piątek, 3 lutego 2017

Leśna Polana Odcinek 19...

...w którym piękny sen nagle się kończy.



Leśna Polana – i Gabriela – musiały poczekać tylko, aż Wiktor sprzeda kamieniczkę w Wadowicach, a chętnych było sporo. Inwestycja okazała się wielkim sukcesem. Żadne z mieszkań, wyremontowanych i wypieszczonych, nie stało puste nawet przez jeden dzień.
Od początku przynosiła zysk, który trzem niemal głodującym do tej pory, i ponownie bezdomnym braciom Prado, wydawał się kosmiczny. A gdy Wiktor postanowił wreszcie: „Sprzedajemy!”, każdy z nich zarobił po pierwszym milionie. I tak jak poprzednio, dwaj młodsi oddali niemal całość do dyspozycji Wiktora. On przez następne parę lat pomnożył ten majątek wielokrotnie, ale najpierw popełnił błąd, który go drogo kosztował. A jego miłość i narzeczoną, Gabrysię Leszeńską, jeszcze drożej...

Wchodząc po schodkach żoliborskiej willi, z trudem powstrzymywał triumfalny uśmiech. Nic nie mógł na to poradzić. Nie mógł się temu oprzeć.
Coś w głębi duszy szeptało ostrzegawczo: „Nie rób tego. Nie drażnij bestii”, ale chciał… Chciał pokazać swemu katu, że mimo wszystko nie tylko poradził sobie – poradzili sobie we trzech – ale i osiągnął to, czego tamten nigdy nie miał i mieć nie będzie. Za miesiąc Gabriela zostanie jego żoną, on, Wiktor, będzie się cieszył szczęśliwą rodziną, dziećmi, Leśną Polaną, którą miał zamiar podarować Gabrysi w dniu ślubu…
Przekraczając próg, czuł smak zwycięstwa, ale i… strach. Nienawidził tego domu i bestii, która się w nim zagnieździła.
– Proszę, proszę – usłyszał głos ojczyma, nim go zobaczył – bękart marnotrawny wraca do tatusia…
– Nie jesteś moim ojcem – wycedził, stając twarzą w twarz z Adolfem Kuchtą.
Ten siedział w ciemnym, cuchnącym petami i alkoholem pokoju, z twarzą jak zwykle czerwoną i nalaną. Że też jeszcze się trzymał, mimo hektolitrów wódki, jakie do tej pory wypił...
Wiktor stanął metr od fotela, na którym zaległ Tamten.
– Przyszedłem, żeby nacieszyć oczy twoim upadkiem, ubecka świnio, i rzeczywiście, jest się czym cieszyć. – Omiótł wzrokiem ohydną norę, niewiele różniącą się od tej, w której kiedyś mieszkał z braćmi. – Mam też dla ciebie parę wiadomości, a wszystkie dobre: moi bracia wyrośli na świetnych, mądrych, a teraz i bogatych facetów. Nie zdołałeś złamać żadnego z nas.
Kuchta, patrząc nań beznamiętnie, sięgnął po tlącego się papierosa, zaciągnął się i czekał.
– Ja jestem szczęśliwie zakochany w cudownej dziewczynie i za miesiąc bierzemy ślub – ciągnął Wiktor, nie wiedząc, że pogrąża się z każdym słowem. Gdyby nie był tak pewny siebie, gdyby wsłuchał się w krzyk gdzieś z dna duszy: „Przestań! Zamilcz i wyjdź! Uciekaj od tej bestii jak najdalej!”, ale on słyszał jedynie swój głos, mówiący z triumfem:
– Trzecia wiadomość jest najlepsza: moją żoną zostanie Gabriela Leszeńska. Mówi ci coś to nazwisko?
I nagle zapada cisza, jakby czas zamarł na kilka uderzeń serca.
Wiktor patrzy, jak twarz Tamtego tężeje, a potem wykrzywia się w wyrazie skrajnej nienawiści i po raz pierwszy słyszy ten skowyt, dochodzący z głębi serca.
Kuchta podnosi się i staje twarzą w twarz z Wiktorem. Mierzą się przez chwilę wzrokiem.
- To ja mam dla ciebie tylko jedną wiadomość i nie będzie już tak dobra, jak twoje – odzywa się Tamten i… uśmiecha się. Uśmiecha tak zimno, że młody mężczyzna czuje, jak ten uśmiech ścina mu krew w żyłach. – Jeżeli to zrobisz, jeśli ożenisz się z Leszeńską, następnego dnia ją zgwałcą w sześciu albo dziesięciu nieznani sprawcy, a ten skurwiel Leszeński będzie miał nieszczęśliwy wypadek. Ot, spadnie ze schodów i skręci kark. Albo potrąci go na przejściu dla pieszych inny nieznany sprawca.
Z każdy słowem Kuchty Wiktor czuje, jakby spadał w czarną otchłań. Oddech więźnie mu w gardle.
- N-nie zrobisz tego – wykrztusza wreszcie.
- Nie? – odpowiada tamten i uśmiecha się szeroko. – A kto mnie powstrzyma, bękarcie? Ty?
Opada na fotel i przez kłąb papierosowego dymu patrzy, jak Wiktor, chwiejąc się na nogach wychodzi, niemal ucieka z tego domu, od tej bestii, która w nim mieszka. Jeszcze długo goni go jej rechot…
Tego dnia nie chciał się spotkać z Gabrielą na codziennym, wieczornym spacerze. Miotał się po swoim mieszkaniu, zadając sobie ciągle to samo pytanie: Czy Tamten jest w stanie spełnić groźbę? Obie groźby?
Odpowiedź dostał nazajutrz wieczorem…

Majka i Patryk, zasłuchani w opowieść Wiktora wstrzymali oddech. Mężczyzna wstał, spojrzał na swoje ręce. Drżały. Prawdę mówiąc, czuł drżenie w całym ciele. Podszedł do barku, wyjął pierwszą lepszą butelkę i szklankę, nalał do pełna, wychylił jednym haustem, pieprzyć zasady!, i dopiero wrócił na swój fotel.
Młodszy brat, nagle przeraźliwie trzeźwy, i równie trzeźwa w tej chwili Majka, wpatrywali się w niego wielkimi z przerażenia oczami. Jeżeli usłyszą to, co spodziewają się usłyszeć…
– Gabriela zniknęła nazajutrz – zaczął Wiktor nieswoim głosem. – Razem z Antonim, któremu opowiedziałem o swoim przeklętym postępku, odchodziliśmy od zmysłów, dzwoniąc po jej znajomych, klientach, szpitalach… Ja czekałem w jej mieszkaniu, gdy późną nocą dostałem telefon od Leszeńskiego. Mówił cicho, z trudem powstrzymując łkanie.
– Gabriela się odnalazła. Przyjedź, Wiktor, do mnie. Musimy porozmawiać.
Wsiadł do swojego nowiutkiego volvo i jak szalony pognał na Żoliborz.
Gdy bez pukania wpadł do mieszkanka Antoniego, ten siedział w pustej kuchni. Policzki miał mokre od łez, ale twarz już spokojną, jak wykutą z granitu.
– Gdzie ona jest?! Nic się jej nie stało?!
– Śpi w moim pokoju. Możesz do niej wejść i na nią spojrzeć. Za minutę tutaj wrócisz i wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia – w głosie starego człowieka brzmiała stal. Wiktor po raz pierwszy słyszał go i widział takiego. To był tamten Antoni Leszeński, który przez trzy lata znosił nieludzkie tortury, a mimo to przeżył i pozostał dobrym człowiekiem. Kuchta go nie złamał, śmierć ojca i matki go nie złamała, ale gdyby coś stało się jego ukochanej przybranej córce, Gabrysi, nie podniósłby się już, tego Wiktor był pewien.
– Jedna minuta – powtórzył, wskazując Wiktorowi drzwi sypialni.
Młodszy mężczyzna wszedł do pokoju, oświetlanego przyciemnioną nocną lampką.
Gabriela spała głębokim, spokojnym snem, z rękami pod policzkiem. Wyglądała tak pięknie i niewinnie, jak porcelanowa laleczka, którą łatwo upuścić i stłuc…
Wyszedł, odetchnąwszy z ulgą, zamykając za sobą cicho drzwi. Nic się jej nie stało. Nie była ranna ani pobita.
Ulga okazała się przedwczesna.
– Usiądź, synku – odezwał się Leszeński, o którego istnieniu Wiktor na moment zapomniał.
Zrobił to, co Antoni mu kazał.
– Wyrzucili ją z samochodu pod drzwiami mojego mieszkania godzinę temu...
– Godzinę?! A ty mi dopiero przed chwilą powiedziałeś, że się odnalazła?! Ja od zmysłów…
– Była w szoku. Dałem jej silny lek uspokajający i czekałem aż uśnie – mówi Leszeński. – Zgarnęli ją z ulicy, gdy wracała do domu, ot tak – pstryknął palcami. – Nikt nie zauważył porwania młodej kobiety. Wywieźli do lasu. W sześciu, tak jak obiecał ci twój ojczym.
Wiktor poczuł, że robi mu się czarno przed oczami.
– Zdarli z niej ubranie, dotykali, wkładali palce w jej intymność… – ciągnął Antoni. – Potem cisnęli w nią ubraniem, przywieźli tutaj, pod mój dom i kazali, żeby mi powtórzyła: „To ostrzeżenie”.
Umilkł i patrzył na siedzącego naprzeciw młodego mężczyznę, którego zdążył pokochać jak syna i uwierzyć mu, że nigdy Gabrieli nie skrzywdzi, a który teraz, śmiertelnie blady, próbował się podnieść. Wreszcie wstał, przeszedł kilka kroków, osunął się na kolana przed Antonim i, płacząc, zaczął powtarzać:
– Co ja mam robić? Boże jedyny, co mam robić?! On, ten bydlak, ta bestia, nie cofnie się przed niczym. Skrzywdzi ją, jeśli się pobierzemy… Co mam robić? – spojrzał pełnymi łez oczami w twarz Antoniego, który przez cały ten czas gładził go po włosach. Teraz ta ręka zamarła bez ruchu.
– Zerwij, synku, te zaręczyny. Jeśli kochasz Gabrielę, a wiem, że tak jest, odejdź i nie wracaj, dopóki nie będzie bezpieczna…
Chociaż Wiktor myślał, że nie zdoła przeżyć choć jednego dnia bez Gabrieli, choć umierał z tęsknoty godzina po godzinie i nigdy się nie pogodził z tą stratą, nigdy nie szukał ani nie znalazł innej kobiety, z którą mógłby dzielić życie, zrobił to, co kazał mu Leszeński i własne sumienie. Odszedł.

Majka i Patryk słuchali wstrząśnięci. Ale to jeszcze nie był koniec.
– Pięć miesięcy później dostałem zaproszenie na jej ślub – mówił Wiktor martwym głosem. – Na ślub Gabrieli, mojej Gabrieli, z jakimś facetem. Pojechałem do niej tydzień wcześniej. Wytłumaczyć, dlaczego musiałem odejść i błagać ją, by tego nie robiła, by na mnie poczekała, o ile jeszcze mnie kocha.
Zacisnął powieki.
Jak dziś miał przed oczami jej obraz z tamtego popołudnia: Gabriela siedzi na ławce w ogrodzie przyszłego męża. Jest w zaawansowanej ciąży. Wygląda jak Madonna, oświetlona promieniami słońca i rozświetlona od wewnątrz miłością do dziecka, które nosi pod sercem. Nagle kładzie dłonie na brzuchu i zaczyna gładzić maleństwo, którego ruchy wyczuwa, z uśmiechem tak czułym…
Wiktor do dziś czuł ból na wspomnienie tego uśmiechu i miłości w każdym jej ruchu. Wycofał się wtedy po cichu, wiedząc, że nic tu po nim. Gabriela odnalazła swoje szczęście bez niego. Wyjechał i nie zobaczył jej już nigdy więcej.
Teraz, dziewięć lat później, siedział we wspaniałym apartamencie, z palcami wpitymi we włosy, złamany, jak tamtego dnia.
Nagle poczuł na kolanach czyjeś dłonie. Uniósł twarz i spojrzał prosto we fiołkowe oczy Majki, też pełne łez, ale i czegoś jeszcze…
– Wiktor, myślę, że to było twoje dziecko – wyszeptała.
Jego oczy zogromniały.
– Ona nigdy nie przestała cię kochać. Myślę, że gdy odszedłeś, była już w ciąży, już wiedziała, a może jeszcze nie, że nosi twoje dziecko, twojego synka. Gdy zniknąłeś bez słowa wyjaśnienia, zaraz po tym, jak przeżyła taki szok, to porwanie, to… molestowanie… Możesz sobie wyobrazić, co poczuła. Jak strasznie poczuła się zdradzona. Ja myślę, że to mogło być tak: przyrzekałeś, że jej nigdy nie skrzywdzisz, a potem zostawiasz ją ot tak wtedy, gdy najbardziej ciebie potrzebuje. Bierze więc pierwszego lepszego, który się nawinął, może on wie, że ona jest w ciąży, może nie. Gabrysia tuż przed ślubem wyjawia mu prawdę, że to nie jego dziecko, on strzela – do tego dziecka, do niej, na końcu do siebie. Normalny facet, nawet chory z zazdrości, nie zabijałby swojego dziecka, a dwa pierwsze strzały Gabriela dostała w brzuch. Myślę, Wiktor, że kochała cię do końca i miała nadzieję, że zostanie jej po tobie chociaż to maleństwo...
Oparła mu głowę na kolanach, jak on lata temu na kolanach Leszeńskiego i zaczęła cicho płakać.
Wiktor siedział, jak ogłuszony. Dopiero po długiej, długiej chwili zaczął machinalnie gładzić łkającą Majkę po włosach.
– Co ja zrobiłem? – wyszeptał, czując piekące łzy pod powiekami. – Zabiłem naszą miłość, zabiłem nasze dziecko… Za co? Za co ktoś nas oboje tak przeklął?
– Nie ktoś, a Tamten – syknął Patryk z nieukrywaną nienawiścią. – To bydlę bez sumienia, bez uczuć… – Wstał gwałtownie, bo nie mógł usiedzieć w miejscu. Gdyby w tej chwili przed tym młodym, spokojnym zazwyczaj mężczyzną, postawiono jego ojczyma, chyba by go zabił.
Odwrócił się do Wiktora.
 – Ty zrobiłeś wszystko, co należało wtedy zrobić. Gdybyś powiedział Gabrieli prawdę, nalegałaby, byś został i zostałbyś, a tamto bydlę spełniłoby swoją obietnicę co do joty. Gdybyście próbowali uciec na koniec świata…
– Myślałem o tym – wpadł mu w słowo Wiktor. – Prosiłem Antoniego o pozwolenie, odparł, że on już nie nadaje się na podróże, musiałby zostać, a gdyby Tamten spełnił drugą część „obietnicy”, Gabriela nigdy by mi nie wybaczyła śmierci ojca.
– Tak właśnie by było – skwitował Patryk. – Postawił cię nasz tatusiek pod ścianą i przystawił pistolet do czoła, tak jak lubił. Ale teraz, Wiktor, masz drugą szansę. Ten skurwiel jest dziewięć lat starszy, Gabriela nadal żyje i nadal cię kocha, a Leśna Polana jutro będzie twoja, albo jej. Dostajesz od losu drugą szansę. – Podszedł do brata, położył mu rękę na ramieniu i uścisnął. – Już nasza w tym głowa, byś jej nie stracił, prawda, Majka?
Dziewczyna uniosła głowę i rozejrzała się półprzytomnie, bo spłakana i spita zasnęła na chwilę pod kojącym dotykiem czyjejś dłoni. Dłoni Wiktora, jak się zorientowała.
– Boże, jak ja was kocham – rzekła ni w pięć, ni w dziesięć – Jak ja bym chciała mieć takich braci. Wiecie co? Ja się wam oświadczę… – Wstała chwiejnie.
Patryk podtrzymał ją i rzekł łagodnie:
– Majeczko, chyba musisz się położyć.
– Oświadczę się wam jako braciom, nie facetom, bo żaden z was mnie nie chce! – Odepchnęła jego dłoń.
– Majka, naprawdę zaczynasz bredzić, zaprowadzę cię do sypialni…
– Dobrze, ale najpierw… Patryku Prado, Wiktorze Prado – ujęła ich dłonie – biorę sobie was obu za braci na dobre i na złe i przysięgam was kochać, być wierna… ale tylko po siostrzanemu… i że wam nie odpuszczę aż do śmierci.
– Amen – rzekł Wiktor i wziął ją na ręce akurat w momencie, gdy osuwała się nieprzytomna na podłogę. – Otwórz drzwi do gościnnej sypialni – rzucił do Patryka. – I zdejmij jej buty.
Po chwili kładł dziewczynę na szerokim, wygodnym łóżku. Przez chwilę obaj patrzyli, jak odwraca się na bok i podkłada dłonie pod policzek, wyglądając przy tym tak słodko i niewinnie... Patryk okrył ją kołdrą i odezwał się:
– Wiesz co, też chciałbym mieć taką siostrę, jak ona. Jest naprawdę fajna.
– I może będziesz miał – rzekł Wiktor, a gdy brat spojrzał nań ze zdumieniem, uśmiechnął się lekko.
– Masz na myśli to samo, co ja?
– Zależy, o czym ty myślisz.
– Może inaczej: masz na myśli tego samego drania, co ja?
– Dokładnie.
Wiktor oderwał wzrok od śpiącej Majki i wyszedł z sypialni. Patryk podążył za nim. On też był mocno nietrzeźwy, a do tego ledwo żywy po całym dniu nagłych zwrotów akcji i wieczorze pełnym ponurych opowieści, ale chciał jeszcze posiedzieć chwilę z Wiktorem. Widział, że starszy brat nadal nie może otrząsnąć się z szoku. I poczucia winy.
– A tak a propos, gdzie się podziewa i co robi Marcin? – zapytał, żeby zająć uwagę Wiktora kimś innym niż Gabrielą i ich nienarodzonym dzieckiem.
– Dobre pytanie. – Mężczyzna sięgnął po komórkę. – Sprawdźmy, co nasz uroczy braciszek porabia od dwóch dni w Krakowie…
Przełączył na głośnomówiący i czekał chwilę, aż tamten odbierze.
Odebrał, a jakże.
– Wiktor, bracie, żebyś ty wiedział…! – zaczął, śmiejąc się. W tle kilka męskich głosów ryczało: „Polska, biało-czerwoni, Polska, biało-czerwoni”.
Wiktor z Patrykiem spojrzeli po sobie.
– Gdzie ty, idioto, jesteś i w co się wpakowałeś? – wycedził Wiktor, coś czując, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Oglądam z kumplami mecz naszej reprezentacji! – Marcin musiał krzyczeć, by słyszeli coś więcej niż śpiew owych kumpli. – Nic ważnego, eliminacje do mistrzostw Europy, czy czegoś tam, i gramy z jakimiś patałachami, San Marino, jest w ogóle takie państwo? Ale jakie emocje!
W tym momencie usłyszeli ryk, również Marcina:
– Jest!!!
– Marcin – zaczął Wiktor lodowatym tonem – masz wyjść stamtąd na ulicę, żebyśmy cię słyszeli i powiedzieć, co do jasnej cholery, wyrabiasz!
– Dobra, wygrywamy trzy do zera, więc na chwilę mogę się urwać… – Głosy w tle umilkły. – A więc, braciszkowie mili… – tu Wiktor z Patrykiem znów unieśli brwi w niemym zdumieniu. Czego on się naćpał?! – …skumplowałem się ze zgrają kibiców Wisły. – Marcin roześmiał się serdecznie na wspomnienie wczorajszej nocy.
Nie mając pojęcia, że w ogóle jest jakiś mecz, wstąpił wieczorem do przygodnego pubu na krakowskim Rynku, usiadł przy barze, zamówił piwo. Krzyki, które usłyszał na zewnątrz z początku nie zwróciły jego uwagi, dopiero gdy w następnej chwili do knajpy wpadło z piętnastu rozentuzjazmowanych kibiców z czerwono-niebiesko-białymi szalikami, czapeczkami i czym tylko chcesz, byle z napisem „Wisła” albo białą gwiazdą, poczuł się… nieswojo.
– Ale im dowaliliśmy, skurwysynom! – Jeden z nich usiadł obok Marcina i palnął go od serca w plecy.
Marcin spojrzał pytająco na barmana. W garniturze szytym na miarę i błękitnej, odprasowanej koszuli, zupełnie nie pasował do tego towarzystwa. Dobrze, że przed chwilą zdjął krawat i schował do kieszeni.
– Mecz był dzisiaj – uświadomił go barman znudzonym głosem. – Wisła dowaliła Legii dwa do zera.
– Dwa do jajca, rozumiesz, chłopie?! – Nowy kolega Marcina objął go za szyję i zaczął śpiewać: – „Jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon, jak długo nasza Wisła do Gdańska płynie wciąż…”. Cała reszta dołączyła do niego.
– Zaraz, zaraz… – Nagle ten pierwszy spojrzał na Marcina podejrzliwie. – A ty za kim, koleś, jesteś?
– Zawsze za miejscowymi – odparł bez mrugnięcia okiem i dodał: – Kolejka dla wszystkich. Za zwycięstwo klubu z pięknego miasta Krakowa!
To im się bardzo spodobało. Jego nowy kumpel ze łzami w oczach, powtarzając do siebie: „Zawsze za miejscowymi”, ucałował Marcina w oba policzki, zdjął swój szalik i zawiesił mu na szyi. Ktoś włożył Marcinowi pasującą do szalika czapeczkę. Już z nimi śpiewał refren hymnu: „Zwycięży orzeł biały, zwycięży polski ród”, gdy drzwi nagle rąbnęły o framugi i do środka wsypała się zgraja… kibiców w barwach Legii.
Krakowianie poderwali się na równe nogi. Tamci zatrzymali się pośrodku sali.
Barman skinął na Marcina:
– Daj pan ten szaliczek i czapeczkę – ściągnął mu jedno i drugie i schował pod ladą – chyba, że chcesz pan mieć zaraz przefasonowaną twarz i koszulę we krwi.
Marcin, nadal rozbawiony, pokręcił głową.
– I co, Warwsiowiaki, dostaliście łomot! – krzyknął któryś z kibiców Wisły.
– Wychodźcie, Centusie – odwarknął Legionista.
Całą watahą wysypali się na zewnątrz. Jakiś chłopak z biało-czerwono-zielonym szalikiem i napisem „LEGIA” podszedł do Marcina.
– A ty, koleś, za kim jesteś?
– Ja? – Marcin rozejrzał się dookoła, czy w pubie został ktoś oprócz niego. Nagle wyprostował się, wypiął pierś. – Jestem nietutejszy, ale jako Polak i patriota, zawsze kibicuję polskiej reprezentacji. Polska, biało-czerwoni, Polska, biało-czerwoni…
– Spoko gościu. – Legionista klepnął go w ramię łapą wielkości łopaty. – Nie wychodź przez chwilę, bo możesz oberwać.
Marcin skinął głową i zafascynowany, popijając piwko, obserwował zadymę, jaka zaczęła się przed knajpą. Oba zespoły zaczęły się tłuc na pięści. Krew się lała, szaliki i czapeczki latały na wszystkie strony, krzyki, przekleństwa, złorzeczenia, pogróżki...
Nagle w oddali odezwał się sygnał radiowozu, i to nie jednego, zamigotały czerwono-niebieskie światła. Obie grupy, jakby czekając na ten znak, oderwały się do siebie, Legioniści zniknęli tak nagle, jak się pojawili, a kibice Wisły jak gdyby nigdy nic, jakby tego… interwału… w ogóle nie było, z powrotem wlali się do knajpy, zadowoleni, ocierający krew z rozbitych nosów, głów i łuków brwiowych. Marcin, który zdążył założyć z powrotem czerwono-niebieski szalik z „WISŁĄ” i takąż czapeczkę, roześmiany od ucha do ucha, czekał, co będzie dalej.
– I znów spuściliśmy Warwsiowiakom wpierdol. – Wielka łapa strzeliła go w plecy, aż stęknął. – Kolejka dla wszystkich!
Do trzeciej nad ranem, dopóki barman ich nie pogonił, Wiślacy pili piwo, by następnie pozbierać się i iść świętować w miasto, ze swoimi szalikami, czapeczkami, hymnem klubu i oczywiście nowym kumplem, którego imienia nie mogli zapamiętać.
Marcin, wyklinany tak jak oni, przez mieszkańców mijanych kamienic, budzonych śpiewem „Zwycięży nasza Wisła, bo to krakowski klub!”, zaśmiewał się do rozpuku. Był trzeźwy, jak chyba nigdy o tej porze, nie wyrwał jeszcze żadnej laski, a bawił się tak dobrze, jak nigdy.
Wreszcie towarzystwo ucałowało się, wyklepało po plecach i uściskało. Panowie umówili się na następny dzień, kiedy to ramię w ramię z Legionistami będą w tej samej knajpie kibicować polskiej reprezentacji, odebrali do Marcina przysięgę, że on też się stawi i rozeszli się do domów.
– No i jestem! – krzyczał teraz do telefonu, bo w środku znów wybuchła euforia. – Jestem kibicem!
– Jesteś kretynem, a nie kibicem! – krzyknął Patryk. – My tu mamy…
Wiktor uciszył go skinieniem ręki.
– Kibicuj dalej, ale jutro wracasz do Warszawy.
– Nie wracam, bo lecę na Ibizę!
– Słucham?! – tym razem Wiktor się wkurzył.
– Ta kamienica, którą znalazłem należy do takiej jednej laski, Rotschildówny. Trochę ze sobą dzisiaj kręciliśmy i jutro lecimy na Ibizę, dobijać interesu. Warto, Wiktor, wierz mi.
– Mówisz o kamienicy, czy o lasce?
– A czy to ważne? Będę z powrotem za kilka dni, okej? Chyba, że masz dla mnie coś ważniejszego?
Wiktor z Patrykiem w tym samym momencie spojrzeli na drzwi, za którymi słodko spała Majka Trojanowska.
– Mam. Ale to może poczekać. Baw się dobrze, tylko bez wygłupów typu szaliki i czapeczki. Wracaj, gdy skończysz.
– Dzięki za pozwolenie, braciszku. Kurde, to już chyba pięć do zera! – wykrzyknął, słysząc kolejne: „Jest!!!” dobiegające ze środka. – To cześć, wracam do moich ziomali.
Rozłączył się.
Obaj patrzyli na gasnący wyświetlacz.
– Już chyba wolę, jak trzymasz nas na krótkiej smyczy – wykrztusił Patryk, próbując nie roześmiać się na głos. – Wraca do swoich ziomali. Marcin-wszystkie-laski-moje-Prado! Idę spać, bo ta noc zaczyna mnie przerastać. Nie wykorzystaj jej czasami.
– Czego? – Wiktor spojrzał nań półprzytomnie, nadal pod wrażeniem rozmowy z młodszym bratem. – Nocy?
– Majki, nie nocy! Taka śliczna dziewczyna pod ręką, a ty…
– O siebie się jakoś nie bałeś przez te wszystkie lata, a nie łączą nad więzy krwi – odparował Wiktor. – O nią też możesz być spokojny.
Patryk ponownie parsknął śmiechem.
– Humor ci się wyostrza, braciszku. To dobry znak.
Zasalutował żartobliwie, ruszając do drzwi i po chwili Wiktor został sam. Ale nie chciał tej nocy spędzić na rozmyślaniu, co by było gdyby. Dostał drugą szansę, jak powiedział Patryk, jutro dowiedzą się od Majki, jaka jest jej rola w tym wszystkim, a potem… Leśna Polana na pewno trafi w ręce Gabrysi. Czy razem z nim, Wiktorem, czy bez niego, ten dom będzie jej.

c.d. za dwa tygodnie

4 komentarze:

  1. Jestem zafascynowana. Ile będzie jeszcze odcinków? Nie da sie przyspieszyć?

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż dwa tygodnie... Dziękuję Pani Kasiu za kolejny odcinek.

    OdpowiedzUsuń
  3. W nocy przeczytałam całą książkę, nie mogłam się oderwać, więc dziś jestem niewyspana😃.I jestem pełna podziwu że udało się pani przez to przetrwać,tzn.matriały potrzebne do napisania książki, no i samo pisanie, ale to że książka kończy się W TAKIM MOMENCIE to jest po prostu nie fair😉dobrze że kolejna część już nie długo😃 dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jeszcze nie mam książki a bardzo bym ją chciała więc nie wiem co zrobię ... muszę czekać aż tyle czasu by kolejny odcinek przeczytać :(
    Beata

    OdpowiedzUsuń