środa, 9 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 12...

o ludzkim okrucieństwie i nadludzkiej woli przetrwania...


Antoni stał w mroku niewielkiego, dusznego pomieszczenia, niemal wtulony w zamknięte za plecami drzwi i z rosnącym przerażeniem patrzył na zbliżające się ku niemu monstra prosto z dziecięcych koszmarów. Bo to może byli jeszcze ludzie, ale… chudzi jak szkielety, obdarci, zarośnięci i przede wszystkim cuchnący niedomytymi ciałami, sprawiali wrażenie chodzących trupów.
– Z kim mamy przyjemność? – zagaił cichym, starczym głosem najbliższy z nich. – Tylko szeptem, proszę. Za zakłócanie ciszy nocnej cała cela stoi do rana na baczność.
Antek kiwnął głową. Nie miał nadziei, że wśród tej bandy kryminalistów – był bowiem pewien, że ma przed sobą najgorszych zbrodniarzy – dożyje rana.
– Jestem Antek Leszeński – wyszeptał.
Żaden z nich się nie poruszył. Nic nie wskazywało na to, że jego nazwisko cokolwiek tu znaczy.
– Coś młodo kolega wygląda. Za co cię wsadzili, bo za konspirę na pewno nie…
– Mam osiemnaście lat i nie wiem, dlaczego tu jestem. W Powstaniu byłem łącznikiem mojego ojca, nie nawojowałem się zbyt wiele, biegając kanałami w tę i we w tę. Po Powstaniu wróciłem ze stalagu i wziąłem się do uczciwej pracy, żeby utrzymać matkę. Nie wiem, za co mnie zgarnęli…
– Może my się zaraz dowiemy – wyszeptał tajemniczo jeden z więźniów, podszedł do rury kanalizacyjnej, biegnącej od ubikacji w górę i zaczął szybko, ale cicho w nią stukać. Antek patrzył na to oczami rosnącymi ze zdumienia i niedowierzania.
– Antek Leszeński, syn majora Leszeńskiego? – zapytał nagle tamten.
Chłopak skinął głową.
– Wszystko się zgadza, synku – dodał mężczyzna głosem, w którym nagle zabrzmiała serdeczność. – To nie kapuś. „Biały” potwierdził, że mieli w oddziale dzielnego czternastoletniego łącznika, syna majora. Czekajcie… – urwał nagle, znów przykładając ucho do rury. Słuchał w skupieniu. Uniósł nagle brwi, patrząc na chłopaka, a potem twarz rozpromienił mu uśmiech od ucha do ucha.
Podszedł do Antka i uścisnął go serdecznie.
– Musisz wiedzieć, chłopcze, że twojemu ojcu podczas pierwszego przesłuchania niejaki „Hitlerek” zmiażdżył krtań, bo major Leszeński ośmielił się mu postawić. A wy, koledzy, musicie wiedzieć, że ten oto Antoni Leszeński, syn majora, dziś kopem między nogi powalił „Hitlerka” na kolana. Ta wiadomość obiega właśnie cały X Pawilon, wszyscy radują się, jakby dostali prezent gwiazdkowy. To ubeckie bydlę choć raz poczuło, co to znaczy ból. „Biały” prosi, byśmy się tobą zaopiekowali, synku, bo… będzie bardzo ciężko. „Hitlerek”, chyba najgorszy sadysta w tym przybytku, nie daruje ci tego.
Co do tego Antek nie miał wątpliwości. Nie wiedział jednak – choć już niebawem miał się dowiedzieć – co w więziennym żargonie znaczy „bardzo ciężko”…
– Pozwól, że dokonam szybkiej prezentacji, zanim klawisz zacznie walić kluczem w drzwi.
Nie zdążył.
Po drugiej stronie rozległy się ciężkie kroki, zgrzytnął zamek. Wszyscy więźniowie poderwali się na baczność i stanęli pod ścianą.
W otwartych drzwiach stanął ponury dryblas i warknął:
– Na L…
Nikt się nie odezwał.
– Na L…, gnoju! – wrzasnął, patrząc na Antka. Ten domyślił się, że wywołują po pierwszej literze nazwiska.
– Leszeński Antoni – powiedział i dał krok wprzód, czując jak gardło zaciska mu się ze strachu.
– Odwróć się. – Klawisz skuł go z powrotem, choć ramiona chłopaka nadal rwały bólem. Szarpnięciem postawił go przed sobą i zmierzył od stóp do głów małymi, świńskimi oczkami, uśmiechając się przy tym obleśnie. – Idziemy – wypchnął chłopaka z celi.
Antek zdążył jeszcze usłyszeć, jak któryś z więźniów szepce:
– Z Bogiem, chłopcze.
Drugi:
– Trzymaj się.
Po czym dostał pięścią w ucho, aż się zatoczył, i nic już nie słyszał. Tylko brzęczenie klucza o kraty. Znak dla innych klawiszy, że korytarzem prowadzony jest więzień.
Wepchnięto go do małego pokoju bez okien, gdzie rozwalony za biurkiem spoczywał oficer śledczy. Józef Kuchta, który mimo pięknego nazwiska i jeszcze piękniejszego imienia i tak wszystkim znany był jako „Hitlerek”.
Antek zatrzymał się po środku pokoju, tam, gdzie mu kazano.
– To co, chłopcy, najpierw zadbamy, żeby takie gestapowskie, burżuazyjne gówno nigdy nie spłodziło sobie podobnych, a potem zostawicie nas samych? – zagaił Kuchta do eskortanta, który przyprowadził Antka i drugiego, który tkwił przy maszynie do pisania, gotów spisywać zeznania.
Obaj poderwali się ochoczo.
Antoniemu serce podeszło do gardła, ale przyrzekł sobie, że nie da tym bydlakom, tym sadystom satysfakcji. Że dopóki będzie mógł… Ale na to, co zaraz miało się stać, nie był przygotowany…
Jeden zerwał mu spodnie, potem slipy. Nadal skutego oprowadzili dookoła biurka, za którym jeszcze przed chwilą królował „Hitlerek” i nagle… Antek zrozumiał, co za chwilę mu zrobią. Zacisnął powieki, modląc się gorąco do Boga o szybką śmierć.
Oprawcy pieczołowicie umieścili jego genitalia tam, gdzie trzeba, a potem „Hitlerek” strzelił szufladą z całej siły. Antek poczuł taki ból, jaki zdarza się raz w życiu i osunął się bez przytomności na podłogę. Nie wiedział, że tego bólu zazna jeszcze wiele, wiele razy…
Ocucili go wiadrem lodowatej wody.
Gdy odzyskał zmysły, siedział przywiązany do oparcia krzesła. Przez chwilę miał nadzieję, że to koniec, że takiego bólu nikt nie zniesie. Mylił się. Prawdziwe cierpienie, zadawane powoli, z premedytacją i lubością, było dopiero przed nim.
Żarówka świeciła prosto w załzawione oczy.
– Zostawcie nas – usłyszał i mimo wszystko zatęsknił za obecnością ludzi. Nie chciał zostawać sam na sam z tą bestią.
Drzwi trzasnęły głucho. Nagle poczuł przy swojej twarzy odór jego oddechu.
– A teraz słuchaj, gnoju, bo powiem ci coś, o czym nie wie nikt więcej, a nawet jeśli się od ciebie dowie, to nie będzie to miało dla wymiaru sprawiedliwości żadnego znaczenia. Ty, jako Antoni Leszeński, nie istniejesz, rozumiesz? Nie ma cię w aktach bezpieki. Już ja się o to postarałem. Za to, co zrobił twój ojciec – kazał mi, oficerowi śledczemu, wstać, jak mówię do niego, oficerka bandyckiej AK – a szczególnie za to, jak skompromitowałeś mnie w X Pawilonie, postanowiłem odpłacić ci osobiście. Będę cię uczył pokory, będziesz błagał o śmierć dotąd, aż wspaniałomyślnie się nad tobą, wszarzu, ulituję i przetrącę ci kark albo krtań jak temu bandycie, twojemu ojcu.
– Mój ojciec był patriotą. To ty jesteś bandytą – wychrypiał Antek, mimo że każde słowo skręcało jego wnętrzności w węzeł bólu. – Nawet jeśli na tym świecie nie ma sprawiedliwości i takie bestie rządzą tym chorym krajem, to jest jeszcze Tamta sprawiedliwość, a przed nią i ty kiedyś staniesz.
– A zakładamy się, gnoju, że mi włos z głowy nie spadnie i w dostatku dożyję późnej starości, a ty sczeźniesz tutaj, pod moim biurkiem, gdy zdecyduję, że mam cię dosyć, i nikt nigdy nie dowie się nawet, kiedy zdechłeś i gdzie zostałeś pochowany? Jak twój ojciec, gnijący gdzieś w bezimiennym dole? Nie ma żadnej innej sprawiedliwości, żadnego Tam. Jesteśmy teraz i tutaj, my dwaj. I zaczynamy zabawę. Kim chcesz zostać w przyszłości?
Antek spodziewał się każdego pytania, ale nie takiego. Zamrugał, by choć na chwilę żarówka rażąca prosto w twarz, dała odpocząć umęczonym oczom.
– Mam zdolności językowe. Chcę zostać tłumaczem – odparł.
– Musisz więc pisać na maszynie – zauważył Kuchta podejrzanie łagodnym tonem.
– Umiem pisać szybko i bezwzrokowo.
– Umiałeś – zaśmiał się „Hitlerek” i dodał zupełnie innym tonem: – Już nigdy nic nie napiszesz.
Antek po chwili zrozumiał swój błąd, ale było za późno. Na wszystko, oprócz śmierci, było za późno.
Tamten zgasił żarówkę, świecącą więźniowi w twarz, tylko po to, by ów widział, co oprawca będzie robił. A ten chwycił Antoniego za rękę, oparł ją o kant biurka i choć ten bronił się i wyrywał, zaczął młotkiem łamać mu po kolei wszystkie palce.
Antoni krzyczał. Choć przyrzekał sobie, że zniesie tortury z godnością, ból był nie do wytrzymania. Palec po palcu. Dziesięć uderzeń. Gdy nastąpiło ostatnie, opadł na oparcie krzesła, pewien, że to koniec. Że to bydlę, ten sadysta, da mu spokój. Lecz Kuchta słynął z tego, że potrafił bić tak, aby prawie zabić. Przytrzaśnięcie jąder szufladą, połamanie palców – to jeszcze nie zagrażało życiu.
Zgruchotana dłoń więźnia, który był jeszcze chłopcem, miał dopiero osiemnaście lat i nie uczynił tej parszywej macosze ojczyźnie nic złego, znów powędrowała na biurko. W dłoni oprawcy pojawiły się szczypce, zacisnęły na pierwszym paznokciu i szarpnęły. Antek zemdlał powtórnie.
Ocucono go wiadrem zimnej wody.

Wyprostował się, szlochając mimowolnie – bo chociaż się starał, nie mógł powstrzymać tego szlochu – i patrzył ogromniejącymi z przerażenia oczami, jak tamten znów bierze szczypce w dłoń. Tym razem ból był tak straszny, że nie pozwolił nieszczęsnemu chłopakowi zemdleć. A miał jeszcze osiem paznokci…
– Podpisz, że współpracowałeś z gestapo – usłyszał przez otumaniony umysł – a dam ci spokój. To wszystko, czego potrzebowałem od majora Leszeńskiego. Przyznanie się do współpracy ze Szwabami. Podpisz to, a będziesz miał szybką śmierć. Kula w łeb.
Półprzytomny spojrzał na podsuwany mu papier.
„Ja, major Alojzy Leszeński, przyznaję się do współpracy z gestapo na szkodę narodu polskiego”.
Przeczytał jeszcze raz, odpędzając czerń mruganiem powiek. „Ja, major Alojzy Leszeński…”. I nagle zrozumiał cały perfidny plan tej bestii siedzącej naprzeciw. On, Antek, nie istniał. Miał przed sobą akta swojego ojca.
„Podpisz, a będziesz miał szybką śmierć, kula w łeb”…
Z obrzydzeniem napluł na podsuwane mu zeznanie. Mógł podpisać wyrok śmierci na siebie, ale nigdy nie splugawi pamięci swego ojca, majora Leszeńskiego. Dla Antka słowa Bóg, Honor i Ojczyzna nie były li tylko haftami na sztandarze.
– Wybrałeś, skurwysynu – syknął Kuchta.
Wypadł zza biurka, jednym kopniakiem przewrócił krzesło z więźniem, chwycił rzemienny batog, a potem zaczął bić. Zimno, bez emocji, raz za razem. Z całej siły.
Dwie godziny później do celi numer dwanaście wrzucono strzęp człowieka. Współwięźniowie myśleli, że już po nim, po Antku Leszeńskim, że już nie żyje. Mimo to zajęli się nim tak, jak każdym po ciężkiej „obróbce”. Parę kropli kawy na popękane usta, pospieszne obmycie i opatrzenie najbardziej krwawiących ran.
Wreszcie uchylił na milimetr powieki, a współwięźniowie odetchnęli.
– Błagam, pozwólcie mi umrzeć – wyszeptał, choć każde słowo okupił bólem.
– Musisz żyć, synku, żeby takie gnidy jak „Hitlerek” nie wygrały – usłyszał cichą odpowiedź.
Józef Kuchta dotrzymał słowa. Przez następne lata trzymał swojego osobistego więźnia na granicy życia i śmierci, nie pozwalając mu umrzeć.
Współwięźniami podczas Antkowej gehenny byli: profesor literatury, którego zgarnięto wprost z uczelni, nie bardzo wiedząc za co; słynny na cały świat lotnik o największej liczbie strąceń samolotów wroga w całym dywizjonie; magnat samochodowy, którego jedynym grzechem było to, że znał osobiście Henry’ego Forda, założyciela fabryki aut; zwykły pastuch krów, którego bezpieka zwinęła jako pierwszego z brzegu i gnił w tej małej celi bez światła trzeci rok tylko dlatego, że spłonęła stodoła, w której odbywała się impreza, „na pewno podpalona przez wrogów ludu”; rzeczywisty bojownik o wolność i niepodległość z WiN, który nigdy nie pogodził się ze zmianą jednego okupanta na drugiego; wreszcie zagorzały komunista i wielbiciel Stalina, który – o ironio – nie zdołał na pochód pierwszomajowy zwołać nikogo oprócz siebie, więc posadzili jego.
Ci wszyscy ludzie różnego stanu i różnych poglądów, AK-owiec czy komunista, siedzieli w jednej celi i robili to, czego – pal licho poglądy! – wymagało od nich człowieczeństwo, zwykłe poczucie przyzwoitości, a wreszcie sumienie: dbali o siebie nawzajem. Byli zdani tylko na współtowarzyszy niedoli, przeciwko całemu okrutnemu, bezdusznemu, a przede wszystkim bezczelnie pewnemu siebie aparatowi „bezpieczeństwa”.
Ludzie latami nie widzieli światła słonecznego, siedząc w ciemnych celach. Latami nie wiedzieli, za co właściwie siedzą, bo taki był „przerób” w więzieniu na Rakowieckiej, że nie nadążano ze stawianiem zarzutów i wymierzaniem kary. Latami nie widzieli swych rodzin: matek, żon, ojców, braci…
Więźniowie godzili się z tym, bo nie dano im wyboru. Jedyną formą buntu była dbałość o współtowarzyszy po brutalnej „obróbce”. Za każdym razem, gdy Antek, który już dorobił się ksywki „Wilczek”, słyszał „Na L…”, wstawał na uginających się kolanach i ruszał za klawiszem, do każdej celi trafiała informacja, nadawana metodą „stukania”, czyli alfabetem Morse’a, za którego używanie groziły surowe kary, że „nasz Wilczek” jest „obrabiany” przez tego „ch”. I nie był to już skrót od „Hitlerka”.
Gdy po kilku godzinach, na granicy życia i śmierci, wrzucano go do celi niczym worek kartofli, po rurach biegło pytanie: „Wyjdzie z tego?”.
Za każdy razem skatowany do granic wytrzymałości ludzkiego organizmu chłopak błagał współtowarzyszy: „Pozwólcie mi umrzeć. Ja już nie wytrzymam…”. I słyszał cichą odpowiedź któregoś z nich: „Wytrzymasz. A wiesz, dlaczego? Bo musisz przeżyć tego sukinsyna”. Żył, ale tylko dlatego, że nie wiedział, jak ze sobą skończyć. Próbował. Tak. Raz próbował, ale jego towarzysze pilnowali, by trwał mimo wszystko. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu – „obróbka” – i znów: dzień po dniu…
Aż wreszcie… stało się coś, co zakończyło jego gehennę.
Do celi numer dwanaście trafił… szpieg. Nie kapuś, podrzucony przez bezpiekę, ale prawdziwy szpieg. Schwytany na granicy pod fałszywym nazwiskiem, specjalnie nie ukrywał tego, czym się zajmuje. Opowiadał co ciekawsze przygody, zupełnie się nie przejmując tym, gdzie jest i co go czeka. Antek, najmłodszy w celi, będąc jeszcze w niezłym stanie przed kolejnym spotkaniem z „Hitlerkiem”, słuchał go z błyszczącymi oczami. I nagle zaczął z nim rozmawiać w trzech językach, ot tak, żeby nie zapomnieć. Pogadali po angielsku, francusku i niemiecku, aż szpieg wykrzyknął zdziwiony:
– Chłopcze, ty masz niezwykłe zdolności językowe. Byłbyś znakomitym tłumaczem!
Antek uśmiechnął się smutno.
– Byłbym.
I, pokazując Janowi Nowakowi, bo tak przedstawił się nowy współwięzień, swoje łamane już trzykrotnie palce i trzykrotnie wyrywane paznokcie, opowiedział mu swoją historię. Tamten wziął jego ręce w swoje i przyglądał się im długo, w zadumie.
– Mówisz, że jesteś osobistym więźniem jakiegoś ubeka, bo dałeś mu kopa w jaja?
Antek kiwnął tylko głową. Współtowarzysze niedoli przysłuchiwali się tej rozmowie w milczeniu. Żaden z nich nie przechodził takich tortur jak „Wilczek”. Od czasu do czasu któregoś z nich wzięto na przesłuchanie, pobito czy kazano stać na baczność w lodowatej celi, ale bykowcem z hakami wplecionymi między rzemienie, po spotkaniu z którym wrócił ostatnio Leszeński, tak krwawiąc, iż myśleli, że tym razem nie uda im się go uratować, nie dostał jeszcze żaden…
– Pokaż mi plecy i ramiona – nakazał Jan Nowak.
Antek niechętnie zsunął koszulę. O co tamtemu chodzi? Chce popatrzeć sobie na blizny, którymi miał pocięte całe ciało, czy rany, które jeszcze nie zdążyły się zagoić?
– Jesteś synem oficera, polskiego oficera…
– Majora Alojzego Leszeńskiego, dwukrotnie odznaczonego Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari – odparł dumnie Antek.
– I siedzisz tu ot tak, bo ubekowi sadyście postawił się najpierw twój ojciec, a potem ty, kopem między nogi? – Szpieg klepnął dłońmi w kolana i zaśmiał się jak z dobrego kawału.
Antek wzruszył ramionami. Teraz, po trzech latach tortur, zastanowiłby się, czy warto…
– Więc słuchaj, chłopcze, ja niedługo wyjdę…
Tu współwięźniowie spojrzeli nań z niedowierzaniem.
– Tacy fachowcy jak my są zbyt cenni, by słać nas do piachu – wyjaśnił Nowak. – Już trwają rozmowy, na kogo mnie wymienić. Gdy zaś wyjdę, nie zapomnę o tobie, „Wilczku”, tylko dotrwaj. Nie poddawaj się. Nie wiem, ile czasu zajmie mi załatwienie wszystkich spraw, ale bądź dobrej myśli, nie trać nadziei. Dotrwaj.
Antek siedział przed tym czterdziestoletnim mężczyzną ze zwieszoną głową. „Dotrwaj”. Czy wiesz, o co prosisz, człowieku? Czy wiesz, ile razy błagałem o śmierć, gdy przypalał mnie żelastwem, wylewał na mnie wrzątek, łamał palce, wyrywał paznokcie, kastrował szufladą? „Dotrwaj”…
Jan Nowak wyszedł dwa dni później, pozdrawiając wszystkich uprzejmym uśmiechem. Tego samego dnia Antka Leszeńskiego wtrącono do karceru.
Siedział już w tym strasznym miejscu dwukrotnie, po kilka dni, może tydzień? Pomieszczenie metr na metr, w którym nie możesz się wyprostować, załatwiasz się pod siebie, karmią cię, owszem, tym, co wszystkich: zupą na brukwi i dorszach, oczywiście z robakami, i jesz ją, o ile jesteś w stanie utrzymać miskę i łyżkę, ale potem zamykają ciemnicę na głucho, a z góry przez wąską szparę sączy się szare światło, tak byś nie wiedział, czy to dzień, czy noc. Najgorsze jest to, oprócz poniżającego wypróżniania się pod nogi i siedzenia wśród własnych ekskrementów, że ściany naszpikowane są drobniutkimi odłamkami szkła. I co byś nie robił, jak byś nie próbował uniknąć tej niekończącej się tortury, szkło rani twoją skórę, oblepioną łajnem i moczem, mieszając się z krwią.
Karcer…
Po kilku dniach zaczynasz tracić zmysły. Nie wiesz, czy to dzień, czy noc, mimo że przynoszą ci posiłki, których nie jesteś w stanie przełknąć. Chcesz jedynie stąd wyjść. Zaczynasz mieć omamy. Ściany, tnące twoją skórę do krwi, mówią do ciebie. „Podpisz, będziesz miał łatwą śmierć. Schody do kotłowni, kula w potylicę i dół, pospiesznie wykopany gdzieś w lesie. Wystarczy, że podpiszesz”.
Po tygodniu w karcerze jesteś gotów podpisać wyrok śmierci na samego siebie.
Osiemnastoletni Antoni Leszeński spędził w tym strasznym miejscu miesiąc.
Gdy wrzucili go do celi numer dwanaście, współwięźniowie pochylili się nad wychudłym jak szkielet, siwowłosym starcem, w pierwszej chwili myśląc, że to ktoś nowy. Otwierał usta i oczy jak ryba wyrzucona na brzeg.
Ktoś zapytał kurtuazyjnie:
– Może się pan przedstawić?
I nagła zgroza…
– To nasz Antoś! To „Wilczek”! Synku, co oni z tobą zrobili?!
Dopiero wieczorem, pojony łyżeczka po łyżeczce kawą z cukrem, umyty z zaskorupiałych ekskrementów, z ranami opatrzonymi na tyle, na ile zdołano, miał siłę wyszeptać:
– Nie podpisałem…
Wszyscy współwięźniowie, mimo że ich też nie oszczędzano, ale i nie pastwiono się nad nimi tak strasznie, poczuli wilgoć pod powiekami.
– Może… może nie ratujmy „Wilczka” tym razem – Ziutek, prosty pastuch, ten co go zgarnęli pierwszego z brzegu po pożarze stodoły jako wroga ludu, wypowiedział to, co chyba wszyscy w tej chwili myśleli. – „Hitlerek” będzie się tak nad nim znęcał latami. Okażmy Antosiowi miłosierdzie i pozwólmy mu skonać nie u stóp tego bandziora, a tutaj, wśród swoich.
Zapadło milczenie.
Każdy musiał to rozważyć we własnym sumieniu.
– Bóg nam to przecież wybaczy – Ziutek odezwał się jeszcze błagalnym tonem, głaszcząc dwudziestojednoletniego chłopca, młodszego odeń o dziesięć lat, po białych jak śnieg włosach.
Tej nocy, wstrząśnięci do granic, nie byli w stanie podjąć decyzji.
Następnego dnia podjęto ją za nich.

5 komentarzy:

  1. Straszne okrucieństwo, nie do pomyślenia co człowiek przeszedł w swoim życiu. Po takich torturach psychika siada na dalsze życie.Pani Kasiu tak jak pani napisała
    najtrudniejsza to szczera prawda. Dziękuję za nowy odcinek. Pozdrawiam serdecznie. 😘💗😢

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję że nie muszę czekać. Lece do kolejnego odcinka
    . I love you Kasia :-*

    OdpowiedzUsuń
  3. Za każdym razem gdy czytam książki historyczne czy obyczajowe, gdzie jest wątek więźniów X Pawilonu, bądź Auschwitz - czy Twoja książka Kasiu, czy Bartoszewski, czy Pięć lat kacetu, zadaje sobie jedno pytanie - dlaczego?
    i teraz kończę ten odcinek słowem dlaczego.

    Dziękuję Ci za to! I dziękuję, że przywracasz pamięć tym wydarzeniom!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też długo, bardzo długo, chyba większość życia zadawałam sobie to pytanie: Dlaczego zło zawsze wygrywa, dlaczego pozostaje bezkarne. Dopiero niedawno dostałam odpowiedź i... jestem spokojna. Zło zostaje ukarane po trzykroć. Tobie pozostaje w to wierzyć, ja już to WIEM.

      Usuń
  4. Przez zupełny przypadek w moje ręce wpadła Pani książka "Leśna Polana". W ten sposób poznałam Pani twórczość. I po przeczytaniu jej trochę ręce mi opadły. Jak można przerwać książkę w najciekawszym momencie? Ja się tak nie bawię (oczywiście żartuję). I następstwem tego jest zakup 9 ebooków (mieszkam w Stanach i tu książki są potwornie drogie, a mam zamiar zamówić wszystkie Pani książki). Wprawdzie książka papierowa nie może równać z czymś elektronicznym, ale cóż... pustki w kasie.
    Pozdrawiam serdecznie i czekam z wielką niecierpliwością na dalszy ciąg "Polany..."
    Mirka Zielińska

    OdpowiedzUsuń