niedziela, 19 lutego 2017

Leśna Polana Odcinek 20...



... o tym jak się rodzi Przyjaźń, taka przez duże P.

Majka ocknęła się następnego dnia gdzieś koło… właściwie nie wiedziała, która jest godzina. Rozejrzała się po pokoju, który jako żywo nie był jej sypialnią, po raz pierwszy od dawna z umysłem jasnym i spokojnym. Pamiętała wszystko, co się wydarzyło poprzedniego wieczoru. Co usłyszała, czego się dowiedziała… Oprócz jednego drobiazgu: jak się znalazła w tej luksusowej sypialni?!
Wstała, konstatując przy okazji, że jest ubrana w tę samą bluzkę i spódnicę, co wczoraj wieczorem, i wyszła z pokoju.
Wiktor, siedzący na swoim ulubionym miejscu ze wzrokiem wbitym w ekran laptopa, uśmiechnął się lekko.
– Dzień dobry, siostrzyczko.
Spojrzenie miał łagodne. Żadnych wilczych błysków i rzucania się do gardła, co dobrze zapamiętała z poprzedniego wieczoru.
– Siostrzyczko? – zdziwiła się słabo.
O dziwo nie miała kaca, który zwykle zwalał ją z nóg, ale „siostrzyczki” już nie zapamiętała.
– Przyrzekłaś mnie i Patrykowi siostrzaną miłość na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy – przypomniał jej uprzejmie i z niezwykłym u niego rozbawieniem, czego Majka, znająca tego mężczyznę od paru zaledwie godzin, nie mogła wiedzieć.
– O Jezu, przepraszam – wymamrotała. – Zrobiłam jeszcze coś głupiego?
Wiktor oderwał po raz drugi wzrok od ekranu laptopa.
– Przez cały wieczór zachowywałaś się nienagannie. Dlatego razem z Patrykiem – pamiętasz tego jasnowłosego, błękitnookiego przystojniaka? – przyjęliśmy cię do rodziny. Dopiero po tym, jak się nam oświadczyłaś, odpadłaś, więc zaniosłem cię do sypialni.

Majka osunęła się na kanapę i ukryła twarz w dłoniach. Boże, co za kompromitacja! I to akurat w oczach dwóch facetów, na których szacunku, nie wiedziała właściwie dlaczego – aha, Gabriela i Leśna Polana – jej zależało. Ciekawe, który ją potem, nieprzytomną, przeleciał: Wiktor czy Patryk…
Ten pierwszy, zupełnie jakby czytał w jej myślach, odezwał się nieco chłodniejszym tonem:
– O swoją cnotę możesz się nie obawiać. Ja nie wykorzystuję pijanych kobiet, mój brat tym bardziej.
– Przepraszam – wymamrotała. – Zwykle faceci nie przepuszczają takich okazji…
– Miałaś do czynienia z niewłaściwymi facetami – odparł równie zimnym tonem co poprzednio. – Może pora to zmienić?
– Może znalazłbyś mi faceta, mądralo, który nie przeleci łatwej pijanej laski? – odparła zgryźliwie, nim zdołała ugryźć się w język.
Wiktor Prado, wyczuwała to szóstym zmysłem, był ostatnim mężczyzną na Ziemi, którego chciałaby do siebie zrazić.
Patrzył teraz na nią tnącym szkło wzrokiem, by wreszcie się odezwać:
– To, z kim się puszczasz, droga siostrzyczko, jest twoim i tylko twoim wyborem. Wyobraź sobie jednak, że istnieją mężczyźni, chociażby my, trzej, dla których „nie” znaczy „nie”, o ile kobieta wypowie to czarodziejskie słowo. Często mówisz „nie”, Majeczko?
Ileż pogardy było w jego głosie… Majce łzy nabiegły do oczu. Pamiętała jego opowieść z wczorajszego wieczoru, wiedziała, że dla Wiktora honor znaczy o wiele więcej niż dla dzisiejszych łatwych lasek i jeszcze łatwiejszych facetów. On pozostał wierny swojej pierwszej miłości, a ona, Majka? Przypomniała sobie obleśne cielsko senatora, smród jego potu i spermy na swoim ciele i wstrząsnęła się. Czy u takich mężczyzn jak Wiktor miała jakąś szansę?
– Pójdę już… – rzekła cicho.
– Jeszcze nie skończyliśmy – rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. – Zaraz przyniosą śniadanie, a wierz mi, jest na co czekać, i dołączy do nas Patryk. Bo widzisz, kochana siostro, my tobie wszystko wyznaliśmy jak na spowiedzi, a ty nie powiedziałaś nam nic. Więc nie opuścisz tego pokoju, dopóki nie dowiem się, jaka jest twoja rola w zakupie Leśnej Polany, na którą oboje, ja i ty, mamy chęć.
– Jestem więc twoim więźniem? – zapytała z przekąsem.
Wbił w nią to swoje wilcze spojrzenie i wycedził:
– Można tak powiedzieć.
W tym momencie do apartamentu wszedł Patryk. Spojrzał na nich tylko i rzucił bez zdziwienia:
– Już zdążyliście się pożreć? O co tym razem?
Żadne nie odpowiedziało.
Przywieziono stolik ze śniadaniem. Rzeczywiście było na co poczekać. Majka aż brwi uniosła na widok pięknie podanych potraw w ilości zdolnej nakarmić połowę bezdomnych z Dworca Centralnego, a nie tylko ich troje. Braci Prado traktowano tu po królewsku, jak nie po raz pierwszy zdążyła skonstatować.
Gdy kelner wyszedł, Patryk jak gdyby nigdy nic wziął kromkę pięknie pachnącego chleba i zaczął smarować ją masłem.
– Częstuj się – powiedział do Majki. – Na Wiktora nie czekaj. Dołączy do nas, kiedy zechce. Rozumiesz: samiec alfa.
Majka mimowolnie parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała.
– Najpierw muszę wziąć prysznic, a najlepiej kąpiel. Oddałabym pół królestwa za świeże ciuchy…
– Pożyczę ci moją koszulkę polo, może być? – zaofiarował się Patryk.
– Pasujące do niej markowe spodenki też jej pożyczysz? – rzucił złośliwie Wiktor.
– Zadowolę się na razie hotelowym białym, puchatym szlafrokiem – odparła wyniośle i zniknęła w łazience.
Patryk spokojnie powrócił do śniadania, gdy Wiktor odezwał się:
– Mam dane tego pałacu na Miodowej. Przynieś mi pendrive’a z kieszeni mojej marynarki, to od razu ci je podrzucę.
Młodszy brat wstał, przeszedł do przedpokoju i nagle Wiktor usłyszał jego zaskoczony, delikatnie mówiąc, głos:
– Dziwny ten pendrive. Ty dane wpisujesz własnym moczem, a odczytujesz za pomocą dwóch fioletowych kresek?
– Co ty bredzisz? – Wiktor podniósł wzrok znad laptopa, patrząc na młodszego brata, który wszedł do pokoju, wpatrzony w niewielki biały przedmiot. Położył go na stole obok laptopa, odruchowo wycierając dłoń o spodnie.
– Co to jest? – Wiktor wpatrywał się w test ciążowy.
– Hmm… wygląda na to, że wsadziłem rękę nie w tę kieszeń, co trzeba, i wyciągnąłem na światło dziennie tajemnicę naszej nowej siostry – odparł Patryk. – Która to tajemnica jest jej prywatną sprawą, tak na marginesie. – Oboje spojrzeli na drzwi łazienki, skąd dobiegał szum wody.
– Nie do końca… – zaczął powoli Wiktor. – Po pierwsze, wątpię, czy nasza siostra wie, kim jest szczęśliwy sprawca tej drugiej kreski. Gdyby wiedziała, opijałaby z nim wczorajszy wieczór soczkiem jabłkowym, a nie zalewała się z tobą hektolitrami tequili…
– Ona jest niepoważna – zbulwersował się Patryk. – Wie, że jest w ciąży i chla…
– Może nie do końca zdała sobie z tego sprawę, bo ten… pendrive… wygląda na dość świeży.
  Patryk mimowolnie się zaśmiał. Wiktor i te jego porównania! Zaraz jednak umilkł, bo starszy brat był wyjątkowo poważny.
  – To byłaby prywatna sprawa Majki, owszem, gdybyśmy nie wpadli na pomysł zeswatania jej z Marcinem. Ten test będzie testem na jej lojalność, o ile nasz pomysł wypali: albo Majka przyzna mu się w sprzyjającym momencie, że jest w ciąży, albo spróbuje go wrobić w ojcostwo, a ja wtedy ukręcę jej ten śliczny czarnowłosy łepek…
  Patryk nie oponował. Nie próbował nawet sugerować, że Marcin zdążył już pozostawić po sobie dziesiątki Marciniątek, wychowywanych teraz przez samotne dziewczyny, których imion nawet nie pamięta. Nie poddał pomysłu, że może dziecko Majki i bliżej nieokreślonego osobnika ich brat chciałby wychować. Wiktor zabiłby go chyba śmiechem.
  – Odnieś to tam, skąd przyniosłeś, i tym razem celuj ręką w odpowiednią kieszeń, bo chcę ci jednak dać namiary na ten pałac. Mimo wszystko… – zawiesił głos w momencie, gdy szum wody ucichł – …dobrze się stało. Poznamy naszą nową siostrę od najgorszej albo nieco lepszej strony.
  Patryk wrócił tym razem z pendrive’em w dłoni. W milczeniu podał go Wiktorowi. Ten spojrzał na młodszego brata uważnie. Może Wiktor sprawiał wrażenie, że siedzi zamknięty w świecie swego laptopa, ale uczucia dwojga najbliższych sobie istot wyczuwał bezbłędnie.
– Co jest, Patryk? – zapytał teraz, mimo że młodszy brat jak gdyby nigdy nic usiadł do śniadania.
Widelec z kawałkiem szynki zastygł w powietrzu.
– O mnie też byś tak dbał? – zapytał nagle Patryk, podnosząc wzrok.
Wiktor zmrużył lekko oczy, w pierwszej chwili nie wiedząc, o co on pyta.
– Znajdujesz mu dziewczynę, pilnujesz, żeby nie wrobiła go w dziecko… – zaczął Patryk, patrząc bratu prosto w twarz. – Marcinek musi się wyszaleć, więc wysyłasz za nim anioła stróża: mnie. Marcinek może mieć co noc nową dziewczynę, więc niech leci z Rotschildówną na Ibizę. Ja zostanę, bo mogę się przydać. Traktujesz go jak rozpieszczonego szczeniaka, a nie dorosłego mężczyznę, który sam powinien podejmować decyzje i brać na siebie odpowiedzialność za ich konsekwencje. W razie czego ten sierota, nieudacznik życiowy, Patryk Prado, zawsze wyciągnie go z opresji…
Wiktor mierzył twarz młodszego brata spojrzeniem pełnym sprzecznych uczuć. Były w nim miłość i żal. Tak, żal, że Patryk mógł w ogóle coś takiego pomyśleć o sobie i o nim. Rzeczywiście to Marcina zawsze obaj pilnowali, bo ten niespokojny duch co i rusz popadał w kłopoty, ale zarzut, że Patryk był dla Wiktora mniej ważny… że uważa młodszego brata za nieudacznika…?!
– Coś ci powiem, bracie – zaczął powoli, z uwagą dobierając słowa. – Wszyscy trzej mieliśmy przechlapane dzieciństwo i teraz musimy sobie z tą traumą radzić. Marcin rzeczywiście zachowuje się jak rozpuszczony synalek bogatych rodziców, ale odbiera po prostu od życia to, co stracił tak wcześnie: dzieciństwo. Radość. Beztroskę. Zabawę w gronie rówieśników. Dlaczego my dwaj mamy mu tego zabronić? On wbrew pozorom zna granice. Ma zakaz ćpania i nie ćpa, chyba że ja o tym nie wiem…
– Nie ćpa.
– Pije, okej, ale jeszcze nie popadł w nałóg. Nie pali, bo nie znoszę tego ani ja, ani ty. A z tymi dziewczynami, co rusz to inna, każda na jedną noc, to raczej legenda, którą sobie dorobił i która zaczęła go wyprzedzać. Wiesz dobrze, o czym on marzy. Ale dopóki nie trafił na tę jedyną, niech się bawi. To jego ucieczka od przeszłości i taki sposób radzenia sobie z tym piekłem mało mnie martwi. Ty, Pat, wbrew pozorom martwisz mnie bardziej.
Patryk rzucił mu pytające spojrzenie.
– A co niby mi masz do zarzucenia?
– Wiesz, w jaki sposób ty radzisz sobie z demonami przeszłości…? – Wiktor zawiesił głos i pomyślał: „Trzymaj się, bracie, bo będzie bolało”.
– Uświadom mnie…
– Wyrosłeś na świetnego, przystojnego, błyskotliwego faceta, ale tak naprawdę pozostałeś przerażonym dzieckiem, ukrywającym się pod łóżkiem w sypialni. Uciekasz. Uciekasz od życia, od jego radości i smutków. Trwasz, byle dożyć kolejnej nocy, zasnąć, obudzić się następnego dnia i tak w kółko.
Patryk bladł z każdym jego słowem.
– Uważasz mnie za tchórza? – wycedził, ledwo hamując furię. – Za tchórza, który chowa się pod łóżkiem?
Wiktor wstał raptownie. Patryk również. Dzielił ich może metr, który ten pierwszy przebył w dwóch krokach. Ujął ramiona młodszego brata, zacisnął na nich palce i patrząc mu prosto w pociemniałe z gniewu oczy, powiedział cicho:
– Patryk, ja nigdy nie zapomniałem, kto stanął u mojego boku, gdy Tamten po raz pierwszy się za nas zabrał. Chwycił Marcina, zaczął nim potrząsać jak szmacianą lalką, aż mały zemdlał. Ja przybiegłem wtedy z nożem, choć bałem się tak strasznie, jak jeszcze nigdy przedtem, a swoje trzynaście lat przy tej bestii już żyłem. Ty stanąłeś przy mnie, ściskając w swojej pięcioletniej rączce dziecięce nożyczki, gotów bronić brata razem ze mną. Patryk, to ty pierwszy wypełzałeś spod łóżka, by błagać Tamtego o litość dla mnie. A to wymagało nieziemskiej odwagi. To ty, choć nie raz cię odkopnął czy smagnął pasem, prosiłeś: „Tatusiu, już dosyć, zabijesz go”, i być może ratowałeś mi tym życie. Uważam, że jesteś najodważniejszy z nas wszystkich, Pat. I nie znam nikogo, kogo darzyłbym większym szacunkiem od ciebie. Mój ty mały rycerzyku w piżamce i z nożyczkami w pięcioletniej łapce, naprzeciw bestii pokroju Tamtego. Zawsze, w najcięższych chwilach, miałem ciebie u boku i wiedziałem, że obaj będziemy walczyć do końca…
Objął brata, przycisnął mocno, by ten poczuł, jak bardzo jest mu drogi.
– Nie wiem jeszcze, jak wyciągnąć cię spod tego łóżka, z twojej jaskini – zaszeptał, czując jak plecy Patryka lekko drżą – ale znajdę sposób i na ciebie, Pat. Bo po stokroć na szczęście zasługujesz.
Odsunął go na wyciągnięcie ramion. Patryk otarł szybko oczy.
– Kurczę, człowieku – Wiktor pokręcił głową – dzięki tobie nasza firma rozkwitła, to ty znalazłeś kamieniczkę, która była strzałem nawet nie w dziesiątkę, a w setkę. IQ przewyższasz Einsteina, rozwiązujesz każdy problem, jaki do tej pory mieliśmy, dziewczyny nie mogą od ciebie wzroku oderwać, choć wydajesz się tego nie widzieć i ty masz jakieś kompleksy?! Patryku Prado, coś mi się zdaje, że trzeba się poważnie za ciebie wziąć…
Patryk uśmiechnął się wreszcie. Od momentu, gdy spadła mu w ramiona tamta pobita dziewczyna, nie mógł dojść do siebie, nie wiedząc właściwie dlaczego. Marcin wtedy, w samochodzie, powiedział to, co obaj myśleli: takie bydlaki załapują się na fajne dziewczyny, a oni nadal sami… Teraz Wiktor wyjechał z tym ukrywaniem się pod łóżkiem, o co na początku się Patryk żachnął, ale… bracia mieli rację. Bał się, że Bóg, który od jakiegoś czasu był dla nich łaskawy, już szykuje im jakąś niespodziankę. Tak, wolał wycofywać się do swojej bezpiecznej jaskini, gdzie był tylko on i jego marzenia. Na szczęście Wiktor o tym wiedział i nie uważał go za tchórza, a teraz obiecał, że się weźmie za Patryka… Na kurs uwodzenia go pośle?
O, właśnie miałby na kim ćwiczyć, bo z łazienki wyszła, śliczna jak zwykle, owinięta w elegancki, seksowny szlafroczek, Majeczka Trojanowska… Wiktor uśmiechnął się do niej jak gdyby nigdy nic, siedząc przy suto zastawionym stole, Patryk zaś patrzył na szczupłą, opaloną nogę dziewczyny, którą podwinęła pod siebie, siadając w fotelu. Była niesamowicie seksowna. Urocza i inteligentna. I to wszystko. Patryk mógł ją uwielbiać jako przyjaciółkę, ale to nie była Ta Jedyna. Cofnął się w fotelu, zauważywszy, że pochyla się coraz bardziej ku dziewczynie, czego ona zupełnie nie widziała, za to Wiktor owszem.
Odetchnął, gdy Patryk się wycofał, jednocześnie z ulgą i z żalem. Tak bardzo chciałby, żeby jego ukochany młodszy brat, który zasługuje na wszystko, co najlepsze, znalazł w końcu dziewczynę jemu przeznaczoną. Żeby poczuł to, co on sam czuł przez cały długi rok miłości z Gabrysią i do Gabrysi…
„Znajdziemy twoją śpiącą królewnę, Patryk, przyrzekam ci to” – pomyślał i odezwał się na głos, nakładając na talerzyk parę plasterków wędliny, sera i pomidora:
– Mamy mało czasu. Jest kwadrans po pierwszej, a na szesnastą macie umówionego notariusza. Pora na twoją część opowieści, panno Trojanowska…
– Mam zacząć od początku, od kiedy poznałam Gabrysię?
– Dobrze by było. Mam nadzieję, że możemy tego wysłuchać na trzeźwo.
– No nie wiem… – zawiesiła głos, przeprosiła ich na chwilę, by przebrać się w bluzkę i spódnicę, a przede wszystkim zebrać myśli. Trudno było wracać do tamtych chwil.
Wróciła do salonu, spojrzała pociemniałymi oczami na obu mężczyzn i tym razem ona zapadła się we wspomnienia…
We dwie z Julią, z którą już zdążyły się zaprzyjaźnić, z rosnącym niepokojem czekały, kogo im dokwaterują do sanatoryjnej sali. Trzecie łóżko stało puste. Może będzie to jakaś wiedźma, którą znienawidzą od pierwszego wejrzenia, i przez cały pobyt będzie im utrudniała życie?
Ale dziewczynę, która stanęła w drzwiach pokoju, wyglądającą raczej jak mała przestraszona dziewczynka niż trzydziestoczteroletnia kobieta, polubiły od pierwszego wejrzenia.
Gabrysia przedstawiła się i położyła na szafce nocnej niewielką torbę podróżną, po czym – omiatając przyglądającą się jej Julię i Majkę spojrzeniem pod tytułem „przepraszam, że żyję” – przemknęła do łazienki. Wróciła przebrana w nocną koszulę, mimo że był środek dnia, położyła się na łóżku, nasunęła kołdrę na głowę i tyle ją widziały.
Majka z Julią spojrzały na siebie w niemym zdumieniu, ale musiały uszanować zwyczaje nowej pensjonariuszki. Bądź co bądź było to sanatorium dla chorych na nerwicę i depresję. Tutaj mieli nabierać sił przed powrotem do normalnego życia. Jeśli Gabriela Leszeńska chce ich nabierać, leżąc zwinięta w kłębek pod kołdrą, ma do tego święte prawo.
I tak przeleżała cały tydzień, wstając tylko na posiłki. Po rozmowie z lekarzem zaczęła również przychodzić na popołudniową terapię. Słuchała zwierzeń innych i milczała. Cały miesiąc tak przemilczała, aż obie współlokatorki zaczęły się obawiać, że jest niema albo ich nie cierpi, ale ona potrzebowała tego miesiąca, by zaakceptować nowe otoczenie i nowy szpital, bo w gruncie rzeczy tym właśnie był, choćby nie wiem jak ładnie się nazywał.
Któregoś wieczoru, gdy Julia półgłosem opowiadała Majce o tym, jakich sztuczek dokonywała, by nie jeść, mimo że lekarze na oddziale zaburzeń łaknienia znali je wszystkie, Gabrysia nagle wstała i przysiadła się do nich.
– Mogę? – zapytała nieśmiało.
– Ona mówi! – wykrzyknęła Majka z udanym zdumieniem. – Pewnie, że możesz. Czekałyśmy, aż do nas dołączysz, laska, bo głupio gadać tak we dwie, wiedząc, że w pokoju jest ktoś jeszcze.
– Przepraszam, ja nie byłam gotowa…
To zdanie będzie od tej pory mantrą Gabrieli. Nie będzie gotowa, by opowiedzieć nowym przyjaciółkom, z jakiego powodu się tu znalazła, nie będzie gotowa, by wyznać to na terapii grupowej, nie będzie gotowa, by wyjść na spacer, nie będzie gotowa… Naprawdę była wkurzająca z tymi trzema do znudzenia powtarzanymi słowami. Jej wieczną wymówką od wszystkiego, a najbardziej od życia.
Po kilku miesiącach, gdy ich pobyt w sanatorium dobiegał końca, o Gabrysi wiedziały jedynie tyle, że trzy lata temu przeżyła coś, co ją złamało. Że długo leżała na intensywnej terapii, potem jeszcze dłużej w szpitalu psychiatrycznym na sali ścisłej obserwacji, dokąd, jak wiadomo, trafiają najczęściej samobójcy. Tak, do tego, że próbowała odebrać sobie życie, też się przyznała, ale już dlaczego… nie była gotowa, żeby powiedzieć.
Pewnego ranka Majka weszła półprzytomna do łazienki i natknęła się na przebierającą się Gabrielę. Zanim wykrztusiła: „O Boże, przepraszam”, zdążyła zobaczyć okrągłą bliznę na jej piersi. Nie miała wątpliwości: ktoś do Gabrieli strzelał i prawie mu się udało ją zabić. Lekarze pewnie długo walczyli o jej życie.
– Dajmy jej spokój z tym wypytywaniem – odezwała się prosząco Julia, gdy Majka podzieliła się z nią tym spostrzeżeniem. – Ona chyba rzeczywiście nie może o tym opowiadać. To nie jest zbywanie wścibskich kumpelek z pokoju i reszty kuracjuszy. Gabrysia przeżyła coś strasznego. Dajmy jej spokój…
Od tego dnia skończyły się nagabywania, co Gabriela przyjęła z ulgą i wdzięcznością. Tego dnia też zaczęła się przyjaźń tych trojga młodych kobiet, która trwała do dziś.
– Od Antoniego, ojca Gabrysi, wiem, że pierwsze trzy lata po postrzale była jak warzywo – dokończyła Majka swoją opowieść. – Całymi miesiącami leżała na oddziale ścisłej obserwacji, właściwie nie istniejąc. On zadłużył mieszkanie, by utrzymać ich oboje i zapłacić za szpital, ale już z Komorowa, wyszła w całkiem dobrym stanie, jako nasza przyjaciółka, i od razu rzuciła się w wir pracy. I jak zaczęła wypełniać tabelki pięć lat temu, tak czyni to to dziś, z przerwami na poszukiwanie domku marzeń, na który ją nie stać. My z Julią lubiłyśmy te wyprawy po złote runo do czasu, gdy Gabriela nie zobaczyła Leśnej Polany i… chyba po raz drugi pękło jej wtedy serce. Pierwszy raz płakała, gdy odjeżdżałyśmy, a ja wtedy postanowiłam, że kupię dla niej ten dom, choćby miała mnie za to przekląć, bo Gabriela jest za dumna, by prosić o pieniądze. Namówiłam pana Antoniego do pewnego podstępu: udamy, że on wygra na loterii tyle, ile będzie trzeba, kupi Leśną Polanę i podaruje ją Gabrysi. I wszystko byłoby ślicznie-pięknie, gdyby nie… bracia Prado.
Spojrzała na nich oskarżycielsko.
Przy stole zapanowało milczenie. Majka dopiero teraz sięgnęła po półmisek z wędliną i koszyczek z chlebem.
– Plan jest dobry – odezwał się Patryk. – Lepszy niż nasz. Niech Antoni Leszeński kupi dom i podaruje go córce. Od ciebie by go przecież nie przyjęła. Zresztą… dopóki żyje Tamten, nie mógłbyś go jej podarować.
Wiktor musiał się zgodzić.
– Tak zróbcie. Mam nadzieję, że to Gabrielę uszczęśliwi. Ja chciałbym zrobić coś jeszcze dla jej ojca. Spłacę hipotekę ciążącą na jego mieszkaniu. To przeze mnie się zadłużył. Czuję się, jakbym to ja strzelał do Gabrysi…
– Oj, już bez przesady – prychnęła Majka. – Masz pieniądze, więc fajnie, że spłacisz wielkodusznie dług pana Antoniego, ale przybastuj z tym samobiczowaniem się. Prawdę mówiąc, kto inny powinien spłacać te wszystkie długi, nie ty.
„Przybastuj z samobiczowaniem się” – Wiktor uniósł kącik ust w uśmiechu. Chyba nikt oprócz jego braci nie odważyłby się tak do niego powiedzieć. „Braci i siostry” – dodał w myślach.
– Jest jeszcze pewien problem, nad którym od paru dni się zastanawiam – odezwał się, przykuwając od razu uwagę i Majki, i Patryka. – Gdy Antoni Leszeński był niewinnie więziony w katowni na Rakowieckiej, skonfiskowano majątek jego rodziny, którego większą część, mówię o willi na Żoliborzu, wartej miliony, dostał albo wykupił za psie pieniądze niejaki Adolf Kuchta vel Józef Kuchciński. Zajrzałbyś, Patryk, w akta Leszeńskiego i do teczki Kuchty w IPN i zorientował się, jakie są szanse na zwrot Antoniemu zagrabionego mienia?
– Dobra myśl! – ucieszył się młody mężczyzna. – Chciałbym widzieć naszego tatuśka, jak go wywalają z ukradzionego domu na ulicę… Majka mogłaby jechać do Pułtuska, kupować Leśną Polanę, a ja zająłbym się nową sprawą jeszcze dzisiaj, co wy na to?
– Kupować Leśną Polanę… – powtórzyła powoli dziewczyna. – Dla Gabrysi… To niewiarygodne, jak się wszystko genialnie ułożyło. Gdybym nie pojechała tam wczoraj, w ostatniej chwili nie uratowała domu, nie spotkalibyśmy się, nie poznali całej prawdy, Gabi nadal próbowałaby żyć, ale utraciłaby resztę nadziei. – Wstała, zdecydowana działać. – Pojadę do domu się przebrać, wy, drodzy bracia, róbcie swoje, a ja o szesnastej będę miała ten dom, albo zagryzę właścicieli czy notariusza.
W tym momencie zadzwonił interkom. Wiktor uniósł słuchawkę i po chwili, dając Majce ręką znak, by usiadła, odpowiedział:
– Niech wejdą.
– Mamy gości? – zdziwiła się dziewczyna. – My troje?
– Należysz do rodziny, więc czemu nie – uśmiechnął się Wiktor mimo woli. Majka stwierdziła w duchu, że coraz bardziej go lubi, a on coraz częściej się uśmiecha. – To znów ci w sprawie tej działki na Mokotowie – wyjaśnił bratu. Ten kiwnął ze zrozumieniem głową. – Uparci są. Majka, ty będziesz moją asystentką, okej? Patryka znają.
Nim zdążyła przytaknąć, podekscytowana nową tajemnicą, do drzwi rozległo się pukanie i na „Proszę!” Wiktora weszło do środka trzech odzianych w garnitury mężczyzn.
– Przeszkodziliśmy państwu w śniadaniu, proszę wybaczyć – zaczął pierwszy, ale Wiktor machnął ręką.
– Dokończymy za chwilę, bo spotkanie będzie krótkie – rzekł. – Właściwie już mogę odpowiedzieć: nie.
– Panie Prado, w porozumieniu ze wspólnikami postanowiliśmy złożyć panu kolejną propozycję i obawiam się, że ostatnią: trzydzieści milionów.
Majka zakrztusiła się herbatą, której łyk właśnie wzięła do ust. Działka na Mokotowie za trzydzieści milionów?! I Wiktor, nawet nie wysłuchawszy oferty, mówi „nie”?! Złoto tam trzyma dwa metry pod ziemią czy też czyjeś zwłoki?!
Nie zdążyła go o to zapytać, Wiktor nie zdążył odpowiedzieć, bo Patryk odezwał się swoim spokojnym, racjonalnym tonem:
– Rozgośćcie się, panowie, tutaj. Chciałbym zamienić kilka słów z bratem i asystentką, panią Trojanowską.
Przybysze skwapliwie zajęli najbliższe fotele, czując, że ich szanse rosną. Ale gdy spojrzeli na zachmurzone oblicze Wiktora, nadzieja prysła.
Patryk zamknął za nim drzwi wspaniałej sypialni, po której Majka rozglądała się oczarowana, i stanął obok brata przy oknie, wiedząc, że w tym miejscu nikt z sąsiedniego pokoju nie może ich podsłuchać.
– Nie chcę sprzedawać tej działki, doskonale o tym wiesz – zaczął Wiktor.
– Złoto czy zwłoki? – wtrąciła dziewczyna, bo to pytanie nie dawało jej spokoju.
Spojrzeli na nią ze zdumieniem.
– Jeżeli nie chcesz opylić jakiejś tam działeczki na Mokotowie za trzydzieści milionów, to albo masz tam zakopaną tonę złota, albo zwłoki konkurencji – wyjaśniła rzeczowo.
Obaj parsknęli śmiechem.
– Budują w tym miejscu ogromne centrum biurowo-handlowe i do całości terenu, na którym zostało zaprojektowane, brakuje im już tylko naszej działki – odezwał się Patryk. – Nie ruszą z budową, w którą już zainwestowali grube pieniądze, jeśli im jej nie sprzedamy.
– Ahaaa, więc Wiktor jest taki sprytny! Będzie podnosił cenę, wiedząc, że ma ich w garści, dopóki… Właściwie ile chcesz za nią dostać?
– Ta działka nie jest na sprzedaż – uciął. – Stała tam buda, w której mieszkaliśmy po ucieczce. Gdy się odkuliśmy, budę zburzyłem, a działka zarasta chaszczami. Nie sprzedam jej ze względów sentymentalnych. – Skrzywił się lekko, sam zdegustowany tym słowem. – Co jakiś czas jadę na Mokotów, przechadzam się pośród tych chaszczy i cieszę się, że dożyłem tej chwili.
– Następnej możesz nie dożyć – zauważyła Majka. – Na ich miejscu zrobiłabym ci samobójstwo albo śmiertelny wypadek – podobno Ukraińcy są w tym dobrzy i tani. Ty stracisz swoją sentymentalną działkę, Patryk brata, a Gabriela szansę na szczęście.
Wiktor znów musiał się uśmiechnąć.
– Skąd panna Trojanowska posiada wiedzę, jak się usuwa niewygodnych ludzi?
– Z filmów – ucięła. – Ale chcę ci powiedzieć jeszcze coś: nie dość, że ryzykujesz życiem i szczęściem mojej przyjaciółki, to twój upór jest po prostu durny.
Tym razem Patryk się uśmiechnął. Zaczynał już nie tylko lubić, ale i kochać tę pyskatą, inteligentną zołzę. Miłością braterską, oczywiście.
– Durny?… – powtórzył Wiktor, a w jego oczach pojawił się znajomy, wilczy błysk.
Podeszła do niego, wzięła jego dłoń w swoją i uścisnęła mocno.
– Jeżeli chcesz zacząć wszystko od nowa, a dostałeś taką szansę, raz na zawsze zatrzaśnij drzwi do przeszłości. Sprzedaj tę cholerną działkę i zacznij budować nowe życie gdzie indziej. Tamtej budy już nie ma. Tamten szesnastoletni, zakatowany niemal na śmierć Wiktor wyrósł na fantastycznego faceta i wychował braci na świetnych ludzi. Gabrysia jest tuż, tuż, kochasz ją nadal, pamiętasz?, a ona kocha ciebie. Daj przeszłości odejść raz na zawsze…
Mówiła cicho, ale jej głos był tak przejmujący, że obaj poczuli go głęboko w sercach.
Wiktor milczał długo, patrząc gdzieś ponad nią. Wreszcie powrócił spojrzeniem do fiołkowych oczu dziewczyny, uniósł jej dłoń do ust i ucałował.
– Jesteś mądrą i szlachetną kobietą, Majka. Dziękuję. Wracajmy do naszych gości i niech przeszłość raz na zawsze trafi szlag.

2 komentarze:

  1. Bardzo piekna ksiazka ta i wszystkie pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Prosze o dalszy ciąg

    OdpowiedzUsuń