piątek, 23 grudnia 2016

Leśna Polana Odcinek 16...


...w którym poznajemy historię przeszłości trzech braci do końca.
 
Słysząc ostatnie słowa doktora, Wiktor uśmiechnął się lekko, ale oczy mu pociemniały na wspomnienie tamtego wieczoru. W takie właśnie oczy najstarszego syna, który właśnie kończył szesnaście lat – czarne, pełne nienawiści – patrzył wtedy jego ojczym, który po parszywym dniu wszedł do domu, by się wyżyć. Już po drodze na górę wyrwał z gniazdka kabel od telefonu, długi i cienki jak drut. Owinął go sobie dookoła ręki, tak jak lubił.
„Dwa młodsze bękarty siedzą już pewnie pod łóżkiem i robią w gacie… – myślał. – Trzeba zacząć i z nich robić prawdziwych mężczyzn. Może by tak złamać umowę i zabrać się za któregoś z nich? Najstarszemu przywali się z pięści, aż ten przeleci przez pokój i osunie się po ścianie. Potem wyciągnąć spod łóżka któregoś z młodszych, jak za starych, dobrych czasów na Ukrainie i…”
Wiktor czekał w swoim pokoju, napięty do granic wytrzymałości. „Najgorsze jest oczekiwanie na dzień, w którym to nastąpi, a potem na pierwsze uderzenie” – nie wie, gdzie przeczytał to zdanie. Dziś przyszedł ten dzień. Teraz jeszcze pierwszy cios i trzeba będzie po prostu znieść następne, aż któreś uderzenie pozbawi go przytomności, ciskając w błogosławiony niebyt.
Nagle zesztywniał jeszcze bardziej.
Adolf Kuchta, „Hitlerek” – bo Wiktor tak i tylko tak go nazywał – zatrzymał się wcześniej. Drzwi do pokoju bliźniąt, które już na pewno siedziały ukryte pod łóżkiem, huknęły o ścianę. Wiktor poderwał się na równe nogi. Do środka wpadł tak gwałtownie, że niemal zbił Tamtego z nóg.
Stali naprzeciw, wpatrzeni w siebie z taką samą nienawiścią i żądzą mordu w oczach. Wielki jak byk i wciąż jeszcze jak byk silny Kuchciński z kablem owiniętym wokół dłoni i niewysoki jak na swoje szesnaście lat, tak szczupły, że niemal chudy chłopak, niemający pod ręką niczego, czym mógłby obronić siebie i dzieci.
– Obiecałem ci kiedyś… – zaczął Wiktor takim tonem, że nawet Tamten mimo woli poczuł się nieswojo – …że jeśli choć tkniesz Patryka albo Marcina, zabiję cię. Ja, jak wiesz, dotrzymuję innej obietnicy, pozwalając się katować od trzech lat. Tej też dotrzymam.
Kuchciński popatrzył na chłopaka z mieszaniną politowania i… zadowolenia. Bo dzisiaj, tak jak trzy lata temu, gdy Wiktor postawił mu się po raz pierwszy, będzie mógł znowu mu pokazać, kto tu rządzi.
– Takiś mocny, że własnemu ojcu szlachtowaniem grozisz? – Aż mlasnął z ukontentowania na myśl o tym, co się zaraz stanie.
– Nie jesteś moim ojcem! – wycedził w odpowiedzi Wiktor i zmrużył oczy, gotów na pierwszy cios.
Ale… ten nie nastąpił.
Kuchciński odwrócił się na pięcie i zszedł na parter. Wiktor, drżąc z napięcia na całym ciele, czekał z czym wróci.
Z nożem?
Chryste, żeby tylko dzieci nie widziały!…
– Uciekajcie do mojego pokoju – syknął. – Natychmiast!
Chłopcy wypełzli spod łóżka i spojrzeli na brata niczym dwa złapane w sidła zające. Serce mu pękło na ten widok.
– Z-zostaniemy z tobą – wyjąkał Patryk, mimo że oczy wychodziły mu z orbit z przerażenia.
Kuchciński zaczął wchodzić na górę.
– Do mojego pokoju! – syknął Wiktor. – I pod łóżko!
Ledwo umknęli, gdy Tamten stanął powtórnie w drzwiach sypialni. W ręku nie miał noża ani kabla, co Wiktor od razu dostrzegł. Za to miarowo uderzał o udo pięciopalczastym pejczem. Kopnięciem zamknął za sobą drzwi. Wziął zamach. Wiktor ukrył odruchowo głowę w ramionach i w następnej sekundzie… pięć haków wplecionych między rzemienie wbiło mu się w ramię i przeorało mięśnie. Zawył z bólu tak strasznego i tak nieoczekiwanego, jak jeszcze nigdy.
I nagle poczuł, że coś, co wzbierało przez wszystkie te lata, eksploduje w jego duszy i sercu. Ziarno nienawiści, wściekłości, furii, rozpaczy, bezradności wreszcie pęka i nagle on, Wiktor, widzi siebie, swoje ręce, w tym jedną ociekającą krwią, jak rzucają się Tamtemu do gardła, ale „Hitlerek” jest na to przygotowany. Cios w skroń zbija chłopaka z nóg. Tamten myśli, że zabawa dopiero się zaczyna i nawet nie wie, jak szybko się skończy i kto tu zabawi się ostatni.
Wiktor przygotowywał się do tego dnia – wiedząc, że kiedyś nastąpi – od trzech lat. Potajemnie chodził na kursy samoobrony, organizowane bezpłatnie przez Dom Kultury. Teraz leżał półprzytomny z szoku i bólu, ale mózg pracował mu jasno jak jeszcze nigdy.
„Gdy przeciwnik ma przewagę siłową, ty musisz być szybszy i bardziej zdeterminowany. Jest parę punktów na ciele człowieka… cios w któryś z nich może ci dać szansę…” – wspomnienie spokojnych słów instruktora sprawia, że czas zwalnia.
Tamten staje nad Wiktorem i unosi dłoń z pejczem, by uderzyć powtórnie. Wiktor z całej siły kopie go w jądra i nagle… to Tamten jest na kolanach, tamten wyje z bólu. Chłopak podrywa się na równe nogi. W jego żyłach płynie czysta adrenalina. Lecz jeszcze nie czas na triumf. Bestia jest nadal niebezpieczna. Wiktor ponownie kopie między nogi. Kuchta zwija się wpół. Pejcz wypada mu z ręki. Chłopak podnosi go, ach jak go korci, by tłuc tego skurwiela pięciopalczastym, zakończonym hakami batogiem, poszarpać go na krwawe strzępy… Lecz Wiktor wie, że nie mógłby sobie już nigdy spojrzeć w oczy, bo stanie się taki sam jak to bydlę. Kopie go za to ponownie w jądra, tak by stracił w końcu przytomność, a oni mogli uciekać, ale Kuchta jest twardszy, niż się Wiktorowi wydawało, znów tylko wyje. Ręka z batogiem sama podnosi się do uderzenia…
Drzwi uchylają się i pojawiają się w nich twarze bliźniąt. Bladzi z przerażenia jednak przyszli bratu na pomoc, ale… to nie Tamten stoi nad skulonym Wiktorem, a… Wiktor nad nim.
Na widok dzieci ręka z pięciopalczastym pejczem opada. Wie, że nie wyrównał z Tamtym rachunków nawet za pierwszy rok piekła, ale nie chce, by patrzyli na to jego bracia.
– Wiesz, co bolało bardziej? – pyta półgłosem, pochylając się nad Kuchcińskim. – To – mówi i miażdży mu dłoń butem, ale rok temu Tamten miażdżył jego drobną, piętnastoletnią rękę podkutym buciorem, a on dzisiaj robi to samo z kluchowatą otłuszczoną łapą chłopięcym adidasem. Mimo to Kuchciński wyje z bólu.
Tak, Wiktor też wtedy zawył. Jak dzisiaj, parę minut temu… Patrzy na swoje ramię. Zaczyna tracić siły, krew z pięciu głębokich ran płynie coraz szybciej, napędzana adrenaliną. Trzeba to skończyć i uciekać. Jednym ciosem w splot słoneczny ucisza wyjące bydlę.
Odwraca się na pięcie. Bracia patrzą na niego wielkimi oczami i przez moment Wiktor czuje, że boją się go bardziej niż Tamtego, ale… nie! Pierwszy wpada mu w ramiona Patryk, chwilę później Marcin. Tulą się do siebie przez parę uderzeń serca jak trzy lata temu.
– Uciekamy – szepce Wiktor.
Potakują. Każdy wie, co ma robić. Chłopcy przygotowywali się do tego dnia tak długo i starannie jak on sam.
Łapią ukryte plecaki, w których są najważniejsze dokumenty, kilka ciuchów na zmianę, parę tabliczek czekolady i woda. Opróżniają skarbonki, w których zbierali pieniądze. Ze skrytek wyciągają trzy identyczne albumy ze zbieranymi przez lata zdjęciami skatowanego Wiktora. On sam bez namysłu i wyrzutów sumienia wyciąga z kieszeni nieprzytomnego Kuchty portfel i zabiera wszystko, co tamten w nim ma. Jeszcze tylko przeciąć kabel od telefonu i są gotowi. Patrzą na siebie z dumą.
– Bardzo krwawisz – mówi nagle Patryk.
Wiktor patrzy na pięć krwawych pręg tnących ramię. Krew spływa mu po ramieniu, skapuje z każdego palca.
– Opatrzysz mi to, gdy będziemy bezpieczni. Spieprzamy, dopóki to bydlę się nie ocknęło.
Cicho jak cienie zbiegają na dół. Wymykają się na uśpioną żoliborską uliczkę. Pierwszym przystankiem jest osiedlowy śmietnik, gdzie Patryk musi owinąć rany Wiktora bandażem. Jak na ośmiolatka robi to szybko i dobrze. Ma wprawę.
– Dzięki, Pat. Jesteś świetny – słyszy pochwałę z ust brata i czuje się dumny… tak dumny…
Dziś nie będzie żadnych szpitali. Od dzisiaj muszą radzić sobie sami, chociaż na początku potrzebny im będzie ktoś, u kogo ukryją się na kilka dni.
Pozostaje jedyna nadzieja… jedyny przyjaciel, który przypomniał Wiktorowi, że nadal stoi po jego stronie, gdy tym razem oglądał zdjęcie rentgenowskie zmiażdżonej butem ojczyma ręki chłopca.
Numery telefonów mają wdrukowane w mózgi, tak jak doktor im przykazał, mimo to czekają do rana w opuszczonym domku na działkach. Bliźniaki drżące z zimna po obu stronach Wiktora, on zagryzający z bólu wargi, bo choć ma zapas tabletek, pierwsza już przestała działać, a na drugą za wcześnie.
Wreszcie wstaje nowy dzień. Łykają po kawałku czekolady, popijają wodą i patrzą na siebie z niedowierzaniem. Uciekli! Radość powoli zmienia się w strach… Oczy bliźniąt wpatrzone są w Wiktora, a w nich jedno jedyne pytanie: I co teraz?
– Dzwonimy do doktora Braniewskiego – decyduje, wstając. I natychmiast siada z powrotem, bo byłby zemdlał. Ile stracił krwi tej nocy? Sporo. Powoli, człowieku, powoli, bo wasza ucieczka skończy się tak szybko, jak zaczęła.
Doktor odbiera po trzecim sygnale, zaspany. Widać obudzili go po dyżurze.
– Przepraszam, że dzwonię, panie doktorze – zaczyna Wiktor pokornie, błagalnie – ale potrzebujemy pana pomocy. Uciekliśmy i…
– Gdzie jesteście? – pada natychmiastowe pytanie. Szybkie. Za szybkie.
Wiktor nagle staje się czujny, jak ścigane zwierzę.
– Jeżeli blisko, to przyjdźcie do mnie do domu, jeśli daleko, przyjadę po was.
Nadal się waha…
– Wiktor… – Jan Braniewski doskonale rozumie jego strach i to wahanie, on sam uciekał z młodszą siostrą i też nie wiedział, komu może ufać, a komu nie. To właśnie mówi chłopakowi i to przeważa szalę.
Pół godziny później drzwi niewielkiego mieszkania na Krakowskim Przedmieściu otwiera im żona doktora, Jola Braniewska. Najpierw przytula i całuje jasne włosy Patryka, który nie znając takich czułości, stoi nieruchomo, potem przychodzi kolej na Marcina. Wiktora przygarnia ramieniem i mówi:
– Jesteście dzielni, wszyscy trzej. Łóżka są już gotowe, ale najpierw coś zjecie. Janek poszedł do apteki, podejrzewając, że będzie potrzebował bandaży i opatrunków. Miał rację?
Nie musi pytać. Koszula na ramieniu chłopca jest sztywna od krwi. Ramię wygląda, jakby przejechał po nim pazurami tygrys. Co za potwór mógł zrobić coś takiego dziecku? Kobieta ociera szybko oczy, do których napłynęły łzy.
Chłopcy kończą śniadanie, tak pyszne, jakiego nie jedli chyba nigdy i Jola dwóch młodszych zagania do łóżek. Jeszcze pytają brata wzrokiem o pozwolenie i znikają w gościnnym pokoju.
– Pokaż, bohaterze, co mamy tutaj do roboty – mówi doktor, który już zdążył wrócić i z apteki i ze szpitala.
Wiktor kładzie rękę na kuchennym stole. Jola, pielęgniarka, rozcina delikatnie koszulę i zdejmuje ją z chłopca. Doktor krzywi się na widok ran.
– Powinniśmy jechać z tym na ostry dyżur, ale nie wolno nam na razie tak ryzykować. Jeśli Kuchciński zgłosił waszą ucieczkę, od razu was zgarną, a my potrzebujemy trochę czasu. Mam środek przeciwbólowy, ale i tak poczujesz. Jesteś gotów? – Patrzy poważnie chłopcu w oczy.
Ten potakuje, blednąc mimo wszystko. Już samo wyobrażenie igły, wbijającej się raz po raz w te pięć okropnych ran powoduje, że chce mu się płakać i wymiotować z przerażenia. Ale kiwa głową po raz drugi. Dostaje dwie pastylki, po których zaczyna kręcić mu się w głowie, a świat oddala się nagle, obojętnieje. Głowa opada mu na stół. Doktor nastrzykuje rany środkiem znieczulającym miejscowo i gdy jest pewien, że ten działa, odkaża je wodą utlenioną, co wyrywa Wiktorowi z gardła jęk protestu, a potem zaczyna dokładnie, skrupulatnie łączyć przecięte tkanki. Chłopak pojękuje, ale nie jest to takie straszne. Znosił gorszy ból. Nawet nie wie, kiedy doktor kończy, ani jak i kto przenosi go do łóżka. Zasypia…
Majka Trojanowska siedziała ze zwieszoną głową i łzami kapiącymi na cenny dywan, słuchając najsmutniejszej historii w swoim życiu. Okej, ona też miała przechlapane, ją rodzice oddali niańkom, gdy była niemowlakiem, i od tamtej pory matkę i ojca oglądała rzadziej niż ich nowy samochód. Nawet nie wiedziała, w którym zakątku świata obecnie balują. Julia w ogóle rodziców nie miała. Podrzucili ją do sierocińca jak niechcianą zabawkę, ale nikt się nad nią tak nie znęcał! Boże, jak można z premedytacją, co dwa miesiące katować dziecko?! Miażdżyć mu dłoń buciorem, smagać pejczem?! Gabrysia – tak, jej los nie oszczędzał. Ale Antoni Leszeński, przybrany ojciec, tak bardzo ją kochał, był tak dobrym człowiekiem.
A tutaj… pan prokurator, w dupę kopany, bez matury nawet… bestia z UPA, bestia z UB, bezkarnie, wręcz z rozkoszą morduje ludzi, żeby na koniec wziąć się za dzieci pozostawione na jego pastwę… I te pięć blizn na ramieniu Wiktora…
Łzy płynęły jej z oczu przez cały czas, gdy Patryk jakimś takim zimnym, nieobecnym głosem jej to wszystko opowiadał. O tym, jak Wiktor zaharował się niemal na śmierć, by utrzymać ich trzech, także.
Na końcu dostała do obejrzenia „album rodzinny”. Otworzyła go na chybił trafił, zobaczyła zdjęcie chłopięcych pleców całych w czarnych, podłużnych sińcach, i upuściła tę „pamiątkę”, zakrywając oczy rękami.
– M-możesz mnie przytulić? – załkała.
Patryk, który wypił wystarczająco dużo, by móc się zapomnieć i kochać z tą piękną, równie nietrzeźwą kobietą, pokręcił głową.
– Posłuchaj, Maja, jesteś naprawdę atrakcyjna – zaczął, ostrożnie dobierając słowa, by jej nie zranić. – Ale obudzimy się jutro tylko z kacem i zażenowaniem. Ty potrzebujesz mężczyzny…
– Nie potrzebuję mężczyzny, który by mnie przeleciał, a głupiego przytulenia! – wybuchnęła. – Jeśli nie potrafisz objąć mnie po prostu jak brat, albo przyjaciel, to skocz do zabawkowego i kup mi dużą puchatą pandę!
Zaśmiał się, przysiadł do niej i objął ramionami.
– Przepraszam, źle cię zrozumiałem – wszeptał, mimo woli wdychając zapach jej włosów i czując narastające pożądanie. – Za karę możesz mi zasmarkać koszulę.
– Już to zrobiłam – wychlipała. – I wiesz co? – Podniosła nań swe wielkie, fiołkowe oczy, a jemu aż dech zaparło. Chyba dawno nie miał kobiety… – Chciałabym mieć takiego brata… – Pocałowała go prosto w usta, po czym wtuliła się weń z powrotem.
– Jak ja czy jak Wiktor? – zapytał żartobliwie.
– I jak ty, i jak Wiktor. Bo wy sobie pomagacie. Nigdy nie zostawiliście żadnego na pastwę losu, a ja, gdy moja najbliższa przyjaciółka uciekała przez balkon przed takim samym skurwielem jak ten cały Kuchta, nawet głupiego telefonu nie odebrałam, bo wyrywałam właśnie najprzystojniejsze ciacho w klubie.
„Uciekała. Balkon. Klub” – nieco zamroczony alkoholem i przytulaniem kobiety mózg Patryka mimo wszystko wyłapał te słowa.
– Kiedy to było? I gdzie?
– Wczoraj czy przedwczoraj… – Majce już naprawdę myliły się daty. A Gabrysia, którą miała zmienić przy łóżku Julii już ładne parę godzin temu, chyba ją zabije, bo znów wyłączyła telefon. Zaczęła go szukać rękami, które wcale nie chciały jej słuchać. – Taki nowy klub na Woli otworzyli. Alfastar. I ja wyrywałam tego faceta, a Julia z drugiego piętra przez balkon uciekała. Przypadkowi ludzie jej pomogli. Taka ze mnie gówniana przyjaciółka…
Nawet nie patrząc na ilość nieodebranych połączeń, wybrała numer Gabrieli.
– Wiem, wiem, że mnie nienawidzisz – zaczęła, nim tamta zdążyła choć słowo powiedzieć. – Wiem, że jest prawie północ i powinnam siedzieć teraz przy Julii, ale wierz mi, Gabi, że robię dla… – ugryzła się w język i wreszcie mogła odezwać się Gabrysia.
– Maja, właśnie nas obudziłaś, bo użyczono mi łóżka w pokoju Julii. Więc ty rób, co robisz, a nam daj pospać. Pa.
Majka spojrzała ze zdumieniem na telefon. W głosie Gabrieli nie było gniewu, choć powinien być, bo Majka znów zawiodła, znowu nie dotrzymała słowa, ale… Komórka rozdzwoniła się jej w dłoni:
– Aha, tata mnie uprzedził, że załatwiasz dla niego jakieś ważne sprawy i możesz dzisiaj siedzieć nad nimi do późna, więc nie miej wyrzutów sumienia, że znów nawaliłaś. Dziękuję, że zajęłaś się tatą. Z Julą jest okej. Pa.
Majce wszystko opadło ze zdumienia. A potem ucałowała telefon i roziskrzonymi oczami spojrzała na Patryka. Ależ był przystojny, skubaniec… Gdyby tylko gustował w tak wyzwolonych kobietach jak ona, a nie szukał swojej dziewicy więzionej przez smoka czy jakoś tak.
On zaś patrzył na Majkę równie roziskrzonym wzrokiem, choć z zupełnie innego powodu. Już wiedział, jak ma na imię dziewczyna, którą uratował – Marcin trafił w dziesiątkę: Julia – i już wiedział, że jest pod dobrą opieką przyjaciół. Takich przyjaciół jak właśnie Majka, która dla trzeciej z nich, Gabrieli, kupuje dom za sto tysięcy, bo wie, że tamta bez tego domu nie może żyć. Julia jest bezpieczna, one nie pozwolą jej wrócić do tamtego sadysty, a on, Patryk, może odwiedzić ją potem z pudełkiem czekoladek i zapytać, jak się ma. Bądź co bądź spadła mu z tego balkonu niemal w ramiona…
I może Patryk znalazł swoją Julię, ale Majka, mając umysł zajęty rozmową z Gabrielą, historią braci Prado, a nade wszystko alkoholem, znów jakoś nie załapała, że ma przed sobą rodzonego brata tamtego przystojniaka z klubu. Że Patryk, który ją teraz po bratersku przytula, gdyby tylko poprosiła, na pewno dałby jej numer telefonu swojego brata i jeśli przystojniak pamięta ją tak, jak ona jego, to na pewno zadzwoni…
– Trzeźwieję – odezwała się nagle. – Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo chyba czas usłyszeć historię Wiktora i Gabrieli, jak myślisz?
– Pokaż ten wycinek z gazety… – odparł, a następnie przeleciał wzrokiem krótki tekst. – Najpierw zerwali ze sobą z Wiktorem, po czym on nie może się pozbierać do dziś, potem jakiś psychol strzela do niej trzy razy i na końcu sobie w łeb… Ja dzwonię do Wiktora, a ty jednak czegoś nalej. I sobie, i mnie.

c.d za 2 tygodnie

8 komentarzy:

  1. No nieźle akcja się rozwinęła. Cały odcinek łzy mi leciały. Teraz jestem ciekawa historii Gabrysi i Wiktora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wcale się nie dziwię że ciężko się tą powieść pani pisało, dziękuję za ten trud 😃pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. wczoraj dostałam Leśną \polanę....i ciśnie się pytanie dlaczego tak szybko się skończyła?????
    wesołych świąt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Książkę"Leśna Polana" dostałam na mikołajki z własnego życzenia 😊. Książka jest świetna, w przerwie świątecznej znalazłam w końcu czas by ją przeczytać. Przeczytałam w ciągu jednego dnia, jest bardzo wciągająca, a ja uchodzę za książkowego mola 😂 czekam z niecierpliwością na drugą część. PS w międzyczasie póki druga część trylogii się nie ujawni, będę zaglądać na bloga by przypominać sobie dzieje bohaterów. Szesnastolatka

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobry wieczór :) Kiedy premiera kolejnej części? Ponieważ jest bardzo, bardzo, bardzo wyczekiwana, pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. kiedy nastepny tom trulogii?

    OdpowiedzUsuń
  7. Książkę naprawdę czyta się jednym tchem. Wyzwala naprawdę wiele emocji. Wesołych ,do łez. Historia jest pięknie przedstawiona. Dużo się dzieje i trzyma w napięciu. Poluję na II część Leśnej Trylogii. Polecam przez duże P.....

    OdpowiedzUsuń
  8. Czekam na drugą część. Aby dowiedzieć się co dalej....

    OdpowiedzUsuń