środa, 9 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 13...

w którym Los odmienia się w jednej chwili...


Przyszli po niego we dwóch, pewni, że więzień nie będzie w stanie się opierać. Mieli rację.
– Na L… – warknął klawisz, który w duchu od lat podziwiał młodego chłopaka, że po tylu przesłuchaniach u „Hitlerka” nadal się trzyma. Nadal żyje. Zresztą „Wilczek” już dawno w X Pawilonie stał się legendą hartu ducha i nieugiętości. Bez względu na to, w jakim stanie wrzucano go do celi, czy miał połamane nogi, czy powyrywane paznokcie, zawsze powtarzał, gdy już mógł choć szeptać: „Nie podpisałem”.
– Na L… – warknął powtórnie, gdy odpowiedziała mu cisza.
– On nie jest w stanie odpowiedzieć – rzekł któryś z więźniów z gniewem. – Wczoraj przynieśliście go z karceru. Wykończcie go wreszcie, skurwysyny, bo ten chłopak nic wam nie zawinił. Oprócz tego, że kopnął między nogi jednego z was!
– Zabieramy go na rozprawę, nie na przesłuchanie – odparł klawisz, nagle pokorniejąc. Czasy się zmieniają, być może kiedyś to jego będą wywoływać.
– To go zabierajcie! – krzyknął ten sam głos. – Nie jest w stanie ustać na nogach!
Dwóch eskortantów weszło do celi, spoglądając ponuro na pozostałych więźniów, wzięło Antka pod pachy i wywlekło go na korytarz. Ich też przeraził stan więźnia. Jeszcze parę tygodni temu wyglądał na swoje dwadzieścia jeden lat. Owszem, wynędzniały, chudy, wykończony torturami, ale czarnowłosy młody chłopak… Teraz wlekli przed oblicze sądu siwowłosego starca u progu śmierci…
– Z Bogiem, Antoś! – rozlegały się szepty.
– Niech cię Bóg błogosławi – ktoś z sąsiedniej celi mówił łamiącym się głosem.
Rozprawa sądowa była końcem wszystkiego. Część otępiałego mózgu chłopaka to właśnie mu podpowiadała. Był pewien, że dostanie wyrok śmierci, i modlił się o nią.
Jego koszula nasiąkała powoli krwią z niezliczonych ran, zadanych szkłem karceru. „Niech to się skończy” – tylko o to błagał Boga…
Wprowadzono go, czy raczej wciągnięto, bo ledwo poruszał nogami, do celi nieco większej niż ta, którą przez trzy lata dzielił ze współwięźniami, współbraćmi. Rozbiegany wzrok – po miesiącu w karcerze nie mógł skupić spojrzenia – spoczął na trzech siedzących za biurkiem mężczyznach. Jeden w mundurze, kapitan, dwóch bez stopni: protokolant z niezbyt grubą teczką pod ręką i jakiś cywil po lewej, na specjalnie dostawionej ławce. Więźnia ciśnięto, bo raczej nie posadzono, obok tego drugiego.
– Jestem pana obrońcą z upoważnienia… Jana Nowaka. Stefan Jacki – wyciągnął do Antka dłoń i widząc, w jakim jest stanie, uścisnął ją delikatnie, z mimowolnym szokiem w oczach.
Kapitan, będący widać sędzią, rozparł się pośrodku stołu i uśmiechnął wrednie.
– No i jak pan zgaduje, majorze Leszeński, czapa czy dożywocie?
Antek uniósł nań udręczone spojrzenie.
– Nie jestem majorem – wyszeptał. – Antoni Leszeński, lat dwadzieścia jeden, łącznik bez stopnia, syn majora Alojzego Leszeńskiego.
Wszyscy – oprócz obrońcy, bo ten wiedział wszystko – wytrzeszczyli nań oczy.
Sędzia spojrzał w akta…
– Tu stoi: „Major Alojzy Leszeński, syn Leopolda, lat czterdzieści sześć, dowodzący w Powstaniu Warszawskim oddziałem »Zygmunt«”. Co mi tu pierdolicie o jakimś Antonim?!
Antek spróbował wstać. Jacki podtrzymał go, by mógł mówić:
– Mój ojciec, major Leszeński, pierwszego dnia przesłuchań został zamordowany przez „Hitlerka” ciosem w krtań. Ja jestem synem majora, Antonim. W Powstaniu byłem łącznikiem ojca. Nie brałem udziału w walkach ani w żadnych ruchach antypolskich po wojnie. – Nie miał pojęcia, skąd bierze się w nim siła, by stać prosto i wypowiadać te słowa, ale zaciskająca się na jego łokciu dłoń obrońcy prosiła, wręcz nakazywała: „Mów, chłopcze. W tych słowach twoja nadzieja”.
Nagle mecenas Jacki, milczący dotąd, poderwał się:
– Czy mam rozumieć, że od trzech lat przetrzymujecie i torturujecie tutaj niewinnego człowieka?! Bo nie wmówi mi pan, kapitanie, że ten dwudziestojednoletni, jak się okazuje, chłopak osiwiał z miłości?! Jeszcze wczoraj był w karcerze, przetrzymywany tam miesiąc! I dziś dowiadujemy się, że macie przed sobą akta nie jego, a majora Leszeńskiego?! Ojca tego chłopaka? Chłopaka, który był zwykłym czternastoletnim powstańczym łącznikiem?! Za to w Polsce Ludowej dajcie karę śmierci?!
Kapitan poczerwieniał na twarzy. Na szyi zaczęły pulsować mu żyły.
– Przerywam posiedzenie, co wyjaśnienia sprawy. Sprowadźcie mi tu „Hitler…”, to znaczy Józefa Kuchtę.
Antek wraz z obrońcą zostali wyprowadzeni na zewnątrz.
Po kilku minutach minął ich, omiatając nienawistnym spojrzeniem, „Hitlerek”.

Rozumieli jedynie pojedyncze słowa, padające zza zamkniętych drzwi, domyślając się reszty:
– To nie twój własny folwarku, skurwysynu!
– Wiesz, kto go broni?!
– Za kogo ty się, Kuchta, kurwa twoja mać, masz?!
– Jeżeli on i jego mecenas… – tu głos sędziego obniżył się tak, że nic już nie było słychać, ale już kończące tę cichą przemowę: – Wypierdalaj!!! – owszem.
W następnej sekundzie Kuchta wypadł z pokoju, przyrzekając Antkowi bezgłośnie: „Jeszcze z tobą nie skończyłem”, a ich dwóch wezwano z powrotem do celi, udającej salę sądową.
– Antoni Leszeński, syn Alojzego – zaczął jak gdyby nigdy nic sędzia, nawet na Antka nie spojrzawszy – nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Uznajemy go wobec tego winnym jedynie zatajenia własnej tożsamości i wprowadzenia tym sądu w błąd. Wymierzamy karę… Ile on już siedzi? – zwrócił się do tego po prawej.
– Trzy lata i dwa miesiące.
– Trzech lat i dwóch miesięcy, zaliczając areszt na poczet kary. Podejdźcie tu, Leszeński… Wy, mecenasie, zostańcie na miejscu.
Antek wstał i przytrzymując się stołu, podszedł do sędziego.
Ten przysunął twarz do jego twarzy i rzekł tak cicho, aby usłyszał te słowa tylko on, Antek:
– A jeśli będziecie za dużo gadać, wrócicie do X Pawilonu razem ze swoją matką i już z niego nie wyjdziecie. Zrozumiano?
Kiwnął głową, zupełnie nie pojmując, co się dzieje.
– Wyprowadzić mi to ścierwo i obym nigdy więcej go tu nie ujrzał – zakończył rozprawę kapitan.
Mecenas wziął Antka pod ramię, łagodnie, acz stanowczo, odciągnął od sędziowskiego stołu, a potem wyprowadził za drzwi. Dwaj eskortanci trzymali się z tyłu. Stefan Jacki doprowadził Antka do celi numer dwanaście. Otworzyły się ciężkie drzwi. Współwięźniowie rzucili się ku chłopakowi.
– I co? I co? – padały gorączkowe pytania.
Ale on nie potrafił na nie odpowiedzieć. Nie rozumiał, co się wydarzyło i co się ma wydarzyć.
Mecenas Jacki odpowiedział za niego spokojnym, wzruszonym głosem:
– Antek dziś wychodzi na wolność. Dziękuję, panowie, za opiekę nad nim. Niech was Bóg błogosławi.
Umilkli. Pojedynczo, łagodnie, ściskali Antoniego, który słaniając się na nogach, marzył tylko, by runąć na swój barłóg w rogu celi i już się z niego nie ruszać.
– Najdzielniejszy z dzielnych, nasz „Wilczek” – słyszał szepty.
Ktoś pobłogosławił jego czoło znakiem krzyża.
– Idź i opowiedz o wszystkim, co tu widziałeś – usłyszał.
To rozsierdziło klawiszy.
– Zabieraj go pan, póki mamy cierpliwość – warknął jeden z nich.
Jacki wyprowadził Antka z celi, a potem po żelaznych schodach w górę. Nogi się pod chłopakiem uginały, ale mężczyzna ciągnął go do wyjścia. Aż do ciężkich, stalowych drzwi, za którymi panował zwyczajny warszawski wieczór.
Antoni, oszołomiony, podszedł do czarnego samochodu, usiadł na siedzeniu pasażera, które mu wskazał mecenas, i kwadrans później, jeszcze niewierzącego, że to koniec katorgi, jeszcze podejrzewającego, że to kolejna tortura wymyślona przez Kuchtę, delikatnie kładziono go na czystym prześcieradle szpitalnego łóżka i przykrywano czystą kołdrą.
– Ten dzielny chłopak ma dwadzieścia jeden lat. Torturowano go na Rakowieckiej. Zróbcie wszystko, by doszedł do siebie – usłyszał ciche słowa mecenasa. Odpowiedzi doktora czy pielęgniarki jego zmęczony mózg już nie zanotował. Zasnął…
Ze szpitala wyszedł parę tygodni później.
– Mamo, to ja, Antek – rzekł, stając na progu domu. – Wróciłem.
Kobieta w pierwszej chwili zrobiła wielkie oczy, nie poznając syna, w następnej zemdlała.
Józef Kuchta po „wpadce” z zamianą teczek został usunięty z Rakowieckiej, ale bynajmniej na tym nie ucierpiał. Mimo że nie miał ukończonej nawet szkoły podstawowej, szybko wysłano go na kurs, gdzie nauczył się pisać bez błędów i płynnie czytać. Dostał do ręki świadectwo maturalne na lepiej brzmiące nazwisko Kuchciński. Potem, po przyspieszonych studiach, dyplom i… zrobiono z niego prokuratora. Tak oddanych, niemal nadgorliwych ludzi władza ludowa bezmyślnie się nie pozbywała.
Teraz przechadzał się po korytarzach sądu w czarnej todze, a do akt sprawy, którą mu przydzielano, miał zawsze dopiętą karteczkę „Najwyższy wymiar kary” wraz z dopiskiem, jaka kara przysługuje. To był jego jedyny obowiązek: niczym papuga powtarzać: „Żądam najwyższego wymiaru kary…” „15 lat…”, „kary śmierci…”, „dożywocia…” – w zależności od załączonej karteczki. Do akt nawet nie zaglądał… Służył Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z takim oddaniem, z jakim wrzucał do ognia polskie dzieci za czasów UPA i torturował więźniów na Rakowieckiej.
Po upadku komunizmu przeszedł na zasłużoną, zacnej wysokości emeryturkę, dorabiając jako doradca mafii, bo „swoich ludzi” z taką samą przeszłością miał wszędzie, a „swoim” nie odmawiano drobnych przysług…
I mimo że mieszkał w pięknej willi na Żoliborzu, kiedyś należącej do Leszeńskich, mimo iż nie brakowało mu pieniędzy na wszelakie dostatki, nie zapomniał o jednym: jego porachunki z „Wilczkiem” nie dobiegły końca. „Jeszcze mi za tego kopa w jaja zapłacisz, skurwysynu…”
            – To niemożliwe – wyszeptała Majka, przeraźliwie trzeźwa mimo kolejnych tequili. – Nie wierzę, że można się znęcać nad bezbronnym człowiekiem ot tak, bez powodu…
– A w rzeź wołyńską wierzysz? Dwieście tysięcy Polaków, mężczyzn, kobiet i dzieci, w bestialski sposób pomordowanych przez Ukraińców? – odparł pytaniem Patryk.
Kiwnęła głową.
– Co to więc dla takiej bestii jak nasz ojczym jeden osiemnastolatek? Dla bestii, która potrafiła znęcać się nawet nad tymi dziećmi, którym kazała mówić do siebie „ojcze”…
– Rozumiem, że przechodzimy do historii trzech braci Prado? – zapytała słabym głosem.
– To co, tequila na ostro? – domyślił się, nalewając sobie kolejną porcję szkockiej. W odpowiedzi wzięła jego szklankę i wychyliła do dna.

c.d w piątek za 2 tygodnie...

19 komentarzy:

  1. Jak można być tak okrutnym? Bardzo smutne i szczerze dziękuję Pani Kasiu za dwa odcinki, bo takiego zakończenia nie dałoby się wytrzymać. ;(

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna wzruszająca opowieść, jestem ciekawa dalszych losów bohaterów powieści. ☺

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko... nie mogę w tej chwili więcej powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Całe szczęście jutro będę miał książkę u siebie

    OdpowiedzUsuń
  5. Choc historie takie nie sa mi obce to i tak jest to straszne... A napisane tak ze... Przerazajace ...

    OdpowiedzUsuń
  6. HA! A ja już mam :) I wczoraj połknęłam całą :)
    Pozdrawiam,
    inna Kasia Michalak :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Książka dziś dotarła i od razu przeczytana. Dziękuję Pani Kasiu za wzruszenia. Czekam na następne części.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziewczyny, może Wy czytajcie jakoś wolniej te moje książki... Ja rodzić kolejnych nie nadążam! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie, kiedy następna??
      :)
      Pozdrawiam,
      Kasia M.

      Usuń
  9. Takich książek nie da się wolniej ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Haha to niestety musi Pani zacząć pisać nudniej, bo inaczej tempa czytania nie zwolnimy :P A te dwa rozdziały były mocne, bardzo mocne i chyba nic więcej nie trzeba tu dodawać. Myślę, że nawet najgorliwszych hejterów przekonałyby do Pani, bo jeśli ktoś wobec takiego tekstu pozostanie obojętny, to albo zupełnie nie potrafi docenić dobrej literatury, albo tego zwyczajnie nie chce.

    OdpowiedzUsuń
  11. czekam na następne części. a później będę czytać jeszcze raz wszystko w całości.

    OdpowiedzUsuń
  12. Właśnie skończyłam czytać Leśną polanę... Przeczytałam ją jednym tchem. I moje pytanie - jak długo przyjdzie mi żyć w napięciu i niewiedzy co do dalszych losów bohaterów? Kiedy można spodziewać się premiery kolejnego tomu?
    Malwina

    OdpowiedzUsuń
  13. Okej, odpowiadam: drugi tom pisze się. Zaczęłam go pisać zaraz po pierwszym, tak się bałam o głównych bohaterów i mam nadzieję, że napiszę go Wam na luty.
    To znaczy Wy dostaniecie go w lutym.
    Chyba, że wcześniej zima mnie zabije, to dopiero po odwilży... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odpowiedź. Na szczęście luty już niebawem :)
      Malwina

      Usuń
  14. Pani Kasiu, stokrotne dzieki, ze opisala Pani co sie dzialo na Rakowieckej, co sie dzialo w Polsce Ludowej. Mlodzi chetnie czytaja Pani ksiazki, a w tej maja okazje dowiedziec sie o tych strasznych czasach. Po raz kolejny udowodnila Pani, ze jest wspaniala i wszechstronna pisarka. Serdecznie pozdrawiam Ewa Zakrzewska

    OdpowiedzUsuń
  15. Przeczytałam całą Leśną Polanę jednym tchem... Jest REWELACYJNA!!!
    Najgorsze jest teraz to oczekiwanie na ciąg dalszy...
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuje za tą cudowną książkę (zresztą nie tylko tą).
    Czekam z utęsknieniem na ciąg dalszy.
    Gosia

    OdpowiedzUsuń
  16. Pani Kasiu, książka świetna!!! Najgorsze teraz to czekanie na następną.

    OdpowiedzUsuń