piątek, 25 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 14...



 ...w którym Wiktor we wspomnieniach wraca do trudnej przeszłości...

Wiktor szedł Krakowskim Przedmieściem, jak zawsze oczarowany urokiem tej ulicy, zastanawiając się – trochę ze smutkiem, trochę z rozbawieniem – czy Patryk z Majką są już zalani w trupa, czy jeszcze nie. On już by chyba był. Gdy znalazł dokumenty na temat Adolfa Kuchty, i to jeszcze sprzed „kariery” na Rakowieckiej, gdy wyobraził sobie, co ta bestia wyrabiała na Wołyniu, do czego to bydlę jest zdolne, dziwił się – naprawdę się dziwił – że on i jego bracia uszli z jego łap cało. Dla „Hitlerka” chwycenie dziecka za nóżki i rozbicie mu główki o ścianę było jak szklanka bimbru na dobry koniec nocy „riezania Lachów”…
Tak, gdyby miał teraz o tym opowiadać pięknej dziewczynie, jaką była Majka Trojanowska, już byłby po kilku głębszych.
Majka Trojanowska… Ciekawe, dlaczego stanęła na jego drodze. Ognista brunetka o pięknych fiołkowych oczach i ciele modelki… Oczywiście, że wzbudziła w nim pożądanie, był przecież normalnym mężczyzną, który długo, już zbyt długo nie miał kobiety, ale Wiktor Prado potrafił panować nad pożądaniem, szczególnie gdy tak blisko, być może tuż, tuż, była miłość jego życia. Gabrysia Leszeńska. Nie poszedłby do łóżka z dopiero co poznaną kobietą, do której nie czuł nic więcej niż pociąg fizyczny, a tym bardziej nie zaliczyłby przyjaciółki Gabrieli.
Był piękny, ciepły, lipcowy wieczór. Zbliżał się do domu, w którym mieszkał jego serdeczny przyjaciel. Jeden z niewielu, jakich miał w tym mieście. Jeden z niewielu, jakich w ogóle miał.
Spotkali się po raz pierwszy, gdy Wiktor miał trzynaście lat, a bliźniaki po pięć. Tak… to wtedy wszystko się zaczęło…
Matkę Wiktora, będącą w siódmym miesiącu ciąży, prokurator Józef Kuchciński znalazł na przystanku autobusowym. Kuchciński – będąc we własnym mniemaniu przystojnym mężczyzną w kwiecie wieku – pochylił się nad zaszlochaną, zasmarkaną dwudziestoparoletnią dziewczyną o ognistej hiszpańskiej urodzie i głosem stroskanego rodzica zapytał, co się stało.
Ano rodzice kazali jej iść do gacha, który zrobił jej to dziecko. Ale ona, wysyłana przez ojca na ulicę, od kiedy skończyła szesnaście lat, nie miała pojęcia, do kogo niby miała iść!
Kuchciński uniósł jej twarz pod brodę. Miała podbite oko i spuchnięty policzek. Odwróciła twarz, zakrywając ślady pobicia bujnymi, czarnym włosami.
– Ojciec ma ciężką rękę – wymamrotała.
Dla „Hitlerka” była w sam raz. Nie musiałby już chodzić na dziwki i płacić ekstra stawek za pobicie. Miałby taką na własność i za darmo.
Przygarnął dziewczynę pod dach swej wspaniałej willi. Ta, oczarowana wnętrzami, w jakich znalazła się chyba pierwszy raz w życiu, nie protestowała, gdy zaproponował jej układ: ona tu zamieszka wraz z nienarodzonym jeszcze bękartem w zamian za ostry seks, a czasem zgodę na brutalne traktowanie.
Ostry seks to Maria Prado miała do tej pory codziennie od nocy do świtu, i to nie tylko z jednym obleśnym, spasłym dziadem, który szybko się pewnie zmęczy. Brutalnie traktowana była przez resztę czasu, bo ojciec mawiał, że jeśli kobity codziennie nie spierzesz, to się znarowi. Matka, Hiszpanka, wychowana w kulturze macho, zgodnie z której zasadami jej ojciec tak samo traktował jej matkę, dziadek – babkę, i tak od pokoleń – potakiwała swemu panu i władcy, gdy tylko ta ladacznica, ich córka, próbowała się bronić.
Warunek Kuchcińskiego wydał jej się znośny.
Urodziła ślicznego chłopczyka, którego Kuchciński usynowił i na którego nie szczędził pieniędzy, tak zresztą jak i na swoją piękną, młodą żonę.
Ale gdy doszła do siebie po porodzie i poznała, co znaczy „ostry seks” w wykonaniu męża i jak po „ostrym seksie” wygląda „brutalne traktowanie”, nie była w stanie zwlec się z łóżka przez dobry tydzień…
Służba – niańka do dziecka, sprzątaczka i kucharka – były jak trzy małpy: nie widzę, nie słyszę, nie mówię. I tak przez następne trzy lata.
Ktoś kiedyś powiedział Antkowi Leszeńskiemu, gdy ten był jeszcze w katowni na Rakowieckiej, że najgorsze jest czekanie: najpierw aż po ciebie przyjdą, a potem na pierwszy cios. Po Antka przychodzili co dwa miesiące, bo tyle czasu potrzebował na dojście do siebie po „obróbce” Kuchty, by przeżyć następną. Gdy zbliżał się ten dzień, każde uderzenie w drzwi celi kluczami, każde kroki na korytarzu sprawiały, że serce podchodziło mu do gardła. Gdy wreszcie go wywoływali, przychodziła jednocześnie ulga, że to już, i ten drugi strach: czekanie na pierwszy cios. Następne bolały tak samo, ale trzeba je było po prostu znosić do końca. Pierwszy był najgorszy.
Tak samo czekała teraz Maria Prado. Na ten dzień – zwykle raz w miesiącu, bo „Hitlerek” nie mógł przecież poddawać żony takiej obróbce jak Leszeńskiego – a potem, wyczuwała to szóstym zmysłem, słysząc, jak parkuje samochód pod domem, z jaką furią trzaska drzwiami, wiedziała, że to dziś.
Kucharka i sprzątaczka żegnały się szybko, obrzucając młodą kobietę spojrzeniami pełnymi współczucia i pogardy jednocześnie, bo żadna swojemu by na to nie pozwoliła, ona wciskała jeszcze dziecko niani, prosząc, by na noc zabrała je do siebie, po czym, zamykając za nimi tylne drzwi, powoli szła na spotkanie kata, który najpierw ją gwałcił w najbrutalniejszy sposób, jakiego nauczył się jeszcze na Kresach, a potem zaczynał „tresurę”, powoli zdejmując ciężki skórzany pas…
Kończył, gdy niemal traciła przytomność i lizała mu buty, błagając o litość.
Ale któregoś wieczoru wszystko szlag trafił. Niania się rozchorowała, dziecko płakało, Maria nie była tak potulna, jak powinna być, a może Kuchciński był bardziej pijany niż zazwyczaj:
– Zajmij się tym bękartem, suko! Albo się zamknie, albo wypierdolę go przez okno! – wrzasnął, bo choć nie wiem jak się starał, jego sflaczałe przyrodzenie nie chciało stanąć.
Maria obciągnęła sukienkę i pobiegła na górę. Trzyletni chłopczyk stał w łóżeczku i płakał, wyciągając do niej rączki. W tym momencie poczuła, że to koniec, dłużej tego nie zniesie. Poczeka, aż tamto bydlę padnie schlane na swój barłóg, zabierze synka i ucieknie, choćby pod most, byle nigdy więcej nie znosić tych gwałtów, bicia i strachu.
Usłyszała kroki na schodach.
Szedł tu.
Stanął w drzwiach.
Malec umilkł na chwilę, a potem zaczął płakać jeszcze głośniej, śmiertelnie przerażony. Kuchciński ruszył w kierunku łóżeczka, jego nalana twarz poczerwieniała, rysy zmieniły się w maskę szaleńca, oczy niemal wyszły w orbit:
– Zamkniesz mordę, ty bękarcie? – syczał, zbliżając się.
Maria skoczyła między niego a łóżeczko, zasłaniając synka własnym ciałem.
Uniósł pięść i uderzył z całej siły. Przeleciała przez pokój jak szmaciana lalka, być może już w tym momencie martwa. Suchy trzask głowy, pękającej o parapet i cisza. Martwa, przedłużająca się cisza.
Chłopczyk patrzył na leżącą z nienaturalnie odgiętą głową matkę wielkimi, przerażonymi oczami.
– Masz szczęście, gnoju, że nie jesteś starszy i nie możesz zeznawać – mruknął Kuchciński, podchodząc do ciała.
Zbyt wiele takich jak Maria miał na koncie, by musiał sprawdzać puls czy oddech. Kopnął tylko jej udo czubkiem buta i poszedł na dół wezwać pogotowie i policję.
Mały Wiktor Prado w milczeniu patrzył na ciało matki. Nie wiedział, co się stało. Jego mały, trzyletni mózg nie mógł pojąć tego, czego był świadkiem. Ale już wtedy podświadomie wiedział: „Milcz. Nie ruszaj się. Nawet nie oddychaj”…
Szanowany prokurator Kuchciński był nie do ruszenia. Nawet jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy to rzeczywiście był nieszczęśliwy wypadek, wszyscy milczeli.
A „Hitlerkowi” spodobała się instytucja bezpłatnej dziwki do bicia, lecz postanowił być tym razem nieco rozważniejszy i nieco odczekać. Wrócił więc do kawalerskich nawyków, za ciężkie pieniądze katując prostytutki. Do domu wracał najczęściej późną nocą, zupełnie pijany. Syna – który już leżał w swoim łóżeczku, nieruchomo, z rączkami wzdłuż ciała i wstrzymanym oddechem, wpatrując się wielkimi czarnymi oczami w drzwi – nie widywał do tego stopnia, że w ogóle o nim zapomniał. Kucharka Wiktora karmiła, sprzątaczka prała mu ubranka.
O istnieniu dziecka przypomniał sobie ze zdziwieniem, dopiero gdy przyszło wezwanie ze szkoły: jego syn powinien w tym roku rozpocząć naukę.
Kuchciński nagle wytrzeźwiał. Wpadł do pokoju dziecka, które zesztywniało z przerażenia, i długą chwilę mu się przyglądał. Szczupły, czarnowłosy, czarnooki chłopak, nieco smagły, po matce – niech ją szlag…
– Wstań! – warknął.
Wiktor poderwał się i stanął przed ojczymem, próbując powstrzymać drżenie nóg i szczękanie zębami.
– Od września idziesz do szkoły – zaczął Kuchciński. – Za złe oceny – wpierdol. Za bijatyki – wpierdol. Za uwagi i skargi od nauczycieli – wpierdol. Nie chcę mieć z tobą żadnych kłopotów, bękarcie. Rozumiesz?
Chłopiec kiwnął głową.
I na rok Kuchciński znów mógł o nim zapomnieć, ale pomyślał, że czas na nową żonę, która dopilnuje i tego smarkacza, i służby, a przy okazji pozwoli się tak wytresować jak matka Wiktora. Bo to okładanie dziwek już mu się znudziło…
Jak na zamówienie napatoczyła się blondynka z wielkim brzuchem, zaszlochana i zasmarkana tak jak poprzednia, którą ponownie pan prokurator serdecznie się zaopiekował . Nie zawierał z nią tym razem żadnych układów, bo mogłaby się komuś wygadać, wziął ją czym prędzej za żonę, bliźniakom, które urodziła dwa miesiące później, dał swoje nazwisko i stopniowo zaczął wdrażać „tresurę”.
– Wiesz, że mam gwałtowny charakter – tłumaczył potem szlochającej żonie, którą razy po pasie czy sznurze od żelazka paliły żywym ogniem, i kupował na przeprosiny a to bransoletkę, a to ładny wisiorek…
Agnieszka – bo tak miała na imię jego druga ofiara – przez pięć lat poznała swoją rolę i pogodziła się z nią. Wpieprz raz na miesiąc to niewielka cena za uniknięcie powrotu na wieś, w grzechu i sromocie, z dwójką bękartów. A Kuchciński, co by o nim nie mówić, na ciuchy dla niej i dzieciaków nie żałował, błyskotki kupował, a po którymś razie, gdy naćpał się viagry i gwałcił ją dobrych kilka godzin, nawet samochód jej kupił. Ona następnego dnia spakowała do tego samochodu wszystkie cenne rzeczy, biżuterię, ciuchy, srebrną zastawę, kilka obrazów – tylko synów zostawiła – i… tyle ją widziano.
Gdy Kuchciński wrócił wieczorem do domu, przywitała go wściekła niańka, bo musiała zostać po godzinach z trójką bachorów, owa trójka bachorów i krótki liścik od żony: „Odchodzę, ty zboczeńcu. Za mało płacisz za takie »zabawy«. Nie próbuj mnie szukać.”
Kuchciński zapłacił niańce, by została na noc, a sam poszedł w miasto się upić i zastanowić, co dalej. Mógłby znaleźć tę dziwkę, wpieprzyć jej tak, że rodzona matka by gówniary nie poznała, dzieciaków się wyrzec, najstarszego oddać do sierocińca, ale… przyszedł mu do głowy genialny plan.
Dziwka mogła się poskarżyć alfonsowi, kobieta pójść na policję, to zawsze jest jakieś ryzyko. Lecz małe, bezbronne, zastraszone dziecko…? Ofiara idealna!
„Byle nie przesadzić, Józefie Kuchciński, byle nie przesadzić!” – upomniał się w duchu, wracając taksówką do domu.
Noc była jeszcze wczesna. Niańkę, oglądającą jakiś durny serial, zwolnił, dając jej sutą odprawę i… zaczął nasłuchiwać. Z pokoju na górze dochodziły głosy dzieci. Wiktora nie było słychać. Zaszył się w swoim pokoju, zupełnie nieświadomy bestii, która właśnie wchodzi na górę, i uczył się do klasówki, by broń Boże nie zarobić trójki. Nagle bliźniacy, którzy jak zwykle dokazywali przed snem, umilkli. Wiktor uniósł oczy znad książki.
Kuchciński stał w drzwiach pokoju dzieci i patrzył to na jednego niebieskookiego blondynka, to na drugiego. Byli tak podobni do siebie, a on tak rzadko ich widywał, że nie wiedział, który to właściwie Marcin, a który Patryk.
Nagle chwycił tego, który był bliżej, za przód piżamki i uniósł w górę niczym szczenię. Dzieciak z przerażenia zachłysnął się własnym oddechem. Kuchciński potrząsnął nim tak, jakby chciał wytrząść z niego duszę. Dziecko zbladło śmiertelnie, po nodze popłynął mocz.
– Oż ty skurwysynu, obeszczałeś mnie… – zaczął, purpurowiejąc na twarzy.
Drugi dzieciak rzucił się bratu na pomoc. Odkopnął go jak psa. Ten, którego miał w garści, zaskowyczał i zawisł nieprzytomny niczym szmaciana lalka. Potrząsnął nim ponownie. Jasnowłosa główka kiwała się na wszystkie strony. Och, jak by się chciało…
– Zostaw dziecko, bandyto, bo w nocy poderżnę ci gardło – usłyszał nagle za plecami.
Odwrócił się powoli, nadal trzymając nieprzytomnego chłopczyka w powietrzu.
Wiktor stał w drzwiach z nożem w ręku i czystą nienawiścią w oczach.
– Coś ty powiedział, bękarcie? – wycedził Kuchciński.
Tamten milczał. Nagle stanął u jego boku drugi chłopczyk, trzymając w drżącej rączce dziecięce nożyczki do cięcia papieru.
– Zostaw Marcinka, bo… bo… – Patryk chciał powtórzyć za Wiktorem, ale głos mu się załamał.
Kuchciński upuścił dziecko tuż przed nimi. Upadło nieprzytomne.
– Pod łóżko! – warknął Wiktor do Patryka. – Zabieraj go pod łóżko i ani drgnij.
Cały czas trzymając ojczyma na wyciągnięcie noża, nogą wepchnął odzyskującego świadomość Marcina pod łóżko, a Patryk wciągnął go głębiej.
Uderzenie spadło tak nagle i było tak silne, że Wiktor nie był w stanie się obronić. Ręka trzymająca nóż po prostu pękła. Chłopiec zawył z bólu i natychmiast przygryzł wargę do krwi, by milczeć. Następne było z pięści, na odlew. Cisnęło nim przez cały pokój. Rąbnął głową w kaloryfer i stracił przytomność. Patryk, skulony pod łóżkiem, zatkał sobie usta dłonią, by nie krzyczeć, ale i tak wydobył się z nich cichy skowyt.
Kuchciński podszedł do najstarszego syna, uniósł jego zakrwawioną głowę za włosy, trzepnął wierzchem dłoni w twarz, a widząc, że ten unosi powieki, powoli zaczął odpinać pas.
– Słuchaj, bękarcie – zaczął półgłosem – rozumiesz mnie?
Wiktor kiwnął głową.
– Zawrzemy układ. Co jakiś czas, ty niewdzięczny sukinsynu, za to że podniosłeś nóż na swojego ojca, który cię wychował, a mógł oddać do bidula, który cię karmi i ubiera od trzynastu lat, dostaniesz wpierdol. Tak profilaktycznie, żeby ci nigdy coś podobnego do głowy nie przyszło. Jeżeli kiedykolwiek komukolwiek o tym powiesz, tobie przytrafi się nieszczęśliwy wypadek, zupełnie jak twojej matce, a ja… ja będę miał jeszcze dwóch synów, żeby ich dobrze wychować.
– B-bij mnie, tylko zostaw dzieci – wyszeptał Wiktor, ledwo co widząc przez zalewane krwią oczy, ogłuszony bólem złamanej ręki i rany na głowie.
– Tamtych bękartów nie tknę, dopóki będę miał ciebie. Zgoda, bohaterze?
Wiktor kiwnął głową.
I znów uderzenie spadło nań tak nagle, że nie potrafił powstrzymać krzyku. Ale gdy dostał pasem po raz drugi, i kolejny, i następny… już nawet nie jęknął.
Leżał na boku, okładany bez litości, patrząc w ogromne z przerażenia oczy braci, skulonych pod łóżkiem. Patrzył na ich łzy, płynące po policzkach. Na rączki, które przygryzali, żeby nie krzyczeć, i dawał im – po raz pierwszy, ale nie ostatni – bezgłośny rozkaz: „Milczcie. Ani drgnijcie. Musimy to wytrzymać”.
Dopiero kopnięcie w złamaną rękę przyniosło oślepiający ból i ulgę nieistnienia. Zemdlał.
            – Proszę pana, proszę pana, potrzebna nam pomoc!
Przysypiający taksówkarz poderwał głowę.
Obok samochodu stało dwóch umazanych krwią malców, podtrzymujących pod pachy chwiejącego się na nogach, zalanego krwią od stóp do głów nastolatka. Do głowy przyciskał ręcznik czy jakąś ścierkę, ale to nie powstrzymywało krwotoku.
Taksówkarz wyskoczył z samochodu.
– Nasz brat miał wypadek, proszę nam pomóc – jęczał jeden z blondynków.
– Jezu, Chryste… wezwę karetkę. Albo… chrzanić to, i tak miałem myć tapicerkę. Wskakujcie do środka…
– Ale my nie mamy pieniędzy…
– Wskakujcie, mówię, a ty, chłopcze, ej, dzieciaku, co z tobą?! – Chwycił Wiktora na ręce, bo nogi się pod chłopakiem zaczęły uginać, i położył na tylnym siedzeniu.
Jeden z malców usiadł obok niego, nie wypuszczając dłoni brata z małych, drżących rączek, i błagając go cicho, by nie umierał. Drugi, poruszający się jak otępiałe zwierzę, z mokrą plamą między nogami, usiadł z przodu.
Mężczyzna ruszył z piskiem opon. Nie miał pojęcia, jakim cudem troje zakrwawionych dzieci pęta się po ulicy w środku nocy, ale wiedział, że musi zawieźć je do najbliższego szpitala.
Zaparkował gwałtownie na podjeździe, chwycił Wiktora na ręce i ruszył przez szpitalny korytarz, krzycząc:
– Mam dziecko po wypadku, niech mi ktoś pomoże!
Natychmiast się koło niego zakrzątnięto, zapominając o dwojgu młodszych. Ale oni nie zapomnieli o bracie. Skulili się na najdalszym i najciemniejszym rogu sali, do której go przewieziono. Patrzyli, jak pielęgniarki obcinają mu włosy, jednocześnie tamując krwawienie, a jakiś mężczyzna próbuje unieruchomić złamaną rękę. Taksówkarz, który złożył skąpe wyjaśnienia, bo przecież niewiele wiedział, zajrzał jeszcze do pokoju, rzucił:
– Trzymaj się, chłopcze – i odszedł.
Lekarz pochylił się nad Wiktorem, sprawdził reakcję źrenic na światło i powiedział:
– Jestem doktor Braniewski, jak masz na imię?
– Wiktor – odszepnął.
– Co ci się stało? I nie próbuj ściemniać z wypadkiem. Te pręgi, jakie masz na ramionach i plecach…
– Zostałem napadnięty i pobity – znów ten cichy szept.
– Przez kogo? Kolegów? Kogoś ze szkoły? Znasz ich? Im szybciej powiemy policji, kto ci to zrobił, tym szybciej ich złapie.
– Nie wiem, kto to był. Nie widziałem ich. Narzucili mi worek na głowę i pobili.
Lekarz patrzył nań w milczeniu. Chłopak błagał wzrokiem, by dał mu już spokój.
Patryk i Marcin chłonęli każde słowo brata. Mieli po pięć lat, ale w ten jeden wieczór nagle dorośli. Gdy Tamten – od tej pory będą go tak nazywać – wreszcie z Wiktorem skończył, zszedł na dół, zamknął się w swoim pokoju i po chwili usłyszeli jego chrapanie, wypełzli spod łóżka i z brzuchami przy podłodze, niczym dwa przerażone szczeniaki, dotarli do brata. Patryk ukląkł, położył sobie jego głowę na kolanach i – ocierając rękawem piżamki krew z twarzy Wiktora – błagał go szeptem:
– Nie umieraj, Wikuś. Proszę cię, nie umieraj…
Marcin, sam w szoku po tym, co przeżył, bez słowa, niczym poruszana dłońmi lalkarza marionetka, poszedł do łazienki i wrócił z ręcznikiem. Owinęli nim krwawiącą głowę Wiktora.
– Musimy go zawieźć do szpitala – rzekł nieswoim głosem. Nie było w nim żadnych uczuć, może oprócz czystego przerażenia.
Wiktor podniósł się na kolana, wspierając zdrową ręką. Szok sprawiał, że tej złamanej jeszcze nie czuł.
– Wikuś nie umieraj… Nie zostawiaj nas… – Patryk ze szlochem wtulił się w brata. Marcin objął ich obu i tak trwali, płacząc cicho.
Nagle Wiktor odsunął nieco braci, otarł łzy i zaczął głosem twardym i pełnym nienawiści:
– Posłuchajcie mnie, maluchy. Nikt nie może się dowiedzieć, co tu się stało. Nikt. Bo Tamten mnie zabije, a potem weźmie się za was. Gdy trochę dorosnę, na tyle, że będę mógł przerwać szkołę, ucieknę…
Młodsi bracia zesztywnieli z przerażenia.
– Z-zostawisz nas? – wyjąkał Marcin.
– Nigdy was nie zostawię – powiedział tym samym twardym tonem dorosłego mężczyzny, który bierze właśnie odpowiedzialność za dwie bezbronne istoty. – Nigdy nie zostawię was na pastwę tego bandyty. Zabiorę was ze sobą tam, gdzie nas nie znajdzie. Przyrzekam.
Patryk znów przylgnął do jego ramienia, składając w swoim pięcioletnim serduszku taką samą obietnicę, jaką składał w tej sekundzie Marcin: „A my nigdy cię nie zawiedziemy”.

cd za 2 tygodnie

5 komentarzy:

  1. Jestem zszokowana rozwojem wydarzeń. Z sercem w gardle pochłanialam odcinek 😯
    każda następna Pani powieść coraz to lepsza😍

    OdpowiedzUsuń
  2. "Leśna polana" czeka już na mnie w księgarni, tylko odebrać. Pozdrawiam i dziękuje za kolejną książkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam już książkę, ale wracam do odcinków z przyzwyczajenia, bo lubię czytać na blogspot.Czekam na następny odcinek. Leśna Polana super opowieść. 📚👍😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Dawno się tak nie popłakałam :( mam nadzieję,że dalej będzie jednak nieco lżej...

    OdpowiedzUsuń
  5. Pani Kasiu, Opisy z Rakowieckiej jakos udalo mi sie przeczytac bez placzu, chociaz bylo ciezko ale tego odcinka juz nie dalo rady, ryczalam jak bobr. Ksiazka wspaniala. Serdecznie pozdrawiam Ewa Zakrzewska

    OdpowiedzUsuń