niedziela, 5 marca 2017

Leśna Polana Odcinek 21...



... który dobrze się zaczyna, ale źle kończy.

Pół godziny później trzej mężczyźni wychodzili rozpromienieni. Dokumentów żadnych nie podpisano, nie byli przygotowani na taki uśmiech losu, ale słowo Wiktora Prado znaczyło więcej, niż świstek papieru. Był znany z dotrzymywania obietnic.
Gdy zamknęły się za nimi drzwi, Wiktor opadł z długim westchnieniem ulgi na fotel.
- Miałaś rację – odezwał się do nieco oszołomionej Majki. – Czuję się, jakby spadły mi kajdany z rąk. Albo klątwa Kuchty z pleców.
- Ale za czterdzieści? – jęknęła, nadal w szoku. – Kupili kawałek chaszczy za czterdzieści milionów?!
- Nie przyjmuje się pierwszej oferty – uświadomił ją. – Na tyle byli przygotowani, jestem tego pewien.
- No i masz swój pałac na Miodowej, dodatkowo wyremontowany od piwnic, po dach – zauważył Patryk.
- Przed chwilą chaszcze, teraz pałac, nie nadążam za wami. – Majka pokręciła głową.
- Przyzwyczajaj się, siostrzyczko. – Wiktor klepnął ją w kolano. Oczy miał rozjaśnione radością. Rzeczywiście czuł, jakby za tym co było zatrzaśnięto ciężkie wierzeje, klucz wrzucono do studni, a przed nim otwierała się szeroka aleja bzów. Aż poczuł ich zapach, nadal, po dziewięciu latach, kojarzący się mu z Gabrysią.

- Wypiłbym toast, ale wszyscy troje wracamy do planu: Majka kupujesz Leśną Polanę, Patryk badasz sprawę willi na Żoliborzu, a ja…
- No, ciekawe, co ty? – podchwyciła dziewczyna.
- Ja chyba jeszcze dzisiaj zgarnę te cztery dychy. Należą mi się za trzy lata katorgi i następne kilkanaście ciężkiej harówy.
Majka z Patrykiem zgodnie przytaknęli.
- Jak psu buda ci się należą – skwitowała dziewczyna.
- Bardzo droga buda – dodał Patryk.
Roześmiali się wszyscy troje, a młodszy z mężczyzn pomyślał, że chyba nad ich rodziną naprawdę zaświeciło wreszcie słońce, które zgasło dziewięć lat temu. Od tamtej pory nigdy nie widział Wiktora tak serdecznie rozbawionego. Dzięki, Majeczko – pomyślał, łapiąc ją nagle za rękę, przyciągając do siebie i wyciskając na jej ustach długi pocałunek.
- Patryk… – Starszy brat pogroził mu palcem, gdy tylko ten oderwał się od ust zaskoczonej, ale uradowanej dziewczyny. – Nie dla psa kiełbasa, że tak pozostanę w tych tematach.
- Zabraniasz mi całować na pożegnanie własną siostrę?
- Siostrę – podkreślił Wiktor – i niech pozostanie siostrą.
- Ale ja właściwie nie jestem waszą… - zaczęła Majka.
- Jesteś i będziesz – Wiktor, uśmiechając się porozumiewawczo do Patryka, cmoknął Majkę w policzek, po czym pchnął ją delikatnie w kierunku wyjścia. – Masz dziś pewną bardzo ważną sprawę do załatwienia, pamiętasz? Patryk, poproś naszego notariusza o pełnomocnictwo dla Majki. Musimy się wycofać z kupna Leśnej Polany, żeby ona mogła to uczynić.
Nic więcej nie zostało do dodania. Każdy wiedział, co ma robić.
Dokładnie o szesnastej czterdzieści na trzy telefony komórkowe – Patryka, Wiktora i pana Antoniego – przyszedł esemes: „Mamy Leśną Polanę! Jest nasza! To znaczy Gabrysi! Idę się upić!”.

Następnego dnia Julia obudziła się przed siódmą, gdy na oddziale zaczynał się poranny rozgardiasz. Pielęgniarki biegały po pokojach, pobierając krew, podając leki, trzaskając drzwiami. Ona swój antybiotyk dostawała w południe, mogła więc spać spokojnie, ale hałas budził ją każdego ranka i to… dobrze na nią działało. W czterech ścianach szpitalnego pokoju – tak jak kiedyś, gdy dobry, stary doktor namówił ją na terapię – czuła się bezpieczna. Tutaj nikt jej do niczego nie zmuszał, nikt niczego nie wymagał, ani nie żądał. Miała jedynie zdrowieć: takie było życzenie lekarzy i przyjaciół.
Spojrzała w bok. Gabrysia pracowicie wstukiwała liczby w swoje tabelki. Kiedy wstała? Jak długo pracowała już dzisiejszego dnia? Julia – rekonwalescentka, od której nic się nie wymaga, tylko dochodzenia do siebie – nie miała pojęcia. Właściwie na jej miejscu powinna siedzieć Majka, ale wczoraj nie mogły się do niej dodzwonić, a pan Antoni znów zapewnił, że ich przyjaciółka jest bardzo zajęta załatwianiem bardzo ważnej sprawy. Julii zrobiło się trochę przykro, Gabriela w pierwszym momencie się wściekła, w następnym machnęła ręką. Po południu wpadnie do domu umyć się i przebrać, pracować może wszędzie, a do szpitalnego łóżka zaczynała się przyzwyczajać.
Teraz oderwała wzrok od ekranu laptopa i widząc spojrzenie Julii, uśmiechnęła się do niej. Była, jak to Gabrysia: zmęczona, mimo jakoś tam przespanej nocy na szpitalnym łóżku, ubrana w stonowane, szaro-bure, wygodne, ale schludne ciuchy, szara, nijaka, taka sama, jaką od kilku dni godzina po godzinie obserwowała Julia. Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech i, widząc jak Gabriela wraca do swoich tabelek, nagle… się rozpłakała. Na początku jedynie łzy zaczęły spływać po policzkach dziewczyny, ale zaraz potem stłumiony szloch przerwał panującą w pokoju ciszę.
Gabrysia poderwała się gwałtownie, niemal zrzucając laptop z kolan.
- Julisia, co się stało?! – krzyknęła w panice. – Coś cię boli?! Zaraz wezwę pielęgniarkę!
Już rzucała się do drzwi, gdy zatrzymały ją słowa Julii:
- Gabi, nic mi nie jest, to…ty.
- Co ja?! – Gabriela zawróciła w miejscu i dopadła Julii, chwyciła ją za rękę. – Coś ci powiedziałam? Coś zrobiłam nie tak? Boże, nie wiedziałam, przepraszam, kochana!
Julia szlochała, nie mogąc wydobyć z siebie głosu, Gabriela głaskała ją po włosach, przepraszając raz po raz.
„Może powiedziałam coś przez sen?! – przelatywały jej przez umysł spanikowane myśli. – Ale co? Kocham Julię! Jest mi bliższa niż siostra! Co mogłam jej powiedzieć?!” – O to zaczęła pytać na głos, gdy tylko łkanie Julii zaczęło cichnąć.
- Gabi, tylko się nie obraź – wykrztusiła wreszcie dziewczyna – ale Majka miała rację… Boże, jesteśmy tu trzeci dzień, a ty od rana do wieczora, właściwie nie wiem od której do której, bo gdy zasypiam i się budzę, ty zawsze siedzisz w tych swoich tabelkach.
Gabriela nagle wypuściła dłoń Julii z rąk i wyprostowała się.
- Przepraszam, Gabrysiu, ale to tak strasznie smutne, że nie masz nic, ani nikogo, oprócz nich…
Te słowa wstrząsnęły kobietą bardziej, niż słowa Majki. Opadła na swoje krzesło i zaczęła tępo, zmęczona jak zawsze, wpatrywać się w Julię ocierającą oczy.
- Muszę pracować. Leki taty nie tanieją, a jego tylko mam oprócz tabelek, z których obie tak kpicie – odezwała się wreszcie.
- Nie kpimy, Gabryniu, my ich serdecznie nienawidzimy, tak jak wy nienawidzicie moich kolejnych podtatusiałych „narzeczonych”, a ja i ty kolejnych, jednodniowych kochanków Majki. Tylko ja i Majka mamy jakiś wybór: ona może wyrwać się z tego nałogu, ja mogę znaleźć porządnego faceta w moim wieku, w którym nie będę wreszcie szukała ojca, ale ty… ty nie masz wyboru. Jesteś na te tabelki skazana, dopóki żyje twój tata…
- Zamknij się! – krzyknęła Gabriela, podrywając się na równe nogi. – Nie waż się nawet tak myśleć! Mój tata to wspaniały człowiek! Chciałabym, by żył jak najdłużej!
- Gabi, ja to wiem i z całego serca też tego pragnę, ale… po prostu nie mogę patrzeć, jak tracisz miesiąc po miesiącu, rok po roku swojego życia, życia, które mogłoby być wspaniałe, wypełniając te cholerne tabele. Gdybyś jeszcze miała jakieś hobby, pasję, odskocznię…
- Kiedy?! Kiedy mam dziergać na drutach, albo hodować rasowe koty?! Jeżeli nie zarobię tyle, ile trzeba…
- Gabi, to twoje tłumaczenie. Ty sama wciskasz sobie ten kit, ty sama się na to skazujesz.
Gabriela umilkła. Ciosu ze strony Julii się nie spodziewała. Przecież musiała pracować choćby na nią, Julię, która po wyjściu ze szpitala zatrzyma się u niej, będzie się u niej stołowała, robiła pranie, prasowała swoje kreacje na castingi… Nigdy Julii tego nie wypomniała, ale prąd i jedzenie kosztują, tymczasem ten barwny motylek, jej przyjaciółka, nie pomyślała ani razu, by dorzucić chociaż parę groszy do swego utrzymania, zawsze utrzymywana przez innych.
A ona, Gabriela, wdzięczna losowi, że w ogóle ma przyjaciółkę, nigdy jej tego nie wypomni. Spojrzała na laptop, który nie wiedzieć jak i kiedy znalazł się na jej kolanach. I nagle poczuła do tabeli, którą od szóstej rano pracowicie wypełniała ciągle tymi samymi danymi, tylko w innych ilościach, taką samą nienawiść – nie, po stokroć większą!, niż jej przyjaciółki. Zatrzasnęła laptop tak gwałtownie, aż Julia się wstrząsnęła.
- Masz rację – odezwała się, będąc myślami zupełnie gdzie indziej – uciekałam w pracę, bo nie wierzyłam, że coś jeszcze mnie w życiu spotka, po tych rozrywkach, które zaliczyłam – uśmiechnęła się krzywo, odruchowo dotykając miejsca, gdzie pod ubraniem miała na brzuchu dwie blizny. – Koniec z pracoholizmem! – Wbiła spojrzenie w przyjaciółkę. – Masz pomysł, moja kochana, czym pasjonującym mogę się zająć, by jednocześnie utrzymać przy życiu tatę i siebie?
Julia nie miała żadnego pomysłu. Nie wiedziała o Gabrieli właściwie nic, co właśnie sobie ze wstydem uświadomiła.
- Masz jakieś inne zainteresowania, oprócz tabelek? Jakieś hobby? – zaczęła nieśmiało.
- Tak. Pragnę hodować róże. To moje marzenie. Chciałabym także jeździć konno i zwiedzać świat. Masz kawałek ogrodu na zbyciu? Jakieś ranczo? A może forsę na wycieczki?
Julia przygryzła wargę, żeby znów się nie rozpłakać. Nie potrafiła spełnić marzeń Gabrieli. To wszystko kosztowało, a ona nie miała pieniędzy… Majka! Majka zawsze jest przy forsie, może ona…
Widząc błysk w oku przyjaciółki, Gabriela zgasiła go natychmiast:
- Tylko nie myśl, że będzie mi moje marzenia fundowała Majka. Łatwo jest wyciągać rękę po forsę do przyjaciół tylko komuś, kto nie potrafi na własne marzenia sam zarobić. Ale takie marzenia, „sponsorowane” są nic nie warte. Nie cieszą. A ja nic innego nie umiem, tylko wypełniać te tabelki…
Nagle… poczuła własne słowa, jak uderzenie w splot słoneczny. Aż się zgięła z bólu.
- O Boże, Gabiniu, ja nie chciałam! – usłyszała tym razem przez własny szloch, krzyk Julii. – Przepraszam, kochana, próbowałam pomóc… Coś znaleźć… Jakieś wyjście, ucieczkę dla ciebie przed…
Urwała, bo Gabriela nagle się wyprostowała. Otarła oczy.
- Masz rację. Jest coś, co robię, gdy mam już dosyć tych cholernych kosztorysów. Piszę. Piszę powieści. Uciekam do innych światów, innego życia. Chcesz poczytać?
- Chcę – odparła bez wahania Julia.
- To masz. – Gabriela rzuciła jej laptop na kolana. – Plik z moimi „powieściami” znajdziesz bez problemu. Ja… idę się przejść i przemyśleć parę rzeczy. Miłego czytania.
Wzięła torbę, narzuciła na ramiona kurtkę i zostawiając Julię, która odprowadzała ją do drzwi na wpół zdumionym, na wpół zaniepokojonym spojrzeniem, wyszła z pokoju, a potem ze szpitala i ruszyła bez celu przed siebie…

ostatni odcinek tomu I i ciąg dalszy tutaj:

2 komentarze:

  1. Ojejku ta powiesc jest poprostu piekna ;-) pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne i już nie mogę się doczekać kolejnego odcinka :)

    OdpowiedzUsuń