piątek, 20 stycznia 2017

Leśna Polana Odcinek 18...



 ... w którym rozkwita miłość Gabrieli i Wiktora.

Wieczorem podjechał pod blok na Bielanach, w którym mieszkała Gabrysia, kazał taksówkarzowi poczekać i wszedł na górę. Tak przynajmniej uznał za stosowne: do kogoś, kogo z biciem serca zaprasza się na pierwszą randkę, nie puszczasz sygnału, że czekasz na dole, tylko wjeżdżasz windą na dziewiąte piętro, pukasz do drzwi, a gdy otwiera ci dziewczyna – ta właśnie, z którą się umówiłeś – z ładnie ułożonymi włosami, w delikatnym makijażu, podkreślającym jej urodę i w przepięknej, obcisłej, ale nie wyzywającej czarnej sukience, mieniącej się kryształkami, przełykasz głośno ślinę i mówisz:
– Gabrielo Leszeńska, wyglądasz olśniewająco.
Gabrysia zaśmiała się i zarumieniła z zakłopotania. Spojrzała po sobie. Sukienka była prosta, z czarnego aksamitu, krój i dekolt w serce ładnie podkreślały jej kształty, ale najpiękniejsze były kryształki, które Gabrysia odkleiła wieki temu od ślubnej sukni mamy i pracowicie przykleiła do czarnego aksamitu, mając nadzieję, że kiedyś się komuś spodoba. Nawet nie marzyła, że ten ktoś będzie tak obłędnie przystojny – szczególnie dziś, w czarnej, dobrze skrojonej marynarce i śnieżnobiałej koszuli…
Uniósł jej dłoń nad głowę, obrócił. W przedpokoju zaiskrzyło.
– Wyglądasz jak niebo pełne gwiazd – powiedział z nieudawanym zachwytem w głosie.
Gabrysia uśmiechnęła się i podniosła nań oczy, pokreślone zielonym cieniem i czarnym tuszem na długich rzęsach. Pachniała bzem, tak jak poprzednio i ten zapach już na zawsze miał mu się kojarzyć właśnie z nią. Była tak blisko… Słyszał niemal bicie jej serca. Miał ochotę pochylić się i pocałować jej usta, lśniące od błyszczyka, ale pohamował się.
– Jesteś niewiarygodnie piękna – rzekł za to niskim, miękkim głosem.
Spuściła oczy, ponownie zmieszana niekłamanym zachwytem w jego oczach, urodą tego mężczyzny i własnymi uczuciami.
– Próbuje pan tymi komplementami dostać kosztorys za bezcen, panie Prado? – zażartowała.
Zaśmiał się cicho, seksownie.
– Zapłaciłbym podwójnie, by móc jeszcze raz zabrać cię na kolację.
– To niewykluczone – uśmiechnęła się, znów swobodna. – Pomyślałam, że dam ci te tabele po kolacji, razem z moim komentarzem. Wrócimy tutaj i powiem co sądzę o tej inwestycji. Na kolacji z mężczyzną nie byłam od tak dawna, że chciałabym się po prostu cieszyć tym wieczorem, co ty na to?
– Chcesz mnie po kolacji zaprosić do siebie? – upewnił się, czy dobrze słyszy.
– Bez skojarzeń. Jedynie w celach służbowych – jej głos był w tej chwili stanowczy, bez żadnych dwuznacznych, uwodzicielskich nut. – Nie gwałcisz chyba dziewic? – dodała, by nieco złagodzić tę stanowczość.
– A jesteś dziewicą?
Spuściła wzrok i zarumieniła się.
– Ja jak coś palnę – wyszeptała. – Jedźmy, książę, na ten bal, póki nie pogrążę się całkowicie.
– Okej, ale pantofelek poproszę z góry, jako zaliczkę. Nie będę ciebie później po Polsce szukał, gdy postanowisz zniknąć – odparł, czym od razu ją rozbroił. Roześmiała się tak, jak tylko ona potrafiła, serdecznie, ślicznie, bez cienia fałszu czy kokieterii. Już zaczynał to w niej uwielbiać…
Wiktor wyszedł z mieszkania i poczekał, aż jego towarzyszka zamknie drzwi. W milczeniu wsiedli do taksówki, podjechali pod Bristol, Wiktor zapłacił, otworzył drzwi od strony dziewczyny i podał jej rękę. Poprowadził Gabrielę przez lśniący od złota, marmuru i kryształów hall, weszli do restauracji, skąpanej w ciepłym, przytłumionym świetle.

Oparł dłoń na jej plecach, aż poczuła ciarki na nagiej skórze – tak by wszyscy mężczyźni, którzy teraz na Gabrielę patrzyli, nie mieli wątpliwości, że przynajmniej dziś wieczór należy do niego, Wiktora – i poprowadził ją przez całą salę do zarezerwowanego stolika. Na obcasach poruszała się pewnie i z wdziękiem.
– Wszyscy mężczyźni pożerają cię wzrokiem – szepnął. – Jestem szczęściarzem, mając dziś tak piękną kobietę u boku.
– Proszę, nie żartuj sobie ze mnie – odszepnęła. – To raczej ciebie pożerają wzrokiem, i nie mężczyźni, tylko kobiety. Wszystkie, co do jednej. Mógłbyś mieć każdą z nich, a masz… taką mnie.
Spojrzał na nią zdumiony. Odsunął krzesło, by mogła usiąść.
– Ty chyba nie masz kompleksów? – zapytał, odbierając od kelnera menu.
Wzruszyła ramionami.
– Jestem do bólu nudną i zwyczajną szarą myszą, zakopaną w tabelach. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów mogłam założyć coś bardziej eleganckiego niż to, co noszę na co dzień. – Rozejrzała się po restauracji, robiącej oszałamiające wrażenie wystrojem i elegancją. – Pierwszy raz ktoś zaprosił mnie na kolację w tak piękne miejsce i cieszę się, że jesteś to ty.
– Powiedz raczej, że pozwoliłaś się zaprosić – sprostował za nią.
– Masz rację, nigdy nie wchodzę w prywatne relacje z klientami.
– Dlaczego więc dzisiaj złamałaś tę zasadę? – Wpatrzył się w jej błyszczące oczy, ona zatonęła w jego czarnych źrenicach, pochyliła się lekko ku niemu i wyszeptała:
– Odpowiedz sobie na to pytanie sam, Wiktorze Prado.
On ujął jej dłoń, wtulił usta w ciepłe, pachnące bzem wnętrze. Gabriela poczuła żar, rozlewający się od jego ust i rąk po całym jej ciele. Czegoś takiego nie przeżyła nigdy. Aż przygryzła wargi, by stłumić jęk.
– Proszę, Wiktor – zdobyła się na błagalny szept.
Puścił jej rękę tylko dlatego, że podszedł kelner, by zapytać, czy dokonali już wyboru.
– Tak – odezwał się Wiktor, patrząc Gabrieli prosto w oczy – ja już wybrałem.
Uśmiechnęła się, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– Może dam państwu jeszcze parę minut – odezwał się kelner i odszedł dostojnie.
– Gabriela – głos Wiktora zmusił ją, by spojrzała nań powtórnie – mówię zupełnie poważnie: ja już wybrałem.
Znów pokręciła głową.
– Możesz mieć każdą kobietę, jakiej zapragniesz. Nie baw się mną, proszę – w jej głosie zabrzmiało nieudawane błaganie.
Z każdą minutą, z każdym uderzeniem serca pragnęła tego mężczyzny coraz bardziej, nie fizycznie, czy może nie tylko fizycznie, to nie było li tylko pożądanie, ona pragnęła go pokochać. Był pierwszym, który wzbudził w niej tyle uczuć, tyle marzeń i pragnień. Dlaczego musiał być tak piękny? Zaliczy kolejną zdobycz i odejdzie, a ona zostanie ze złamanym sercem, opłakując swoją pierwszą miłość… Nie ma mowy.
– Naprawdę masz o mnie tak marne mniemanie? – zapytał, próbując ukryć urazę. – Uważasz, że uwodzę wszystko, co się rusza, dla zabawy? Miałem do tej pory jedną dziewczynę, ale nie wytrzymała tego, że ciągle pracuję, a gdy nie pracuję, to nadganiam naukę. Od tamtej pory jestem sam. Sam do bólu. Już moi młodsi bracia są bardziej doświadczeni w uwodzeniu niż ja. Dlaczego uważasz, że zapragnąłem się zabawić twoim kosztem?
Słuchała jego słów z niedowierzaniem. On, ten piękny, czarnowłosy, czarnooki mężczyzna i sam?
A ty? – zapytała siebie w myślach.
Pragnęła mu wierzyć…
– Dlaczego ja? – wyszeptała.
Wstał gwałtownie. Postawił ją przed wielkim kryształowym lustrem, zdobiącym ścianę. Wnęka, w której siedzieli, była tak ukryta, że nikt ich teraz nie widział.
– Mogę cię pocałować? – zapytał, stając za nią i kładąc ręce na jej ramionach.
Patrzyła mu poprzez lustro w oczy wielkimi pociemniałymi źrenicami. Wreszcie zdobyła się na kiwnięcie głową.
– Więc zamknij oczy.
Zrobiła to, o co prosił. Nie prosił, a nakazał. Przymknęła powieki i nagle poczuła muśnięcie jego ust na karku, potem nieco niżej. Aż nogi się pod nią ugięły. Gdyby nie trzymał jej za ramiona, chyba osunęłaby się na marmurową posadzkę. Całował ją, a ona rozpływała się, płonęła od tych pocałunków.
Nagle oderwał wargi od jej karku i wyszeptał:
– Teraz otwórz oczy i spójrz, jaka jesteś piękna.
Uniosła powieki. Przed sobą miała zupełnie inną kobietę niż jeszcze minutę wcześniej. Płonęła wewnętrznym blaskiem. Z oczami błyszczącymi nieznanym jej dotychczas uczuciem.
Aż westchnęła, oczarowana i sobą, i tym mężczyzną, który stał za nią, wciąż trzymając dłonie na jej ramionach.
– A zakochałem się w tobie, gdy byłaś szarą myszką w sukience z białym kołnierzykiem – mówił niskim, nabrzmiałym pożądaniem głosem.
– Zakochałeś się we mnie? – powtórzyła, odwracając się ku niemu i unosząc nań pełne niedowierzania oczy.
– Tak. Zakochałem.
Wróciła do stolika. Opadła na krzesło zupełnie bez sił. Poczuła łzy pod powiekami.
Tak chciała, tak bardzo chciała mu uwierzyć, zaufać.
I nie mogła.
Ponownie podszedł kelner.
Zamówiła proste danie i herbatę. Wiktor też nawet nie spojrzał do menu.
Gdy ponownie zostali sami, Gabrysia zdołała już dojść do siebie. Znów była lekko zdystansowaną, profesjonalną kosztorysantką na kolacji z klientem.
Widział to. Ale… nagle zdecydował, że się nie podda. Skoro przeszedł przez piekło, nie zrezygnuje z raju. Zdobędzie Gabrielę Leszeńską, bez względu na jej obawy i zahamowania. Udowodni jej, że dotrzymuje słowa, że nie jest uwodzicielem, jak Marcin. Że gdy mówi: „kocham”, to znaczy, że kocha.
– Opowiedz mi o sobie – poprosił lekkim tonem.
Od razu się rozluźniła i zaczęła mówić o swoim przybranym ojcu, o tym jak przygarnął ją razem z matką i siostrą, a potem zostali sami. Mówiła, jakie Antoni Leszeński przeszedł piekło, mając zaledwie osiemnaście lat, opowiadała, jak był osobistym więźniem jednego z katów X Pawilonu, jak po trzech latach tortur cudem udało mu się wyrwać z łap tamtego bandyty, ale przypłacił to zdrowiem.
Gdy padło słowo „Hitlerek”, serce Wiktora, słuchającego do tej pory uważnie, zamarło w pół uderzenia. Zbladł tak, że Gabriela umilkła, zaniepokojona.
– Co się stało?
Przez chwilę zmuszał się, by złapać haust powietrza.
– Znam tego bandytę z Rakowieckiej – odezwał się nieswoim głosem. – Przez długie trzy lata był także moim katem.
I opowiedział Gabrieli swoją historię.
Gdy skończył, miała oczy pełne łez, ale wiedziała też jedno: Wiktor jest jedynym mężczyzną na świecie, któremu może zaufać. Który jej nigdy nie skrzywdzi. Ktoś, kto nosi takie blizny na ciele i duszy, a mimo to pozostał dobrym, szlachetnym człowiekiem, zaharowującym się, by wraz z braćmi – choć właściwie braćmi nie byli – pozostać razem, nie jest w stanie nikogo zranić.
Jedzenie, które przyniósł kelner, już dawno wystygło, a tych dwoje nadal zwierzało się sobie z lat smutku, zmęczenia, pracy ponad siły, walki o każdy dzień.
Łączyło ich wszystko. Dzielił… Jeszcze nie wiedzieli, kto ich rozdzieli. I może to dobrze. Przynajmniej mieli przed sobą piękny, wypełniony miłością i marzeniami rok.
Gdy wtuleni w siebie wracali na Bielany, oboje byli już zupełnie innymi ludźmi.
Gabriela weszła do mieszkania, a on zamknął za nimi drzwi, po czym ujął jej twarz w dłonie i zrobił to, o czym marzył od trzech dni. Zaczął całować. Jej usta, szyję… Wsunął dłonie we włosy dziewczyny i całował dotąd, aż poczuł, że uginają się pod nią nogi.
Oderwał się od jej słodkich, gorących warg, zajrzał w zogromniałe źrenice. Oddychała szybko i płytko, serce tłukło się w jej piersi jak chwycony w dłonie ptak.
– Ty nadal się mnie boisz – wyszeptał.
Oczy wezbrały jej łzami, zdobyła się tylko na potaknięcie.
– Będę czekał, aż mi zaufasz, Gabrielo – pocałował ją raz jeszcze, miękko, delikatnie, z czułością i… wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi. Oparła się o nie i rozpłakała. Z żalu, że nie został, i z ulgi, że nie nalegał na więcej.
Zdobywał ją długo i cierpliwie przez ładnych kilka miesięcy. Oswajał niczym dzikie, spłoszone zwierzątko. Gdy udało się im wykraść kilka godzin tylko dla siebie, chodzili na randki niczym dwoje nastolatków… Całowali się w parku, nad Wisłą, w zaułkach Starówki… Przynosił jej bukiety kwiatów albo wspaniałe purpurowe różę, a potem tulili się do siebie tak długo, pieścili muśnięciami dłoni, aż ona cofała się, przepraszając go ze łzami w oczach. Była tak nieufna… Taka płochliwa…
Aż wreszcie któregoś wieczoru, gdy odprowadził ją do domu po spacerze w noc spadających gwiazd, przytrzymała go za rękę, zanim skierował się do drzwi i poprosiła:
– Zostań. Nie odchodź. Zostań ze mną.
Bez słowa zawrócił, wziął ją na ręce i położył na łóżku. Zaczął całować, jednocześnie zdejmując z niej sukienkę, a ze swych ramion koszulę. Poczuł, że znieruchomiała. Spojrzał na nią pytająco. Patrzyła na pięć blizn, które nosił na ramieniu. Powoli przeciągnęła po jednej z nich palcem, a potem objęła go z całych sił i już nie wypuściła z objęć.
W jednej tylko chwili, czując jego męskość gotową do wtargnięcia w jej wnętrze, poprosiła cichutko:
– Bądź… bądź delikatny. Jesteś moim pierwszym mężczyzną.
– A ty moją pierwszą miłością – odparł tak samo cicho, potem pieścił ją dotąd, dłonią, językiem, ustami, aż odchodząc niemal od zmysłów z rozkoszy jęknęła błagalnie:
– Wejdź we mnie, proszę…
I nawet nie poczuła bólu pierwszego razu, zatracając się w pędzie do spełnienia…
Następnego dnia, gdy obudzili się ciasno wtuleni w siebie, Gabriela pierwsza otworzyła oczy i patrząc na oddychającego spokojnie Wiktora, śpiącego tak ufnie w jej ramionach, mimo blizn tnących jego plecy i ramiona, poczuła taką miłość do tego mężczyzny, że aż jej dech zaparło. Patrzyła nań z niedowierzaniem, że wybrał właśnie ją, dotąd, aż obudził się, przyciągnął ją do siebie, wyszeptał:
– Kocham cię – i znów zaczął rozpalać każdym dotknięciem, każdym pocałunkiem, jakby całej nocy rozkoszy nie było mu dosyć.
Tego dnia, na który czekał tak długo, zabrał ją w tajemnicze miejsce, na piękną, skąpaną w promieniach słońca polanę, przed dom, który od razu pokochała, poprosił by usiadła na ławce pod wiekową lipą, a potem, trzymając w drżących ze wzruszenia i niepewności dłoniach śliczny pierścionek z dwoma szafirowymi serduszkami, otoczonymi przez maleńkie brylanciki, zapytał:
– Gabrielo, czy zostaniesz moją żoną?
Rozpłakała się ze szczęścia i wzruszenia, zarzuciła mu ręce na szyję, szepcząc słowa, które chciał usłyszeć. Zaczął ją całować, na początku miękko i delikatnie, potem coraz mocniej, z coraz większą namiętnością. Wyszła mu naprzeciw, oddała tutaj, na cichej polanie, w promieniach słońca, wśród śpiewu ptaków. Nim rozkosz odebrała jej oddech, wykrzyczała jego imię i słowa „kocham cię”.
Długo… bardzo długo tulił ją potem do serca i wreszcie rzekł:
– Jesteś moją pierwszą miłością. Ten dom znalazłem dla ciebie. Dla nas. Tu zamieszkamy, tu będzie nasz azyl, tutaj będą stawiać pierwsze kroki nasze dzieci. Już wiem, że i ja mogę mieć szczęśliwą rodzinę.
Mylił się.

c.d. za 2 tygodnie...

2 komentarze:

  1. Aż się popłakałam. Ze wzruszenia, ale i ze smutku, że ktoś im to szczęście odebrał. Oni są wspaniali i muszą być razem. <3

    OdpowiedzUsuń