piątek, 14 października 2016

Leśna Polana Odcinek 11...

... w którym poznajemy bestię.


Na tym dziwnym świecie już tak jest, że jedni rodzą się ludźmi dobrymi i szlachetnymi i nie zmieni tego nic. Ani trudne dzieciństwo, ani wyrywanie im dobroci i szlachetności z duszy torturami, ani katowanie tym, co jest pod ręką, ani lżenie i poniżanie nie zmieni tych ludzi w bestie. Oni codziennie do dnia śmierci, czy to przez strzał w tył głowy w ubeckiej katowni, w nocy, po cichu, w samotności, czy otoczeni kochającymi ich ludźmi, mogą spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Żyjesz tak, by stanąć przed Bogiem bez wstydu”.
Większość jednak dba tylko o pełny żołądek, butelkę piwa wieczorem, pilota pod ręką i spokój w domu. Dzieciarnia spać, żona do garów. Pan domu wrócił z roboty i musi odpocząć. Często to żona zachrzania całymi dniami na pana domu, ale to już wybór żony. Oby nie była zmuszona do tego wyboru pięścią męża czy naciskiem rodziny.
Tacy ludzie są jak chorągiewki. Co powiedzą im w telewizornii, w to wierzą. Nie mają własnego zdania – oprócz tego, czy Żubr jest lepszy od Leżajska – i, prawdę mówiąc, gówno ich obchodzi co się na świecie dzieje, byle mieć bebech wypełniony obiadkiem, piwko, coś w telewizyjnym pudle, co będzie im prało niewielkie mózgi, dzieciaki schodzące z drogi i żonę, którą można raz na jakiś czas wydupczyć.
Są też idealiści. O, ci bywają niebezpieczni dla każdego reżimu, bo będą głosić swoje ideały i trzymać się ich do końca. Nie mają nic wspólnego z tymi pierwszymi, ludźmi po prostu dobrymi, bo nie kierują się dobrem, ideały bowiem, które owi wyznawcy mają wszczepione albo nabyte, mogą być zarówno szlachetne, jak i zbrodnicze. Ale przynajmniej w coś wierzą. I przed sądem nie wyprą się „wykonywaniem rozkazów”, przeciwnie, do śmierci będą wierzyć, że to, co robili, było słuszne i jedyne.
Oprócz mnóstwa innych rodzajów ludzkich charakterów jest też jeden, który każdego, bez wyjątku, nawet najbliższych współpracowników, nawet tych, którzy wykorzystują ich cechy, napawa podświadomym lękiem: są to prawdziwe bestie, które żyją tylko po to, żeby mordować, znęcać się, patrzeć na ludzkie cierpienie i czerpać z tego jakąś zupełnie niezrozumiałą dla normalnego człowieka satysfakcję. Te bestie nie wiedzą, co to sumienie, litość, miłosierdzie… Nie robi im różnicy, czy wyrywają paznokcie polskiemu patriocie, czy nadziewają na widły polskie dziecko. Sycą się cierpieniem. A im większe i bardziej pomysłowe tortury zadają bezbronnym ofiarom, tym bardziej ich to podnieca i tym bardziej są z siebie dumni. Już rekin ma w sobie więcej człowieczeństwa niż te nieludzkie monstra.
Adolf Kuchta, ojczym Wiktora, Patryka i Marcina, urodził się taką właśnie bestią.
Już jako dziecko nie przeszedł obojętnie obok ślimaka, nie zdeptawszy go, czy gąsienicy, nie nadziewając jej na kolec głogu i patrząc z satysfakcją, jak zwija się z bólu. Gdy znalazł gniazdko z pisklętami, urywał im łebki albo roztrzaskiwał je o ścianę. Dzieciaki z sierocińca szybko nauczyły się go unikać, bo – zbudowany jak byk – atakował szybko i za byle co. Czasem za nic.
Kto mu wymyślił takie imię i nazwisko? Może matka, która podrzuciła niemowlę na próg lwowskiej placówki? A może jakiś dowcipny pracownik? Grunt, że pasowało do niego, bo Adolf Hitler od razu stał się idolem tego chłopaka, a Kuchta… ze swoją inteligencją i niechęcią do nauki nadawał się tylko do mycia garów.
Wpisano mu więc datę urodzenia 1926, nadano imię i nazwisko i pozwolono żyć.
Gdy wyrósł z krótkich spodenek, urywanie łebków pisklętom przestało go zadowalać. On chciał większego widowiska. Kumple namówili go na podpalenie kota i to było to!
Znaleźli we czterech jakiegoś dachowca, wrzucili go do beczki, żeby nie mógł tak szybko uciec, oblali benzyną i… Adolf mało się w gacie nie spuścił, słysząc wycie płonącego żywcem zwierzęcia… Właśnie odkrył swoje powołanie! Tylko głupie chichoty kolegów mu przeszkadzały. On potrzebował ciszy i skupienia… Następną „przygodę”, czy raczej doświadczenie, zafundował sobie sam. Zwabił kotkę z kociętami, cisnął ją do beczki i po chwili wyło już nie jedno zwierzę, ale pięć. A on, Adolf Kuchta, patrzył na zwijające się w cierpieniach istoty i umacniał się w wierze, że to jego pasja. Życiowa misja.
Taaak, mordowanie zwierząt szło Kuchcie coraz lepiej. Ale to jeszcze nie było szczytem jego ambicji. Głupie bydlę potrafi ukatrupić każdy, ale człowieka już nie. Żeby zabić człowieka, trzeba mieć jaja ze stali, a on miał. I wraz z wybuchem drugiej wojny światowej doczekał się pierwszej z wielu okazji.
Nie będąc ani Polakiem, ani Ukraińcem, ani Ruskim czy szwabem, nie czuł się związany z żadną frakcją działającą na Kresach. Politykę miał zresztą gdzieś. Chciał tylko mordować. A że w tym najlepsi okazali się Ukraińcy, więc bez namysłu przyłączył się do UPA. Tam nauczył się znęcać i zabijać na trzysta sześćdziesiąt dwa sposoby. Kilka wymyślił sam, co napawało go prawdziwą dumą.
Miał dopiero siedemnaście lat i już się wsławił w swoim oddziale jako ten najokrutniejszy. Sława „Hitlerka”, bo taką dostał ksywkę, zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, a to znaczyło jedno: czas zniknąć. Bo może człowieczeństwa było w nim mniej niż u rekina, ledwo potrafił się podpisać, ale swój spryt miał. Wiedział, że Bandera za „riezanie Lachów” pogłaszcze go po głowie, ale AK-owcy, gdy tylko go dorwą, nadzieją go na pal, tak jak on nadziewał na sztachety płotów polskie dzieci.
Na kilka lat zapadł się pod ziemię, by wyłonić się, niczym feniks z popiołów, w czasach, gdy tacy jak on, zwyrodniali sadyści, okazali się dla nowej, komunistycznej władzy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wprost niezastąpieni.

sobota, 1 października 2016

Leśna Polana Odcinek 10...


... w którym dowiadujemy się o początku najpiękniejszej miłości i... początku jej końca.

Poznali się w pewien czerwcowy wieczór, gdy on kończył trzydzieści jeden lat, a ona była rok młodsza. Wiktor pracował nad pierwszym projektem, zakupem pewnej kamieniczki, przy którym wszystko postawił na jedną kartę: jeśli się powiedzie, ich firma zacznie prosperować, jeśli zaś nie, przepadną pieniądze ze sprzedaży pierwszego własnego mieszkania. Niedługo się nim we trzech nacieszyli, chociaż i tak był to dar od losu, czy raczej babci Prado, której Wiktor nie znał zupełnie i która również nigdy się nim nie zainteresowała, a jednak w spadku zapisała mu trzypokojowe mieszkanie na Bielanach…
Po długich rozmowach z braćmi i długiej – zbyt długiej – pracy jako wyrobnik w czyjejś firmie Wiktor postanowił otworzyć ich własną, od razu w Stanach Zjednoczonych z filią w Polsce: Prado Ltd. Ależ byli dumni, wszyscy trzej, gdy dostali do ręki dokumenty potwierdzające powstanie ich rodzinnego biznesu. A jakie snuli marzenia i plany…!
Trzeba było jednak od czegoś zacząć i ta kamieniczka miała być pierwszym krokiem do spełnienia wszystkich marzeń. A te bywają kosztowne.
Musiał mieć dobry biznesplan, by bank w ogóle chciał z nim rozmawiać o pożyczce, a jego podstawą był wiarygodny, szczegółowy, dobrze przygotowany i, co równie ważne, niedrogi, kosztorys podziału kamieniczki na kilka małych mieszkań oraz ich remontu i adaptacji pod najem krótkoterminowy. Taki był właśnie pomysł Wiktora na ich firmę.
Sam skończył zaocznie zarządzanie i obrót nieruchomościami, Patryk był na czwartym roku prawa, Marcin – marketingu i promocji. Wszyscy trzej mieli stanowić zwartą drużynę, w której oprócz pracowników nie był potrzebny nikt więcej.
Do tej pory Wiktor pracował w jednej ze stołecznych firm jako nadzorca budowlany, czyli zwykły robol, tylko na wyższym stanowisku, nadal mając braci na utrzymaniu, chociaż ci dorabiali, gdzie tylko mogli. Wszyscy trzej wiedzieli, że chwila, gdy założą własną spółkę i pójdą na swoje, zbliża się wielkimi krokami, a może właśnie nadeszła?
To Patryk podsunął braciom pomysł najmu krótkoterminowego. Wiktor myślał o kupnie kilku mieszkań pod wynajem, ale to było ryzykowne, mało opłacalne i bardzo kosztowne przedsięwzięcie, Marcin rozważał inwestycję we własny hotel, jednak hotelarstwo nie było marzeniem żadnego z pozostałych braci. Ale znalezienie jakiejś perełki i dostosowanie jej pod najem krótkoterminowy, z podziałem na kilka samodzielnych mieszkań, w których ludzie zatrzymują się na parę dni, nie trzeba przy nich skakać, nie trzeba dla nich gotować, wystarczy tylko posprzątać i zmienić pościel? A jeśli inwestycja się powiedzie, sprzedać ją i kupić następną?
Tak, to wszystkim trzem spodobało się bardzo.
Trzeba było jedynie znaleźć coś w naprawdę dobrej lokalizacji, na co, przede wszystkim, było ich stać. I tu znów błysnął nieprzeciętną inteligencją Patryk, który jeszcze często miał ich potem zaskakiwać.
– Dlaczego właściwie ma to być Warszawa albo Kraków? – zapytał któregoś wieczoru, gdy z Marcinem wkuwali do zaliczenia, a Wiktor, zmordowany po długim dniu pracy, przeglądał kolejne strony z nieruchomościami na sprzedaż i, widząc ceny, zatrzasnął wreszcie laptop, zupełnie zniechęcony. Posłał młodszemu bratu wściekłe spojrzenie.
– A gdzie mam szukać? W Koziej Wólce?
– W Warszawie, Krakowie czy Trójmieście ceny są z kosmosu, a mieszkań na wynajem setki – ciągnął Patryk, niezrażony ani jego wzrokiem, ani tonem. – Trzeba kupić coś, gdzie ludzie przyjeżdżają, ale takich mieszkań nie ma. Są jakieś hotele, czy motele, są prywatne kwatery, lecz brakuje ładnych, niedrogich samodzielnych apartamentów na dwa-trzy dni.
Wiktor zaczął go słuchać uważniej. Marcin też oderwał wzrok od notatek i patrzył na brata.
– No mów, mów, bo wiem, że wpadłeś już na jakiś pomysł – ponaglił Patryka.
On zastrzegł się:
– Tylko nie obśmiejcie mnie od razu… Ja bym szukał jakiejś niewielkiej, uroczej kamieniczki w miejscu jakiegoś kultu, gdzie przybywają pielgrzymi. Prawdę mówiąc, myślałem o Wadowicach.
Wiktor i Marcin wpatrywali się w niego, nie wiedząc, czy kpi, czy mówi poważnie. Nagle odezwał się ten pierwszy:
– Patryk, jesteś genialny. Mówię serio: to fantastyczny pomysł. Do Wadowic ludzie będą przyjeżdżali przez następne dziesięciolecia. Sprawdzę, jaka jest tam baza noclegowa, jakie są ceny i… – zawiesił głos. – Zresztą zaraz się tym zajmę.
Otworzył laptop, zyskując nowe siły i nową nadzieję. Takich miejsc, do których zjeżdżają ludzie z Polski i całego świata jest wiele, ale Wadowice, miejsce urodzenia Jana Pawła II, to był strzał w dziesiątkę. Wymarzona perełka jakby czekała właśnie na nich: kamieniczka przy rynku, której okna wychodziły z jednej strony na dom Papieża Polaka, z drugiej – na spokojną uliczkę. Cenę miała wprawdzie wysoką, ale sądząc ze zdjęć, wydawała się być w dobrym stanie technicznym.
Pojechał tam następnego dnia, pal licho robotę, i wrócił z Wadowic rozpromieniony.
– Dom sprawia wrażenie rudery, dlatego odstrasza potencjalnych nabywców. Prawdę mówiąc, to kompletny bajzel – opowiadał braciom z podekscytowaniem, jakiego nie widzieli u niego chyba nigdy. – Będę szczery: przypomina naszą pierwszą kwaterę, tylko wielopiętrową. Pluskwy są tam na bank.
Tu młodsi bracia wstrząsnęli się, lecz słuchali dalej.
– Ale ja widzę w nim potencjał. Naprawdę! Gdyby zająć się tą kamienicą i wyremontować ją na tip-top, byłoby to piękne miejsce. Z klimatem.
– I pluskwami – wtrącił Marcin.
Patryk parsknął śmiechem.
– Mów dalej – zwrócił się do Wiktora, który jakby przygasł. – Ten głupek żartuje i tak samo chce mieć własną kamieniczkę, jak ty i ja.
– Spokojnie da się wygospodarować dziesięć małych mieszkań, każde z łazienką i aneksem kuchennym. – W oczach Wiktora ponownie błysnął płomień. – Pięć z oknami na rynek i pięć od drugiej strony. Pojedziemy tam razem, gdy tylko skończycie zaliczenia i…
– Po co mamy jechać? – przerwał mu Marcin. – Mówisz, że dom jest okej, pluskwy są, cena i lokalizacja pasuje, to go bierzemy!
– Musielibyśmy sprzedać mieszkanie po babci, a to nasze wspólne pieniądze i nie chcę decydować o nich sam – zastrzegł Wiktor.
– Bracie, po pierwsze, to była twoja babcia i mieszkanie jest twoje, po drugie: oddaję ci trzecią część pieniędzy z niego. Zrób z nimi, co uważasz za stosowne. Mam do ciebie sto procent zaufania – odparł Marcin, wzruszając ramionami i jakby z jego strony to było wszystko, wrócił do notatek, z których uczył się do egzaminu.
Wiktor, nieco oszołomiony, przeniósł spojrzenie na Patryka.