klubie, Gabrieli nie było potrzeba. Nie miała na to czasu ani chęci. Leczyć później złamane serce? O nie, nie. Dziękuje, poczeka.
– Mam je wszystkie ze sobą – odezwał się nagle.
Zamrugała. Poderwała głowę.
– Może nie stójmy tak w tych drzwiach, przejdźmy do mojego pokoju – zaproponował, wskazując drogę. – I, jeżeli nie masz nic przeciwko temu, mówmy sobie po imieniu. Jestem tylko rok od ciebie starszy. – Ton jego głosu też się zmienił, ochłódł, co Gabriela zauważyła natychmiast.
Czyżby zrobiła coś nie tak? Owszem, jej żart na początku był głupi, wydawało się jednak, że taka swobodna rozmowa przypadła panu Prado do gustu, co się więc zmieniło?
Ruszyła przodem, weszła do bezosobowego pokoju. Żadnych zdjęć, kalendarzy na ścianie, żółtych karteczek z przypomnieniami. Niczego, co powiedziałoby cokolwiek o człowieku, którego miała obok siebie.
Otworzył laptop.
Spodziewała się na tapecie zdjęcia uśmiechniętej blond piękności, ale i tu musiała się zdziwić: zachód słońca nad oceanem, w oddali oświetlony ostatnimi promieniami jacht.
– To twój? – wskazała piękną, smukłą łódź.
– Kiedyś? Na pewno. – Uśmiechnął się. Złagodniał. – To moje marzenie. A ty o czym marzysz?
– O rodzinie – odparła bez namysłu. – Kochającej się, szczęśliwej rodzinie. Wydam ci się pewnie nudna i stereotypowa, ale marzę o małym białym domku pod lasem, mężu i dzieciach. W przerwach między gotowaniem, przewijaniem i karmieniem mogę wypełniać tabelki. – Dodała żartobliwie, by nie wydać się jednak aż tak nudna i pospolita. – Mam tylko przybranego ojca – wyjaśniła, widząc, że słucha jej słów uważnie i bez cienia politowania w oczach.
– A ja tylko dwóch młodszych przybranych braci – odparł cicho. – A szczęśliwa rodzina… Nie wiem nawet, co znaczą te słowa.
Oczy, i tak ciemne, pociemniały mu jeszcze bardziej. Patrzył na Gabrysię, ale jakby przez nią, jak przez szybę, za którą kryje się mroczna przeszłość. Poczuł delikatne dotknięcie jej dłoni na ramieniu.
– Hej, masz dopiero trzydzieści jeden lat. Jeszcze zdążysz te słowa poznać albo się ich nauczyć. – Ciepły, łagodny głos Gabrysi wyrwał go ze szponów przeszłości.
„Chciałbym, żebyś ty mnie ich nauczyła” – pragnął odpowiedzieć, ale wiedział, że jeszcze nie czas na takie wyznania. Tylko by ją nimi spłoszył.
– Zacznijmy od jachtu – zażartował, wręczając jej plik dokumentów.
– Tak, tak. Jacht to podstawa szczęśliwej rodziny – zaśmiała się, ale za chwilę dodała pół żartem, pół serio: – Myślę, Wiktorze Prado, że najpierw musisz znaleźć bezpieczną przystań, a potem dopiero dokupić do niej ten jacht.
Milczeli przez chwilę, patrząc na zachód słońca gdzieś tam, daleko nad nieznanymi wodami i lśniącą w jego promieniach łódź. Oboje myśleli o tym samym: o bezpiecznej przystani…
– Mądra dziewczyna z ciebie – odezwał się wreszcie cicho. – Gdzie znaleźć taką jak ty?
– Wśród tabelek i kosztorysów – uśmiechnęła się trochę smutno, a on znów zapragnął, by jej oczy rozświetlało szczęście. Gabriela odwróciła wzrok od pociemniałych źrenic mężczyzny. Spojrzała na trzymane w rękach teczki. – Jeszcze dziś przejrzę te dokumenty i dam ci odpowiedź, czy podejmuję się zlecenia, czy nie, jak szybko mogę wykonać kosztorys i o jaką kwotę zubożę twój budżet na to cudo. – Wskazała łódź.
– Nie strasz mnie! – odezwał się naprawdę zaniepokojony. – Bywa, że odrzucasz zlecenie? Nie mam nikogo innego!
– Oj, Wiktor, Wiktor… – pokręciła głową. – Taka szczerość to podstawowy błąd przy negocjacjach. Powinieneś wydąć usta i wycedzić: „To się za długo nie namyślaj, bo na twoje miejsce czeka kolejka chętnych i tańszych”, a ty: „Nie mam nikogo innego”? Nigdy nie zarobisz na ten jacht!
Roześmiał się serdecznie, ona przyłączyła się do tego śmiechu. Miał ochotę przygarnąć tę dziewczynę i ucałować, ot tak, po prostu z wdzięczności za uratowany wieczór, bo dzień, jak co dzień, był zwykłym użeraniem się z robotnikami…
– W ramach negocjacyjnego zmiękczania zabieram cię na kolację – oznajmił.
– Bardzo proszę, ale nie dzisiaj. Jeżeli zależy ci na czasie, jak najszybciej musisz dostać odpowiedź, czy stać cię na tę kamienicę, czy nie.
Uniósł brwi. Kiedy ona zdążyła doczytać, że chodzi o kamienicę?
– To moja praca – rzekła konspiracyjnym szeptem, czym ponownie go rozbroiła. – Na kolację pozwolę się zaprosić, gdy skończę zlecenie. Będzie jego ukoronowaniem, zgoda?
– Trzymam cię za słowo.
– Jestem tak słowna jak ty szczery.
Oboje uśmiechnęli się ponownie. I, jeśli nie stało się to do tej pory, to chyba w tej chwili właśnie przeskoczyła między nimi ta iskra, która sprawiła, że ona, Gabriela, postanowiła się jednak w nim zatracić, a on, Wiktor, postanowił zrobić wszystko, by to ona nauczyła go tych dwóch słów.
Czy mógł przypuszczać, że jego marzenie – piękny jacht – spełni się znacznie szybciej, a jej – szczęśliwa rodzina – chyba nigdy?…
            – Halo, Ziemia do Wiktora Prado, jesteś tam? – Patryk pomachał bratu, który głęboko zapadł się we wspomnienia, ręką przed oczami. – Może jako gospodarz tej imprezy zaproponujesz, by nasz gość usiadł i czegoś się napił? Czy będziemy tak tkwić pośrodku twego wspaniałego apartamentu i się w ciebie wgapiać?
Potarł oczy, jakby Patryk obudził go ze snu. Rozejrzał się. Biuro, które opuścił dawno temu, zmieniło się w Apartament Paderewskiego w Hotelu Bristol.
– Przepraszam cię – zwrócił się do Majki. – Twoje pojawienie się i imię Gabrieli przywołało masę wspomnień. Kochałem ją…
– I nadal kochasz – wtrącił Patryk, nic sobie nie robiąc ze wściekłego spojrzenia, jakie posłał mu w tej chwili Wiktor. – Kogo ty chcesz oszukać, człowieku? Masz czterdzieści lat, żadnej dziewczyny, nie mówiąc już o narzeczonej czy żonie, a na łańcuszku nosić pierścionek znaleziony w Leśnej Polanie. Przecież to jasne, że wciąż kochasz swoją Gabrielę.
Majka słuchała tego z uniesionymi ze zdumienia brwiami. Czegoś tu nie rozumiała i, jak to ona, bez owijania w bawełnę od razu powiedziała to na głos:
– Czekaj, bo coś mi tu nie pasuje. Skoro ty kochasz ją, a ona ciebie… Oboje jesteście wolni i samotni… Oboje dorośli… To co, do cholery, stoi na przeszkodzie, byście do siebie wrócili?! Mogę… no nie wiem… przeprosić ją w twoim imieniu, paść na kolana i błagać o drugą szansę, przyrzec poprawę… Wierz mi, zrobię wszystko, by Gabrysia była znów szczęśliwa! Co cię powstrzymuje, by tego nie uczynić?!
Spojrzał na nią oczami tak pełnymi nienawiści, że aż ją zatkało.
– Nie co, a kto – zaczął, cedząc słowa. – Czekam aż zdechnie ten, przez którego musiałem zerwać zaręczyny.
Majka… odzyskała oddech. Chociaż znów powinno go jej zabraknąć, tym razem z oburzenia.
– Jeżeli mówisz o ojcu Gabrieli, i to on, stary, schorowany człowiek tak ci przeszkadza, to nie używaj w mojej obecności słowa „zdechnie” – tym razem to ona cedziła zgłoska po zgłosce.
Wiktor zaśmiał się zimno.
– Ja nie mówię o ojcu Gabrieli, panno Trojanowska, ja mówię o swoim ojcu.
Majka patrzyła na Wiktora oczami wypełnionymi szokiem, po czym wyszeptała:
– Chyba muszę usiąść. I czegoś się napić.
Nie czekając na zaproszenie, osunęła się na najbliżej stojący fotel i tkwiła w nim, patrząc przed siebie bezmyślnie dotąd, aż Patryk podał jej szklankę wody z kilkoma kostkami lodu.
– To na początek. Myślę, że za chwilę przyda się naszemu gościowi coś mocniejszego. – Wiktor podszedł do barku i nie patrząc na dziewczynę zapytał: – Co zwykle pijasz?
– Prowadzę. Wystarczy woda.
– Jeśli chcesz dzisiaj usłyszeć całą historię braci Prado i Gabrieli Leszeńskiej, potrzebne ci będzie coś mocniejszego. Najwyżej wrócisz taksówką. Możesz też przenocować tutaj, obok jest gościnna sypialnia. Albo wynajmę ci apartament w tym hotelu. Wierz mi, bez wspomagania nie wytrzymasz.
Spojrzała na niego pociemniałymi oczami.
– Ta historia… To horror czy kryminał?
– Dwa w jednym.
– To ja poproszę tequilę – wydusiła z trudem. Czterdziestoletni facet, który modli się, by jego ojciec zdechł, a on sam mógł w końcu poślubić kobietę, na którą czeka niemal od dekady?
– Złotą czy srebrną? – zapytał podchodząc do barku.
– A masz tutaj złotą? Z cynamonem i pomarańczą? – zdziwiła się. Minibarki w hotelach, w których zwykle się zatrzymywała były zazwyczaj skromnie wyposażone.
– Wiktor jest tu traktowany po królewsku – mrugnął do niej Patryk. – I cholernie na to zasłużył.
– To poproszę złotą.
Wiktor spojrzał na Patryka.
– Który z nas pozostaje trzeźwy, który opowiada?
– A nie możemy upić się solidarnie, we trójkę? – zapytała dziewczyna, czując dreszcze spływające po kręgosłupie, bo… zauważyła coś, na co do tej pory nie zwróciła uwagi. Spod rękawa koszulki polo na ramieniu Wiktora biegły takie same szramy, jakie miał pan Antoni. Ojciec Gabrysi. Jakby obu tym mężczyznom tygrys przejechał pazurami po barku. I chyba nie chciała już znać historii tych dwóch rodzin.
– Nie możemy – Wiktor odpowiedział na pytanie, o którym ona już zdążyła zapomnieć, patrząc na te głębokie blizny – bo mamy umowę, że jeden z nas trzech zawsze pozostaje trzeźwy.
– To jest was trzech? – jęknęła nieomal.
– Mam brata bliźniaka – wyjaśnił Patryk, podchodząc do barku. – Ja opowiadam, ja piję. Marcin imprezuje, więc, sorry, Wiktor, ale dla ciebie sok pomarańczowy.
– Jakoś ci nie zazdroszczę – uśmiechnął się tamten, ale uśmiech ten nie sięgnął oczu. – Zaczynaj. Album rodzinny jest w mojej walizce. Ja idę się przejść. Puść mi sygnał, gdy skończysz.
Podszedł do Majki, postawił przed nią kieliszek z tequilą, talerzyk z cynamonem i paroma cząstkami pomarańczy, po czym zarzucił na ramiona marynarkę i wyszedł.
– Potrafi przerazić ten twój braciszek – rzekła półgłosem Majka, gdy drzwi się za nim zamknęły. – Kiedy ruszył ku mnie spod okna, myślałam, że za chwilę wgryzie mi się w gardło.
Patryk zaśmiał się cicho.
– Rzeczywiście na to wyglądało, ale nie dziw mu się. Już miał nadzieję, że mu się uda, że może los wreszcie się nad nim ulituje, gdy nagle pojawiasz się ty i stajesz między nim a nią.
– Przecież wyjaśniłam, że ta chata jest mi zupełnie obojętna!
– Między nim a Gabrielą – sprostował Patryk.
– Jesteśmy po tej samej stronie! – zaprotestowała ponownie.
– To się dopiero okaże… – odparł tym samym cichym głosem, zapatrzony gdzieś przed siebie. – To był najpiękniejszy rok w jego życiu, a więc i w naszym, bo nigdy nie widzieliśmy Wiktora tak szczęśliwego… A on, wierz mi, zasługuje na wszystko, co najlepsze. To najszlachetniejszy człowiek, jakiego znam, i zrobiłbym wszystko, by znów był tak szczęśliwy jak wtedy… Choć zgadzam się z tobą: czasem wygląda, jakby chciał ci się wgryźć w gardło – dodał już nieco innym, bardziej żartobliwym tonem. – Ale nas, Marcina i mnie, nigdy nie uderzył. Chociaż czasem zaleźliśmy mu za skórę. Zresztą… wystarczy, że spojrzał tym swoim lodowatym wzrokiem i już obydwaj potulnieliśmy. Tak jest do dziś – zaśmiał się. – Bo widzisz… on dla nas, dwóch obcych właściwie gnojków, bo nie łączą nas więzy krwi, zrobił tyle, że nigdy mu się nie odwdzięczymy. Gdyby nie Wiktor… – Oczy mu pociemniały. Zacisnął powieki, by przegonić obraz zakrwawionej głowy brata, żeby nie słyszeć tłumionych jęków, gdy na jego ramiona, plecy, nogi spadały razy, zadawane tym, co Tamten miał akurat pod ręką.
– Po czym… po czym Wiktor ma te szramy na ramieniu? – wyszeptała naraz Majka, jakby słyszała myśli Patryka. A może zauważyła dwie łzy w kącikach jego oczu?
Oprzytomniał gwałtownie. Obrazy z przeszłości pierzchły. Upił duży łyk ze swojej szklanki i dopiero odpowiedział:
– Po własnoręcznie wykonanym pięciopalczastym pejczu z wplecionymi między rzemienie haczykami. Nasz ojczym czasem zapominał, że nie jest już oficerem śledczym, jak nazywano tych sadystów w X Pawilonie na Rakowieckiej, i potraktował Wiktora „pamiątką” właśnie stamtąd. Nie wiem, czy jesteś gotowa na opowieść o dzieciach katowanych do nieprzytomności…
– Nie jestem – odparła Majka słabym głosem. – Poproszę jeszcze ze dwie tequile. Tym razem na ostro. Cytryna i sól.
Patryk ze zrozumieniem kiwną głową i wychylił swoją szkocką do dna.
– Ja też jestem na razie zbyt trzeźwy… – mruknął, podchodząc do barku.

c.d. za 2 tygodnie...

8 komentarzy:

  1. Coś mi się wydaje, że to będzie całkiem inny klimat książki niż do tej pory-co nie znaczy że nie ciekawy czekam na całość pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. O nie, to jest katowanie czytelnikow! Powiesc w odcinkach to koszmar. Kiedy bedzie ten listopad?! Pani Kasiu, prosze sie nad nami zlitowac, moze chociaz zmieni Pani czestotliwosc ukazywania sie kolejnej czesci na cotygodniowa? Po co ja to zaczelam czytac??? Pozdrawiam Ela

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak można przerwać w takim momencie, no jak?? To tak dramatyczne i poruszające, a ja mam czekać dwa tygodnie na dalszy ciąg historii... :( Przynajmniej wiem już jak poznali się Wiktor i Gabrysia, bo to mnie zawsze ciekawiło, ale i tak chce więcej, dużo więcej, najlepiej od razu cała książkę... Aż czasem mi się wydaje, że mogłaby Pani pisać jednak trochę gorzej, bo za wiele tu napięcia. :D Znaczy, to był żart oczywiście, tak jak jest, jest idealnie. ;) Pozdrowienia dla Pani ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wolę czytać wersję papierową,ale jak się nie ma,co się lubi,to się lubi,co się ma, więc póki co czytam tutaj, ale może uda mi się zdobyc swój egzemplarz, na pewno będę próbować, bo powieść bardzo mi się podoba...

    OdpowiedzUsuń
  5. No i jak tu nie czekać na kolejny odcinek???? Rewelacja! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Może jestem banalna, ale ta historia jest po prostu super. Po prostu brak słów. Nie mogę się doczekać dalszej części :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Każdy następny odcinek bardzo wciąga do czytania. Super powieść. Czekam na książkę. Pozdrawiam serdecznie. 📚👍

    OdpowiedzUsuń