piątek, 9 grudnia 2016

Leśna Polana Odcinek 15...



 ...w którym poznajemy dalszą część historii trzech braci Prado widzianą oczyma jednego z nielicznych przyjaciół Wiktora...

Wiktor zatrzymał się przed jedną z kamieniczek na Karowej i spojrzał w okna na pierwszym piętrze. Przez zasłony przeświecał ciepły blask. Może jeden z nielicznych przyjaciół Wiktora był w domu i miałby ochotę na pogawędkę? Sięgnął po telefon. Już po pierwszych słowach wyzbył się wątpliwości…
– Wiktor! Stary druhu! Jak dobrze, że dzwonisz! Już miałem sam to zrobić i zapytać, kiedy wpadniesz do Polski, no i do nas!
– Dobrze słyszeć uśmiech w twoim głosie, Janku – odparł. – Prawdę mówiąc, jestem nie tylko w Polsce, ale przed waszą kamienicą i patrzę w twoje okna z nadzieją, że zaprosisz mnie na herbatę.
– Genialnie! Wpadaj! Jola właśnie wyjmuje z piekarnika szarlotkę, a ty uwielbiasz szarlotkę! Zupełnie, jakby się ciebie spodziewała…
– Telepatia – usłyszał stłumiony kobiecy głos i śmiech. – Niech spróbuje odmówić zaproszenia na moje ciasto…
– Gdzieżbym śmiał – odparł i już po chwili przekraczał próg niewielkiego, ale niezwykle przytulnego mieszkanka doktorostwa Braniewskich.
Jola – która nie wyglądała na swoje pięćdziesiąt pięć lat, szczupła, uśmiechnięta, jasnowłosa i pachnąca wanilią – objęła Wiktora serdecznie i ucałowała po matczynemu. Dobrze było przytulić się do kobiety, która kochała cię właśnie jak syna…
– Przepraszam, że przychodzę z pustymi rękami, ale musiałem nagle wyjść i pomyślałem…
– Błagam, Wiktorku, znamy się tyle lat, tyle razem przeszliśmy, że nie musisz przynosić ani kwiatów, ani wina, wystarczy, że ty sam tu jesteś. No, jedynie wizyta całej waszej trójki sprawiłaby nam większą radość, a gdybyście przyprowadzili jeszcze swoje dziewczyny, czy żony i dzieci…
– Na to się nie zanosi – odparł Wiktor, wchodząc do pokoju, gdzie pośrodku stołu królowało pięknie pachnące ciasto.
– Kiedyś się zaniesie, zobaczysz i nagle będziemy mieć tutaj całą wielką czeredę Pradziątek – zawyrokował doktor Braniewski. Jego żona roześmiała się.
– Dla ciebie, Wikuś, jak zwykle herbata z pomarańczą i cynamonem czy masz ochotę na coś z prądem?
– Herbata. Dziś niestety na mnie przypadł wieczór abstynencji, ale wy się nie krępujcie.
Wreszcie wszyscy troje usiedli przy stole, Jola nałożyła każdemu po solidnej porcji ciasta z kulką lodów waniliowych i łyżką bitej śmietany, doktor nalał sobie kieliszeczek domowej wiśniówki, westchnął z ukontentowania i rzekł:
– Opowiadaj: co u ciebie, co u was?
– Jak na Zachodzie: bez zmian. Praca, praca, praca… Nic ciekawego – odparł Wiktor.
Doktor przyjrzał mu się uważnie.
– A jednak coś się zmieniło. Masz… inne spojrzenie.
Wiktor uśmiechnął się lekko.
– Bardziej zmęczone?
– Przeciwnie. Nie tak pełne beznadziei, jak zazwyczaj.
– Dzięki, przyjacielu, za szczerość – żachnął się, ale bez złości.
Doktor Braniewski miał rację. Leśna Polana i znaleziony na ławce pod lipą pierścionek, potem spotkanie przyjaciółki Gabrysi, która najwyraźniej miała sporo do opowiedzenia – tak, to obudziło w sercu tego samotnego do bólu mężczyzny maleńki promień nadziei. Czyżby aż tak widoczny?
– Przypadkiem, chociaż nie wierzę w przypadki, wskrzesiłem demony przeszłości – zaczął. – Właśnie Patryk opowiada o naszych tajemnicach kobiecie, która pojawiła się nie wiadomo skąd, ale wiadomo, w jakim celu: żeby kupić Leśną Polanę w imieniu albo dla Gabrieli. Prawdę mówiąc, nie wiem jeszcze, jaka jest jej rola w tym wszystkim. Wiem tylko, że ta kobieta stoi po mojej stronie barykady. Też pragnie, by Gabrysia była szczęśliwa, więc…
– Więc nadal Gabriela Leszeńska… żadna inna… – odezwał się cicho doktor, po czym ujął dłoń swojej żony, z którą był od ponad trzydziestu lat i ucałował. Pogłaskała go po policzku.
Wiktor patrzył na ten krótki, spontaniczny gest czułości i wiedział, że z nimi – Gabrielą i Wiktorem – byłoby tak samo. Kochaliby się mimo upływu lat, bez względu na wszystko i wszystkich, gdyby nie życiowe przekleństwo Wiktora, jego braci, ojca Gabrieli i wreszcie jej samej: Adolf Kuchta vel Józef Kuchciński.
Doktor Jan Braniewski już wtedy, pierwszego dnia, czy raczej nocy, gdy nakładał szwy na rozciętą głowę Wiktora, rozpracował go bezbłędnie. Poprosił pielęgniarki, by zajęły się dziećmi, sprawdziły, czy nie mają żadnych obrażeń, umyły je i przebrały w czyste ubrania, bo Patryk i Marcin nadal kulili się w zakrwawionych piżamkach. Posłali Wiktorowi przerażone spojrzenie. A jeśli ich zabiorą na zawsze? Rozdzielą?
– Nie zostawię was – odezwał się słabym głosem, bo ból ręki mimo podanych leków stawał się nie do zniesienia. – Panie umyją was i przebiorą, a potem przyprowadzą z powrotem, prawda, doktorze? – spojrzał twardo w oczy lekarzowi.
Ten uniósł lekko brwi ze zdumienia – ledwo przytomny trzynastolatek, a jeszcze ma siłę się stawiać? – ale odrzekł poważnie:
– Tak właśnie będzie.
Gdy zaś w gabinecie pozostali we dwóch…
Lekarz nagle podwinął rękaw zielonego kitla, wysoko, że widać było bark i kawałek pleców. I dwie blizny sprzed wielu lat.
– Mnie też kiedyś raz na jakiś czas napadali nieznani sprawcy i bili. Bili dotąd, najchętniej używając kabla do magnetofonu, bo ciął skórę do krwi, aż zaczynałem błagać o litość – zaczął cicho, patrząc Wiktorowi prosto w oczy. – Za to zostawiali w spokoju moją siostrę. Taka była umowa: znęcają się nade mną, za to trzymają łapy z daleka od mojej młodszej siostry. Jesteś jednym z nielicznych ludzi na tym świecie, a na pewno pierwszym dzieciakiem, któremu to mówię. Ja chroniłem siostrę, ty chronisz braci?
Oczy Wiktora mimowolnie napełniły się łzami. Kiwnął głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Powinien zaprzeczyć, wiedział, że wiele ryzykuje – jeśli ten doktor poleci na policję…
Jan Braniewski jakby czytał w jego myślach:
– Tak, powinienem to zgłosić policji, ale ja swego czasu usłyszałem: „spróbuj choć pisnąć, bękarcie, i będziesz miał wypadek, a wtedy ja zajmę się nią…”. Ty usłyszałeś coś podobnego?
Wiktor ponownie zdobył się na przytaknięcie. Opuścił głowę. Dwie łzy skapnęły mu na posiniaczone kopniakami Tamtego kolana.
– Posłuchaj, Wiktor – doktor Braniewski zmusił go do spojrzenia w oczy. – Dam ci dzisiaj trochę pieniędzy, kupisz niedrogi aparat fotograficzny, zaczniesz robić zdjęcia wszystkich ran, sińców, złamań, tego, co nieznani sprawcy jeszcze w przyszłości ci zgotują. Musisz zbierać dowody, rozumiesz? Ukryj te zdjęcia tak, by nikt – oprócz twoich braci – nigdy ich nie znalazł. One kiedyś się wam przydadzą, choćby wtedy, gdy skończysz osiemnaście lat i wystąpisz o prawo do opieki nad braćmi, rozumiesz?
Osiemnaście lat… Boże, jak on przetrwa pięć lat katorgi…?! Doktor musiał zobaczyć panikę w jego oczach, bo położył mu ręką na ramieniu i uścisnął lekko, mimo że wiedział, iż zadaje tym chłopcu ból.
– Nie jesteś sam. Wiem, przez co przeszedłeś i przez co jeszcze przejdziesz, jeśli zdecydujesz, że to będzie dla was lepsze niż pobyt w domu dziecka…
– On nigdy nie odda Patryka i Marcina do domu dziecka – wyszeptał Wiktor. – Pozbędzie się mnie i zacznie znęcać się nad nimi. Dlatego się nami zajmuje, mimo że nie jest naszym ojcem: żeby mieć bezwolne, bezradne ofiary.
Doktor zmrużył lekko oczy i zacisnął szczęki, czując, jak wypełnia go dawna nienawiść. Gwałtownym gestem sięgnął po receptariusz, przystawił swoją pieczątkę.
– Tutaj masz mój telefon służbowy. A tutaj – zaczął szybko pisać na odwrocie –prywatny. Naucz się obu na pamięć i naucz swoich braci. Gdyby coś się stało, gdybyś potrzebował pomocy, zadzwoń bez względu na porę. Na tym podłym świecie są jeszcze ludzie, nie tylko bestie, Wiktor. Trzeba w to wierzyć…
Tak zaczęła się niezwykła przyjaźń trzynastolatka i trzydziestoletniego lekarza z bielańskiego szpitala, która trwała do dziś. To u Jana Braniewskiego zatrzymali się tej pierwszej, strasznej nocy po ucieczce, to doktor – obcy człowiek – wystąpił do sądu o odebranie Józefowi Kuchcińskiemu władzy rodzicielskiej i ustanowienie jego, Jana Braniewskiego, opiekunem prawnym chłopców, dopóki Wiktor nie będzie mógł przejąć tej opieki. Sąd obejrzawszy „album rodzinny”, czyli dowody na nieludzkie znęcanie się Kuchcińskiego nad najstarszym synem, nie czynił żadnych trudności. Zmieniono im też nazwisko na to, które nosiła kiedyś matka Wiktora: Prado.
Sprawa o znęcanie się powinna pójść oczywiście do prokuratury, ale że kruk krukowi oka nie wykole, a poszkodowany nie złożył doniesienia…
            – Hej, Wiktor, herbata całkiem ci wystygnie! – Doktor pomachał mu przed nosem ręką. – Za głęboko zapadłeś się w tę przeszłość.
– I lody się rozpłynęły – dodała żałośnie Jola Braniewska.
– Przepraszam – odezwał się skruszonym tonem. – Rzeczywiście przypomniałem sobie nasze pierwsze spotkanie. Do dziś dnia dziękuję Bogu, że postawił ciebie na naszej drodze. Nie wiem, co bym zrobił tamtej nocy, gdy zostaliśmy zdani sami na siebie: ledwo żywy nastolatek z poszarpanym ramieniem i dwójką przerażonych dzieciaków…
– Ja ci jedynie parę razy szyłem „niegroźne zadrapania” – odrzekł doktor. – Poszarpane ramię tu, na tym stole. Dzielnie to zniosłeś. – Obaj uśmiechnęli się na tamto niewesołe przecież wspomnienie.
– Oprócz tej „niewielkiej przysługi” odebrałeś Kuchcie władzę rodzicielską i załatwiłeś mi lewy dowód – przypomniał Wiktor.
– To ostatnie było naprawdę drobnostką. – Braniewski machnął ręką. – Mam wielu szemranych, ale wdzięcznych pacjentów. – Nagle spoważniał. – Ty zrobiłeś dla nas o wiele więcej, Wiktor. Tak więc Bóg wie, kogo stawiać na czyjej drodze…
Znów sięgnął po rękę żony i ją ucałował. Ona zaś tym razem pogładziła po policzku Wiktora.
Kilka lat temu wykryto u niej rzadki rodzaj właściwie nieoperacyjnego nowotworu. Tylko jedna klinika na całym świecie zgodziła się podjąć próbę jego usunięcia. Oczywiście bez gwarancji, że zabieg okaże się skuteczny i nie nastąpi nawrót. I oczywiście za kwotę, której doktor Braniewski nie byłby w stanie uzbierać przez całe swoje życie. Wtedy… wtedy zadzwonił do Wiktora i łamiącym się głosem poprosił o pożyczkę.
– Jola… moja Jola umiera, Wiktor, a ja mogę tylko trzymać ją za rękę…
– Ile potrzebujesz? – Wiktor, którego firma Prado Ltd. wtedy już obracała nieruchomościami wartymi krocie, był konkretny.
– Milion dolarów. Może więcej.
– Umawiaj tę operację.
– Ale Wiktor… ja nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł zwrócić ci choćby część tej pożyczki.
– To nie jest pożyczka, doktorze Braniewski – odparł powoli i dobitnie – tylko spłata choć części długu, jaki mam u ciebie. Jak najszybciej wysyłaj Jolę na operację, ja proszę o numer konta i kwoty, jakie mam na nie przelewać – dodał już serdeczniejszym tonem.
– Dziękuję… – zaczął doktor, ale Wiktor nie mógł znieść jego podziękowań. Dla niego to były tylko pieniądze, doktor razem z Jolą dla nich trzech: Wiktora, Patryka i Marcina, zrobili znacznie więcej, niż wypisali czek.
– Tracisz czas na podziękowania, przyjacielu – przerwał mu – a Jola tego czasu zbyt wiele nie ma.
Dzisiaj, siedząc w ich kuchni z nieruszoną szarlotką na talerzu i wystygłą herbatą, przytrzymał rękę kobiety, która pogładziła go po policzku, i ucałował ją. Operacja się udała. Do dziś nawrotów nie było. Jola żyła i miała żyć, i tylko to się liczyło.
Rozluźnił napięte ramiona – powroty do przeszłości zawsze były bolesne – i zajął się szarlotką, aż przymykając oczy z rozkoszy.
– Boże, jak ja marzyłem o domowym cieście… – wymruczał, gdy gospodyni, zadowolona z zasłużonych pochwał, stawiała przed nim filiżankę z nową, gorącą herbatą.
– Masz dwa wyjścia, kolego – odezwał się tym samym, rozmarzonym tonem Braniewski – ożenić się albo nauczyć się piec szarlotkę własnoręcznie.
– A znasz sposób, jak szybko wysłać na tamten świat pewnego bydlaka? – odparł pytaniem Wiktor.
– Mnie, lekarza, o to pytasz?! – zaśmiał się Braniewski. – Ale, wybacz, kolego, w tym ci nie pomogę. I to nawet nie ze względu na sumienie, bo wyświadczylibyśmy światu przysługę i wymierzyli sprawiedliwość, ale zgładzilibyśmy bestię, a odpowiadali jak za człowieka. Ile ten stary ubek ma lat? Dziewięćdziesiąt?
– Coś koło tego…
– Że też go w końcu piekło nie pochłonie. Tylu dobrych ludzi odchodzi przedwcześnie, a bydlę, co powinno już dawno wisieć, jeśli istniałaby na tym świecie jakaś sprawiedliwość, nadal życia się trzyma…
– Nienawiści się trzyma, nie życia – mruknął Wiktor, nagle straciwszy apetyt. – Nienawiści do mnie i do Leszeńskiego. Obiecał sobie, że napluje na jego grób i będzie żył dotąd, aż pan Antoni podda się pierwszy.
– To jest chore. – Jola pokręciła głową.
– Tego, co wyrabiała bestia zwana „Hitlerkiem” i jemu podobni, nie da się opisać słowem „chore”. Nawet „zwyrodnialec” brzmi za łagodnie – odparł jej mąż. – Czytałem niedawno książkę o oprawcach z X Pawilonu i wiem, co mówię. Że też wam obu – tobie, Wiktor, i Leszeńskiemu – udało się wyrwać z jego łap. Za taki wyczyn musi was nienawidzić…

c.d. za 2 tygodnie...

6 komentarzy:

  1. Za krótki jakiś ten odcinek☺nie doczekam się następnego☺

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla przypomnienia dla mnie super. X Pawilon książkę tą posiadam w swojej biblioteczce,przeczytałam. Polecam. 😘🐅📚

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na kolejny odcinek i kolejne 😍😍😍

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo podoba mi się ta powieść .Trafiłam na nią przypadkiem szukając w necie powieści w odcinkach ,dużo podróżuję i lubię czytać .Na Mikołajki kupiłam 2 egzemplarze dla przyjaciółek sama będę czekała na kolejne odcinki .Tylko ze ten był zbyt krótki .

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam z niecierpliwością na więcej. ;) Kolejni fajni bohaterowie dołączyli do powieści. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. jakiś krótki ten odcinek. ale jeszcze troszkę i przeczytam całość, gdyż książkę zamówiłam pod choinkę :)

    OdpowiedzUsuń