piątek, 6 stycznia 2017

Leśna Polana Odcinek 17...



 ...w którym możemy się dowiedzieć, między innymi, w jaki sposób Wiktor Prado stał się bardzo majętnym człowiekiem.

Wiktor wszedł do apartamentu bez pukania – bądź co bądź mieszkał tutaj i aż zamarł ze zdumienia, widząc Patryka – Patryka! – obściskującego się z czarnowłosą pięknością.
– Nie przeszkadzam? – zapytał, zamykając za sobą drzwi.
– Nie – odparła Majka. – Ja tylko obsmarkuję twojemu bratu koszulę.
– No właśnie – odezwał się Patryk głosem jednocześnie bardzo trzeźwym i bardzo pijanym – Majka tylko obsmarkuje mi koszulę. Przyłączysz się?
– Właśnie się przyłączyłem – odparł surowo, w duchu jednak rozbawiony. – Chociaż może powinienem wyjść i wrócić za pół godziny?
– Nie, siadaj, nie krępuj się. – Majka poklepała miejsce na kanapie obok siebie. – Podejrzewam, że będzie mi potrzebna druga koszula.
Mimowolnie uśmiechnął się.
Polubił tę dziewczynę, co go samego zdziwiło, bo rzadko obdarzał sympatią nieznajomych, a jeszcze rzadziej nieznajome. Była jednak taka… rozbrajająca. Piękna, pełna uroku, charakterna i właśnie rozbrajająca.
– Na czym skończyłeś? – zapytał brata, gdy Patryk przyniósł z łazienki czysty ręcznik, podał go Majce i oboje spojrzeli wyczekująco na Wiktora.
– Na końcu. – Patryk wzruszył ramionami. Był naprawdę mocno nietrzeźwy, skoro on, błyskotliwy prawnik, udzielał takich idiotycznych odpowiedzi. Wiktora bawiło to coraz bardziej, chociaż fakt, że za chwilę znów wróci do przeszłości, bynajmniej nie był radosny.
– Opowiedziałem o naszej ucieczce, o tym jak harowałeś, by nas utrzymać, potem pokazałem Majce nasz „album rodzinny”, a ona natychmiast zaczęła szlochać i obsmarkiwać mi koszulę. Oboje stwierdziliśmy, że czas wezwać ciebie, a że zaczęliśmy trzeźwieć, wypiliśmy po dwa wściekłe psy…
– Co? – zdumiał się Wiktor.
– To Majka wymyśliła tego drinka, jej pytaj, co w nim było. Przyznam: mocne. W sam raz na romantyczną opowieść o twojej miłości. I jej końcu.
– Może przełóżmy to na inny dzień. Wy ledwo kontaktujecie – odmruknął.
– Wytrzeźwiejemy, spokojna głowa – machnęła ręką dziewczyna.
Nagle wstała i ruszyła w kierunku Wiktora. Ten, stojący przy barku ze szklanką soku pomarańczowego w dłoni, patrzył na nią ze zdumieniem. Chce teraz jemu wypłakiwać się w koszulę? Ale ona podeszła do niego – wcale nie taka pijana, jakby się wydawało, ze słowami: – Sorry, ale muszę to zobaczyć na własne oczy – bezceremonialnie podwinęła lewy rękaw jego koszuli i… aż wstrzymała oddech na widok pięciu głębokich blizn. Pociągnęła po jednej z nich palcem.
Wiktor tkwił nieruchomo, czując jej dotyk w każdej komórce ciała. Gabriela też tak kiedyś zrobiła.
Majka opuściła rękaw, objęła go mocno, szepnęła: „Biedaku!”, i wróciła na miejsce obok Patryka. Oparła głowę o jego ramię, podwinęła nogi, jakby nagle zrobiło jej się zimno i z oczami pełnymi łez powiedziała:
– Mów Wiktor, teraz albo nigdy, bo ja drugiego takiego wieczoru nie wytrzymam. Mam ochotę wpaść w odwiedziny do bydlaka, który ci to zrobił, i sieknąć go tym samym pejczem na odlew, w mordę, a potem poprawić z drugiej strony.
Wierzył jej. On sam wiele razy żałował, że wtedy tego nie zrobił. Że zadowolił się trzema kopnięciami…
Usiadł po drugiej stronie stolika, odstawił szklankę i powrócił myślami do najpiękniejszych dni w swoim życiu, gdy wszystko wydawało się możliwe. Nawet taka miłość, jaką on, zimny drań, jak mówiły o nim kobiety, pokochał Gabrysię Leszeńską…

Gdy żegnali się tamtego dnia w biurze, nie potrafił wypuścić jej dłoni ze swojej. Nawijał coś bez sensu o wielkich planach, jakie ma na przyszłość, o tym, że jednak to nie jacht jest priorytetem w jego życiu, tylko zapewnienie bezpieczeństwa braciom, a ona słuchała uważnie, patrząc mu w oczy tymi pięknymi, zielonymi źrenicami, po czym uwolniła delikatnie dłoń i rzekła, uśmiechając się ciepło:
– Daj mi trochę czasu. Przyjrzę się temu projektowi i uczciwie powiem ci, czy jest wart waszych starań i poświęcenia.
Skinął głową, a ona odwróciła się na pięcie, niosąc naręcze dokumentów i… został po niej tylko subtelny zapach bzu.
Nie pamięta, jak wrócił tego dnia do mieszkania, które jeszcze należało do nich. Mieli już kilku chętnych, ale wstrzymywali się ze sprzedażą, nie wiedząc, czy będzie ich stać na kupno i remont kamieniczki w Wadowicach, czy też powinni dać sobie spokój.
Patryk z Marcinem, ślęczący nad notatkami, widząc jak starszy brat wchodzi do domu i rzuca: „Cześć, dzieciaki, lekcje odrobione?”, spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Taki tekst słyszeli często, owszem, ale było to ładnych parę lat temu.
Ten pierwszy, nadal odpowiedzialny za gotowanie, zawołał za Wiktorem, który znikał w swoim pokoju:
– Co chcesz na kolację? Jadłeś obiad?
– Nie jestem głodny – odparł tamten.
Patryk ponownie wymienił spojrzenia z bliźniakiem. Ich życie biegło utartym od lat torem: oni dwaj wracali ze szkoły, jeszcze w świetlicy odrabiając pracę domową, zajmowali się swoimi obowiązkami, a potem wieczorem ledwie żywy i wściekle głodny przychodził Wiktor. Najpierw zadawał pytanie właśnie w stylu „Lekcje odrobione?”, które potem zmieniło się w „Co słychać na uczelni?” i osuwał się bez sił na kanapę. Wtedy Marcin relacjonował mu wydarzenia minionego dnia, a Patryk przygotowywał coś do jedzenia.
Dziś podszedł do drzwi pokoju Wiktora. Były uchylone. On nigdy się przed braćmi nie zamykał, chyba, że w pracy tak mu dano w kość, iż padał od razu na łóżko i zasypiał.
Patryk zapukał lekko i słysząc: „Wchodź”, zajrzał do środka.
Wiktor leżał na łóżku z ramionami splecionymi pod głową i patrzył w sufit. W dłoni trzymał telefon.
– Coś się stało? – zaczął ostrożnie Patryk. Marcin wszedł za nim.
Wiktor spojrzał na nich i nagle uśmiechnął się. W oczach miał blask, jakiego nigdy u brata nie widzieli.
– Znalazłem kosztorysantkę. Jest świetna – odparł głosem, w którym brzmiało szczęście nieco za duże jak na znalezienie kogoś, kto przygotuje kosztorys.
– No to super. I…? – zaczął znów Patryk, bo Wiktor umilkł, wbijając wzrok w sufit. Nadal się lekko uśmiechał, a blask w oczach nie gasł.
– Nie ma żadnego „i”. To wszystko. Mamy kosztorysantkę.
– On się chyba czegoś naćpał – odezwał się półgłosem Marcin. – Albo ta kosztorysantka zrobiła mu dobrze…
Wiktor oderwał głowę i zmiażdżył go spojrzeniem.
– Nie waż się nawet tak myśleć! – syknął.
Tamten wzruszył ramionami i… nagle, patrząc na telefon, który Wiktor ściskał w dłoni, co i rusz zerkając na wyświetlacz, zaśmiał się cicho.
– Chodź, Patryk, możemy spać spokojnie. Nasz starszy brat niczego się nie naćpał, on się tylko zakochał.
Wiktor ponownie posłał mu wściekłe spojrzenie, ale Marcin już ciągnął Patryka do drzwi, uśmiechając się do starszego brata trochę z rozbawieniem, trochę z kpiną i odrobinę złośliwie.
– Wiktor zakochany w kosztorysantce… – usłyszał jeszcze za drzwiami głos Marcina i opadł na łóżko. – Mamy przechlapane…
Ale na razie to on miał przechlapane, bo spodziewał się telefonu od Gabrieli jeszcze tego samego wieczoru, a telefon milczał. Może to on powinien zadzwonić pierwszy?
Tuż przed dwudziestą drugą przemógł się i zadzwonił. Choćby po to, by usłyszeć jej głos, nagrany na sekretarce:
– Przepraszam, ale nie mogę odebrać telefonu, proszę o pozostawienie wiadomości.
Rozłączył się natychmiast. I zadzwonił raz jeszcze, by usłyszeć ten sam komunikat.
– Słucham cię, mój niecierpliwy kliencie – odezwała się Gabriela, a jemu mało telefon nie wypadł z ręki, było to tak niespodziewane. Głos miała tak ciepły, taki… uroczy.
– Przepraszam, że dzwonię o tej porze – zaczął – ale… – Zabrakło mu powodu, dla którego mógł dzwonić… – Chciałem zapytać, czy na pewno dostałaś komplet dokumentów. – Uff, jakoś z tego wybrnął.
– Tak. Mam wszystko, czego potrzebuję na tę chwilę. Właśnie nad nimi ślęczę.
– Przepraszam, że ci przerwałem. Chciałem tylko… – urwał ponownie.
Zaśmiała się.
– Zapytać, czy dostałam komplet dokumentów – podpowiedziała konspiracyjnym szeptem. I prawdę mówiąc, Wiktorze Prado, czekałam na telefon od ciebie – dodała w myślach.
– Właśnie! No i masz? Ten komplet?
– Przed chwilą odpowiedziałam, że owszem – usiłowała zachować powagę, ale parsknęła śmiechem.
Wiktor potarł twarz dłonią. Boże, jak się zbłaźnił…
– Tak naprawdę chciałem usłyszeć twój głos – powiedział, nim pomyślał, ale nim znów palnął się w usta, ona odparła miękko:
– Tak naprawdę ja też chciałam cię jeszcze dziś usłyszeć, ale że dziewczyna nie dzwoni pierwsza do chłopaka, czekałam na telefon od ciebie. Tylko błagam, nie pytaj po raz trzeci o dokumenty!
– Nie zapytam – roześmiał się z ulgą. – Poproszę tylko, żebyś nie siedziała nad nimi do późna, a jutro, jeśli pozwolisz, zadzwonię o przyzwoitej porze, by namówić cię na lunch albo kolację.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„Za szybko, Wiktor! – zganił się w duchu. – Znów ją spłoszyłeś!”
Ale naprawdę chciał ją zobaczyć.
– To niemożliwe – odezwała się wreszcie nieco chłodniej, niż przed chwilą. – Jutro będę w delegacji. Potem potrzebuję kilku dni na sporządzenie tego kosztorysu. Na czym ci bardziej zależy, na nim czy na kolacji ze mną?
Prawdę mówiąc bardziej mu zależało na kolacji z tą dziewczyną, ale nie mógł jej tego powiedzieć.
– Dwa w jednym – odparł zamiast tego. – Obiecałaś, że kolacja z tobą będzie ukoronowaniem naszej współpracy.
– Dokładnie, panie Prado – znów usłyszał w jej głosie rozbawienie i ponownie odetchnął. – Na kolacji będziemy celebrować zakończenie, a nie rozpoczęcie dzieła. Ale cieszę się, że zadzwoniłeś. To znaczy, że ci zależy…
„Gdybyś wiedziała, jak bardzo” – tym razem na szczęście pomyślał, a nie powiedział na głos.
– Dobranoc, Wiktor. Kolorowych snów. Ja wracam do dokumentów.
– Dobranoc, Gabrysiu – odparł tonem tak miękkim i ciepłym, że jeszcze dobre parę chwil po zakończeniu rozmowy siedziała, przyciskając telefon do ust. Dużo ją kosztowało, by trzymać swoje uczucia na wodzy. A to dopiero początek…
Dziś Wiktor, o dziesięć lat starszy, uśmiechnął się do tamtych wspomnień. Boże, jaki on był nieporadny w uwodzeniu tej dziewczyny, jaki nieśmiały… Ona zresztą również. Oboje byli po trzydziestce, a zachowywali się jak para nastolatków, zakochanych po raz pierwszy. Tak zresztą było i z nią, i z nim. A pierwsza miłość nigdy nie mija.
Nigdy.

Ku jego radości i zaskoczeniu, bo spodziewał się telefonu od Gabrysi nie wcześniej niż za dwa dni, zadzwoniła nazajutrz wieczorem, gdy znów leżał w swoim pokoju ze wzrokiem wbitym w sufit i układał sobie w głowie następną rozmowę z Gabrielą, pełną jego dowcipnych i błyskotliwych ripost.
Marcin z Patrykiem zajrzeli do niego parę razy i wyszli, kręcąc głowami. Ten ostatni rzucił jeszcze:
– Jak nie będziesz nic jadł, nie doczekasz tego telefonu. – I ze złością: – A tak w ogóle, po co ja dla tego zakochanego idioty gotuję? Żeby potem wszystko wyrzucać?
I wtedy właśnie, gdy Wiktor z ulgą spojrzał na zamykające się za braćmi drzwi pokoju, telefon rozdzwoni mu się w ręku. Niedowierzając własnym oczom, ujrzał: „Gabriela”.
– Słuchaj, Wiktor – zaczęła, gdy tylko odebrał – byłam w tych Wadowicach…
– Byłaś?! W Wadowicach?! – aż usiadł.
– Mówiłam, że jadę w delegację, i to właśnie była ta delegacja. Ważne zlecenia ogarniam sama, a wiem, jak ważna jest ta kamienica dla ciebie i twoich braci, jak wiele zależy od tej pierwszej inwestycji, więc pojechałam…
– Jesteś niesamowita – powiedział z głębi serca i cieszył się chwilę jej ciepłym śmiechem. – Przepraszam, przerwałem ci.
– Mam dobrą wiadomość, chociaż czy rzeczywiście jest dobra, dopiero się okaże: cenę stanowczo zawyżono…
– Miałem taką nadzieję.
– …ale i tak będziesz potrzebował dobrego negocjatora, żeby wystarczyło ci i na jej kupno, i na remont.
O dobrego negocjatora był spokojny. Marcin, mimo iż miał zaledwie dwadzieścia trzy lata i był dopiero studentem, ze swoim urokiem urodzonego uwodziciela potrafiłby sprzedać każdemu wszystko i kupić, cokolwiek sobie upatrzył, za bezcen. Trzeba mu tylko porządny garnitur sprawić, żeby wyglądał poważniej…
– Za trzy dni będziesz miał kosztorys – mówiła dalej Gabriela. – Sprzedaj samochód, bo ta kolacja będzie cię słono kosztowała.
– Nie mam samochodu – odparł, mimo wszystko zawstydzony. Chce się szarpnąć na zakup kamienicy, nie mając nawet własnego samochodu. Ale nie był mu do tej pory potrzebny, a wszystkie oszczędności odkładał właśnie na pierwszą inwestycję.
– To sprzedaj któregoś z braci – rzuciła niefrasobliwie, a on musiał się uśmiechnąć. – Jeśli są choć w połowie tak przystojni jak ty, dostaniesz dobrą cenę. – Tym rozbroiła go zupełnie. I znów musiał powiedzieć do siebie w myślach: „Jesteś naprawdę obłędna, dziewczyno”, a na głos zapytać:
– Może wystarczy sprzedać… bo ja wiem… Telewizor? Komputer?
– Jestem kobietą luksusową. To będzie naprawdę droga kolacja. Zacznij oszczędzać – dodała ze śmiechem i rozłączyła się.
Zaprosił Gabrielę do restauracji w Hotelu Bristol. Czuł sentyment do tego miejsca. Tutaj, przy jego remoncie dostał pierwszą pracę. Pamiętał do dziś pierwszy dzień, gdy majster zmierzył wzrokiem jego chude, szesnastoletnie ciało, popatrzył chwilę w czarne, płonące jakąś dziką determinacją oczy stojącego przed nim chłopaka i zapytał:
– Ty na pewno, chłopcze, jesteś pełnoletni?
Wiktor bez słowa podał mu podrabiany dowód osobisty.
Majster od niechcenia zajrzał do środka, po czym powrócił spojrzeniem do oczu tego dziwnego młodego człowieka.
– Pracowałeś kiedyś na budowie? To ciężka harówa.
– Nie pracowałem, ale dam radę. Muszę zarobić na utrzymanie rodziny, a wy dobrze płacicie.
– Rodziny? Już się dorobiłeś dzieciaka?
– Dwóch. Mają po osiem lat. Są moimi braćmi. Zostaliśmy osieroceni, a ja nie chciałem, by pętali się po bidulach.
Majster pokiwał głową. Wiktor nie wiedział, czy z aprobatą, czy dezaprobatą, i nie obchodziło go to. Potrzebował pracy, a ta była najlepiej płatna ze wszystkich, jakie mógł dostać ktoś bez żadnego doświadczenia i kwalifikacji.
– Myślę, że długo tu miejsca nie zagrzejesz… – zaczął starszy człowiek, który znał życie i ludzi.
– Myli się pan – przerwał mu Wiktor. I znów ta dzika determinacja błysnęła mu w oku.
Majster przyglądał mu się długą chwilę. Zerkali nań również robotnicy, którzy właśnie zaczęli się schodzić do pracy i przebierać w robocze ciuchy, po prostu ściągając koszulę i spodnie, w których przyszli, i wkładając drelichy z logo firmy. Nie pasował tu. Nie pasował do nich. Prędzej do liceum, inteligencik-gołowąs z gładkimi rączkami, ale nie do tynkowania ścian, targania worków z cementem…
– Chodź ze mną – odezwał się nagle majster.
Wiktor ruszył za nim. Na progu męskiej toalety stanął jak wryty. Jeśli ten człowiek chce, by on…
– Właź, dzieciaku, nie biorę łapówki w naturze, a chcę cię o coś zapytać na osobności…
– I to jedyna osobność w całym hotelu? – odburknął Wiktor, wchodząc do środka.
– Zdejmuj koszulę – usłyszał w odpowiedzi.
Zmartwiał. Ostatnie, co chciałby pokazać komukolwiek, to blizny na plecach…
– To ciężka harówa. Szkoda mi czasu i nerwów dla kogoś, kto po prostu nie jest wytrzymały fizycznie – wyjaśnił majster. – Mówiąc krótko: chcę wiedzieć, czy masz krzepę.
Wiktor zaczął podwijać rękaw śnieżnobiałej koszuli, którą dzisiaj rano własnoręcznie wyprasował, by dobrze wypaść przed pierwszym pracodawcą.
– Zdejmuj koszulę – głos majstra był nieubłagany. Wiedział, że chłopak coś ukrywa, że kłamie w żywe oczy i skoro miał być odpowiedzialny za jego zdrowie, a może życie, musiał wiedzieć, dlaczego… Jakie ma powody… Jakie intencje…
Na taki widok – pleców pociętych cienkimi, srebrzystoczerwonymi bliznami, nie był przygotowany. I to ramię, jakby poszarpały je kły tygrysa. Starszemu człowiekowi, który widział w życiu niejedno, odebrało oddech.
Przez chwilę panowała cisza.
– Z-zakładaj z powrotem – zająknął się majster, gdy odzyskał głos. Wiktor powoli naciągnął koszulę na grzbiet i zaczął dopinać guziki.
– Kto ci to zrobił? – padło pytanie.
„Już ci powiem” – odczytał odpowiedź w oczach zrezygnowanego chłopaka.
– To pozostanie między nami, Wiktorze Prado – odezwał się majster zduszonym głosem. – To, że według mnie masz nie więcej niż szesnaście lat, a dowód jest podrabiany, również. Kto ci to zrobił?
Wiktor mierzył go przez chwilę tym swoim wilczym wzrokiem.
– Ojczym – wydusił wreszcie. – Drutem. Pas ani kabel nie cięły skóry do krwi i nie zostawiały blizn, a on chciał widzieć krew, lubił to.
– A ramię? – pytanie z trudem przeszło przez gardło starszego mężczyzny, zaciśnięte z wściekłości i współczucia. On na swoją żonę nigdy ręki nie podniósł, synów czasem trzepnął w ucho, gdy za bardzo pyskowali, pasem też potrafił przylać, ale ten chłopak był katowany przez psychopatę, nie wiedzieć jak długo i jak często…
Wiktor naciągnął rękaw na lewe ramię. Pięć ledwo zagojonych ran nadal potrafiło porządnie zaboleć. W oczach błysnęły mu łzy frustracji i upokorzenia. Nie chciał o tym, co było, rozmawiać z nieznajomym człowiekiem, choćby ten patrzył nań tak życzliwie i z taką litością, jak majster.
Mężczyzna stanął przed nim.
– Słuchaj, Wiktor, tych blizn nie ty powinieneś się wstydzić, zapamiętaj to na całe życie – zaczął.
Chłopak podniósł nań udręczone spojrzenie.
– Nie szpanuj nimi, nie rób z siebie męczennika… wiesz, co chcę powiedzieć, choć prosty człowiek ze mnie… ale to nie twój wstyd. Bydlakowi, który tnie drutem plecy dziecka, bo podnieca go widok krwi i cierpienia, obciąłbym rękę i nie tylko. Masz tę pracę, bo wiem, że musisz zarobić na siebie i rodzinę. I tak jak kwadrans temu z ciebie zwątpiłem, teraz wierzę, że dasz radę. Jak długo to znosiłeś?
– Trzy lata – padła cicha odpowiedź.
Majster znów wciągnął powietrze. Gdyby jego Jaśka albo Włodka, dorosłych już dziś synów, ktoś przez trzy lata tak maltretował… zabiłby skurwysyna…
Bez słowa wyciągnął do chłopaka rękę, ten podał swoją. Uścisk majstra omal mu jej nie zmiażdżył.
– Wracamy do reszty ekipy. Tak jak mówiłem: to pozostanie między nami.
Wiktor skinął głową i po chwili znów znajdowali się wśród coraz większej gromady robotników zaciekawionej „nowym”.
– Świerzbu ani wszy nie ma – odezwał się majster, wzbudzając tym powszechną wesołość i zwrócił się oficjalnym tonem, bez tych współczujących nut, których Wiktor nie chciał ani nie potrzebował: – Dołączysz do grupy Zenka, facet jest w porządku i nie da ci krzywdy zrobić…
– Potrafię sam się obronić.
– Tak, tak, pewnie. Szczególnie przed bandą pijanych roboli… Doceń, chłopcze, że daję ci dobre rady i dobrą fuchę. Dla reszty nie jestem tak łaskawy.
– Przepraszam. – Słowo padło, ale w głosie nie było za grosz pokory, mimo to majster już wiedział, że ten dzieciak rzeczywiście da sobie radę i nie będzie z nim kłopotów, jak z resztą.
– Praca od szóstej do szóstej. Nie lubię spóźnień, nie lubię, jak ktoś olewa i nie przychodzi do roboty. W sobotę robota do piętnastej i wypłata za cały tydzień.
– Rozumiem. Nie będę się spóźniał i nie stać mnie na odpuszczenie choć jednej dniówki.
– To mi się podoba. Od kiedy chcesz zacząć?
– Od dzisiaj, jeśli mnie pan przyjmie. W plecaku mam robocze ubranie.
Majster rzekł krótko:
– Masz tę fuchę. – Po czym dodał: – Przebierz się i zasuwaj na górę. Zenkowi powiedz, że od dziś z nim pracujesz z mojego polecenia.
Chłopak kiwnął głową i tak zaczął się najtrudniejszy rok w jego życiu. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie był tak strasznie zmęczony… Przychodził do nory, jaką znalazł daleko na Mokotowie i wynajął za grosze, ohydną, zagrzybioną i zapluskwioną, z czym musiał sobie poradzić ośmioletni Marcin. „Ty dbasz o porządek”, powiedział chłopcu. Obaj łykali, co im podsunął ośmioletni Patryk, nieważne czy było to jadalne, czy niejadalne: „Ty gotujesz” – brzmiał rozkaz. Wieczorem Wiktor padał z nóg na barłóg, jaki miał w rogu „pokoju”. Czasem się nawet nie rozbierał, bo z Krakowskiego Przedmieścia do ich nory jechało się w tamtych czasach półtorej godziny, plus spory kawał na piechotę. Zostawało mu więc kilka godzin snu, zanim budzik stawiał go na nogi o czwartej rano. Po pierwszym miesiącu wyglądał niczym żywy trup i majster był pewien, że odpuści, i każdy inny by to zrobił, ale nie Wiktor…
On zaciskał zęby i harował za trzech, aż starszy człowiek musiał go wezwać na rozmowę.
– Słuchaj, chłopcze… – zaczął, przyglądając się chyba jeszcze chudszemu niż miesiąc temu, ale równie zdeterminowanemu Wiktorowi. – Są na ciebie skargi.
Ten żachnął się, posyłając mu swoje wilcze spojrzenie.
Majster uśmiechnął szeroko:
– Pracujesz szybciej niż cała reszta i robisz za dwóch, a to… jak by ci powiedzieć… nie jest dobrze widziane. Po pierwsze, ludzie muszą też więcej harować, po drugie, ogólnie przyspieszasz tempo prac.
– To chyba dobrze? – mruknął chłopak.
– No właśnie, widzisz, nie. Ludzie nie lubią nadgorliwców, choćbym nie wiem jak im tłumaczył, że młody jesteś i energia cię roznosi. Zwolnij. Gdy oni robią przerwę na papieroska, siądź, zjedz kanapkę, zrób sobie herbatę albo po prostu popatrz w sufit. To dobra robota, dobrze nam wszystkim płacą, nie chcemy skończyć jej zbyt szybko, prawda?
Przez twarz Wiktora przemknął cień zrozumienia i uśmiechu, a on rzadko się uśmiechał.
– Oprócz tej drobnostki Zenek nie może się ciebie nachwalić, bo szybko się uczysz, dobrze i dokładnie pracujesz i nie sprawiasz kłopotów. Wyznaczyłem cię do premii.
Tym razem uśmiech był szerszy.
– Dziękuję, pani majstrze.
– Należy ci się. – Wręczył mu parę banknotów więcej niż co sobotę. – Wracasz w poniedziałek do pracy, czy masz dosyć?
– Wracam.
Dwa miesiące później był równie zmęczony, ale wyglądał już zupełnie inaczej. Nabrał muskulatury, z chłopca stał się młodym mężczyzną. Był cichy, nie rzucał się w oczy, robił, co mu kazano.
Z czasem prości robotnicy polubili go i przestali traktować jak wtykę majstra. Nigdy na żadnego nie doniósł. Tu rządził Zenek. Jeśli on przymykał oczy na wynoszenie niewielkich ilości materiałów budowlanych, Wiktor miał to głęboko gdzieś. Majster pewnie też.
– Siadaj z nami, młody – usłyszał kiedyś podczas przerwy śniadaniowej.
Bez wahania usiadł przy wspólnym stole. Rozwinął kanapki. Któryś podał mu kubek z herbatą, słodzoną dwiema łyżeczkami cukru, jaką Wiktor pijał, żeby mieć choć trochę więcej energii.
– Skąd jesteś, młody? – zapytał któryś.
– Z Warszawy.
Pokiwali głowami.
– Podobno wcisnęli ci dwóch braci na garb?
– Nikt mi nikogo nie wciskał. – Wiktor podniósł na tego który pytał pociemniałe spojrzenie. – Zostałem im tylko ja, a braci do sierocińca nie oddam.
– Spokojnie, młody, nie unoś się. Tak tylko pytałem. – Tamten uniósł wielkie, spracowane ręce w geście poddania. – Masz, żonka zapakowała mi więcej niż zwykle, częstuj się. Jesteś w porządku.
Podał Wiktorowi pachnącą szynką i serem kanapkę z pomidorem, sałatą, ogórkiem. Wziął bez wahania, dziękując za poczęstunek i z rozkoszą wgryzł się w świeży chleb. Mały, zaledwie ośmioletni Patryk starał się, jak mógł, w soboty Wiktor próbował go uczyć gotowania prostych posiłków, ale takich kanapek jeszcze się mały robić nie nauczył. Te jego zawsze wyglądały jak przeżute kapcie…
Przy stole panowała przez chwilę cisza. Każdy z robotników wcinał śniadanie, siorbał herbatę albo kawę.
– Skąd masz te blizny, młody? – zapytał nagle ten, który poczęstował Wiktora kanapką.
Nagle wszyscy patrzyli na pięć sinoczerwonych pręg, które cięły ramię chłopaka. Pracował w podkoszulku i były dobrze widoczne. Od barku, aż do ramienia. A oni od tygodni się zakładali, gdzie chłopak je zarobił.
– Tygrys pazurami mnie potraktował – odparł Wiktor beznamiętnie. – Stanąłem kiedyś za blisko krat.
Łyknęli to kłamstwo. Majster zarządził koniec przerwy, ale tego dnia Wiktor nie popracował, bo przez głupi wypadek mało nie stracił ręki. Akurat niósł worek cementu, gdy usłyszał krzyk: – Wiktor, uważaj!!! – a wielkie okno, które wstawiali, runęło wprost na niego, roztrzaskując się po drodze o wspornik.
Szkło siekło go po przedramieniu. Trysnęła krew. Kilku przypadło do chłopaka, który zdążył już położyć worek na ziemi. Ktoś pobiegł po apteczkę. Wiktor przyglądał się ranie beznamiętnie. Skóra, może kawałek mięśnia. Gorsze zszywał mu dwa miesiące wcześniej doktor Braniewski u siebie w kuchni.
Krew wsiąkała w cementową posadzkę największego apartamentu Hotelu Bristol dotąd, aż majster nie przyłożył kompresu, nie owinął rany szybko i dokładnie bandażem i nie zadysponował:
– Jedziemy do szpitala. Masz miesiąc płatnego urlopu, jeśli nie doniesiesz Urzędowi Pracy, że to z naszej winy.
Wiktor kiwnął tylko głową. Nie zamierzał donosić na ludzi, którzy może nie stali się jego drugą rodziną, nie byli nawet przyjaciółmi, a mimo to uczynili dla niego więcej niż ktokolwiek inny w jego życiu oprócz doktora Braniewskiego.
A potem przez miesiąc tylko spał i jadł.
I wrócił do roboty.
Te wspomnienia – wcale nie takie złe, bo naprawdę był z siebie dumny, że wytrzymał do końca remontu, a potem majster zlecał mu lżejsze i lepiej płatne fuchy – powróciły, gdy zamawiał stolik dla dwóch osób w przytulnej wnęce hotelowej restauracji. 

c.d. za 2 tygodnie

3 komentarze:

  1. I znowu lzy wzruszenia i oczekiwanie na kolejny odcinek. Ehhh byle do 20 ;-)
    Pani Kasiu jest Pani niesamowita i jedyna. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ksiazke juz dawno polknelam ale Pani Katarzyno kiedy wyjdzie kolejna czesc?

    OdpowiedzUsuń
  3. książkę łyknęłam czekam na dalsze części, kiedy się ukażą

    OdpowiedzUsuń