piątek, 23 grudnia 2016

Leśna Polana Odcinek 16...


...w którym poznajemy historię przeszłości trzech braci do końca.
 
Słysząc ostatnie słowa doktora, Wiktor uśmiechnął się lekko, ale oczy mu pociemniały na wspomnienie tamtego wieczoru. W takie właśnie oczy najstarszego syna, który właśnie kończył szesnaście lat – czarne, pełne nienawiści – patrzył wtedy jego ojczym, który po parszywym dniu wszedł do domu, by się wyżyć. Już po drodze na górę wyrwał z gniazdka kabel od telefonu, długi i cienki jak drut. Owinął go sobie dookoła ręki, tak jak lubił.
„Dwa młodsze bękarty siedzą już pewnie pod łóżkiem i robią w gacie… – myślał. – Trzeba zacząć i z nich robić prawdziwych mężczyzn. Może by tak złamać umowę i zabrać się za któregoś z nich? Najstarszemu przywali się z pięści, aż ten przeleci przez pokój i osunie się po ścianie. Potem wyciągnąć spod łóżka któregoś z młodszych, jak za starych, dobrych czasów na Ukrainie i…”
Wiktor czekał w swoim pokoju, napięty do granic wytrzymałości. „Najgorsze jest oczekiwanie na dzień, w którym to nastąpi, a potem na pierwsze uderzenie” – nie wie, gdzie przeczytał to zdanie. Dziś przyszedł ten dzień. Teraz jeszcze pierwszy cios i trzeba będzie po prostu znieść następne, aż któreś uderzenie pozbawi go przytomności, ciskając w błogosławiony niebyt.
Nagle zesztywniał jeszcze bardziej.
Adolf Kuchta, „Hitlerek” – bo Wiktor tak i tylko tak go nazywał – zatrzymał się wcześniej. Drzwi do pokoju bliźniąt, które już na pewno siedziały ukryte pod łóżkiem, huknęły o ścianę. Wiktor poderwał się na równe nogi. Do środka wpadł tak gwałtownie, że niemal zbił Tamtego z nóg.
Stali naprzeciw, wpatrzeni w siebie z taką samą nienawiścią i żądzą mordu w oczach. Wielki jak byk i wciąż jeszcze jak byk silny Kuchciński z kablem owiniętym wokół dłoni i niewysoki jak na swoje szesnaście lat, tak szczupły, że niemal chudy chłopak, niemający pod ręką niczego, czym mógłby obronić siebie i dzieci.
– Obiecałem ci kiedyś… – zaczął Wiktor takim tonem, że nawet Tamten mimo woli poczuł się nieswojo – …że jeśli choć tkniesz Patryka albo Marcina, zabiję cię. Ja, jak wiesz, dotrzymuję innej obietnicy, pozwalając się katować od trzech lat. Tej też dotrzymam.
Kuchciński popatrzył na chłopaka z mieszaniną politowania i… zadowolenia. Bo dzisiaj, tak jak trzy lata temu, gdy Wiktor postawił mu się po raz pierwszy, będzie mógł znowu mu pokazać, kto tu rządzi.
– Takiś mocny, że własnemu ojcu szlachtowaniem grozisz? – Aż mlasnął z ukontentowania na myśl o tym, co się zaraz stanie.
– Nie jesteś moim ojcem! – wycedził w odpowiedzi Wiktor i zmrużył oczy, gotów na pierwszy cios.
Ale… ten nie nastąpił.
Kuchciński odwrócił się na pięcie i zszedł na parter. Wiktor, drżąc z napięcia na całym ciele, czekał z czym wróci.
Z nożem?
Chryste, żeby tylko dzieci nie widziały!…
– Uciekajcie do mojego pokoju – syknął. – Natychmiast!
Chłopcy wypełzli spod łóżka i spojrzeli na brata niczym dwa złapane w sidła zające. Serce mu pękło na ten widok.
– Z-zostaniemy z tobą – wyjąkał Patryk, mimo że oczy wychodziły mu z orbit z przerażenia.
Kuchciński zaczął wchodzić na górę.
– Do mojego pokoju! – syknął Wiktor. – I pod łóżko!
Ledwo umknęli, gdy Tamten stanął powtórnie w drzwiach sypialni. W ręku nie miał noża ani kabla, co Wiktor od razu dostrzegł. Za to miarowo uderzał o udo pięciopalczastym pejczem. Kopnięciem zamknął za sobą drzwi. Wziął zamach. Wiktor ukrył odruchowo głowę w ramionach i w następnej sekundzie… pięć haków wplecionych między rzemienie wbiło mu się w ramię i przeorało mięśnie. Zawył z bólu tak strasznego i tak nieoczekiwanego, jak jeszcze nigdy.
I nagle poczuł, że coś, co wzbierało przez wszystkie te lata, eksploduje w jego duszy i sercu. Ziarno nienawiści, wściekłości, furii, rozpaczy, bezradności wreszcie pęka i nagle on, Wiktor, widzi siebie, swoje ręce, w tym jedną ociekającą krwią, jak rzucają się Tamtemu do gardła, ale „Hitlerek” jest na to przygotowany. Cios w skroń zbija chłopaka z nóg. Tamten myśli, że zabawa dopiero się zaczyna i nawet nie wie, jak szybko się skończy i kto tu zabawi się ostatni.
Wiktor przygotowywał się do tego dnia – wiedząc, że kiedyś nastąpi – od trzech lat. Potajemnie chodził na kursy samoobrony, organizowane bezpłatnie przez Dom Kultury. Teraz leżał półprzytomny z szoku i bólu, ale mózg pracował mu jasno jak jeszcze nigdy.
„Gdy przeciwnik ma przewagę siłową, ty musisz być szybszy i bardziej zdeterminowany. Jest parę punktów na ciele człowieka… cios w któryś z nich może ci dać szansę…” – wspomnienie spokojnych słów instruktora sprawia, że czas zwalnia.
Tamten staje nad Wiktorem i unosi dłoń z pejczem, by uderzyć powtórnie. Wiktor z całej siły kopie go w jądra i nagle… to Tamten jest na kolanach, tamten wyje z bólu. Chłopak podrywa się na równe nogi. W jego żyłach płynie czysta adrenalina. Lecz jeszcze nie czas na triumf. Bestia jest nadal niebezpieczna. Wiktor ponownie kopie między nogi. Kuchta zwija się wpół. Pejcz wypada mu z ręki. Chłopak podnosi go, ach jak go korci, by tłuc tego skurwiela pięciopalczastym, zakończonym hakami batogiem, poszarpać go na krwawe strzępy… Lecz Wiktor wie, że nie mógłby sobie już nigdy spojrzeć w oczy, bo stanie się taki sam jak to bydlę. Kopie go za to ponownie w jądra, tak by stracił w końcu przytomność, a oni mogli uciekać, ale Kuchta jest twardszy, niż się Wiktorowi wydawało, znów tylko wyje. Ręka z batogiem sama podnosi się do uderzenia…

piątek, 9 grudnia 2016

Leśna Polana Odcinek 15...



 ...w którym poznajemy dalszą część historii trzech braci Prado widzianą oczyma jednego z nielicznych przyjaciół Wiktora...

Wiktor zatrzymał się przed jedną z kamieniczek na Karowej i spojrzał w okna na pierwszym piętrze. Przez zasłony przeświecał ciepły blask. Może jeden z nielicznych przyjaciół Wiktora był w domu i miałby ochotę na pogawędkę? Sięgnął po telefon. Już po pierwszych słowach wyzbył się wątpliwości…
– Wiktor! Stary druhu! Jak dobrze, że dzwonisz! Już miałem sam to zrobić i zapytać, kiedy wpadniesz do Polski, no i do nas!
– Dobrze słyszeć uśmiech w twoim głosie, Janku – odparł. – Prawdę mówiąc, jestem nie tylko w Polsce, ale przed waszą kamienicą i patrzę w twoje okna z nadzieją, że zaprosisz mnie na herbatę.
– Genialnie! Wpadaj! Jola właśnie wyjmuje z piekarnika szarlotkę, a ty uwielbiasz szarlotkę! Zupełnie, jakby się ciebie spodziewała…
– Telepatia – usłyszał stłumiony kobiecy głos i śmiech. – Niech spróbuje odmówić zaproszenia na moje ciasto…
– Gdzieżbym śmiał – odparł i już po chwili przekraczał próg niewielkiego, ale niezwykle przytulnego mieszkanka doktorostwa Braniewskich.
Jola – która nie wyglądała na swoje pięćdziesiąt pięć lat, szczupła, uśmiechnięta, jasnowłosa i pachnąca wanilią – objęła Wiktora serdecznie i ucałowała po matczynemu. Dobrze było przytulić się do kobiety, która kochała cię właśnie jak syna…
– Przepraszam, że przychodzę z pustymi rękami, ale musiałem nagle wyjść i pomyślałem…
– Błagam, Wiktorku, znamy się tyle lat, tyle razem przeszliśmy, że nie musisz przynosić ani kwiatów, ani wina, wystarczy, że ty sam tu jesteś. No, jedynie wizyta całej waszej trójki sprawiłaby nam większą radość, a gdybyście przyprowadzili jeszcze swoje dziewczyny, czy żony i dzieci…
– Na to się nie zanosi – odparł Wiktor, wchodząc do pokoju, gdzie pośrodku stołu królowało pięknie pachnące ciasto.
– Kiedyś się zaniesie, zobaczysz i nagle będziemy mieć tutaj całą wielką czeredę Pradziątek – zawyrokował doktor Braniewski. Jego żona roześmiała się.
– Dla ciebie, Wikuś, jak zwykle herbata z pomarańczą i cynamonem czy masz ochotę na coś z prądem?
– Herbata. Dziś niestety na mnie przypadł wieczór abstynencji, ale wy się nie krępujcie.
Wreszcie wszyscy troje usiedli przy stole, Jola nałożyła każdemu po solidnej porcji ciasta z kulką lodów waniliowych i łyżką bitej śmietany, doktor nalał sobie kieliszeczek domowej wiśniówki, westchnął z ukontentowania i rzekł:
– Opowiadaj: co u ciebie, co u was?
– Jak na Zachodzie: bez zmian. Praca, praca, praca… Nic ciekawego – odparł Wiktor.
Doktor przyjrzał mu się uważnie.
– A jednak coś się zmieniło. Masz… inne spojrzenie.
Wiktor uśmiechnął się lekko.
– Bardziej zmęczone?
– Przeciwnie. Nie tak pełne beznadziei, jak zazwyczaj.
– Dzięki, przyjacielu, za szczerość – żachnął się, ale bez złości.
Doktor Braniewski miał rację. Leśna Polana i znaleziony na ławce pod lipą pierścionek, potem spotkanie przyjaciółki Gabrysi, która najwyraźniej miała sporo do opowiedzenia – tak, to obudziło w sercu tego samotnego do bólu mężczyzny maleńki promień nadziei. Czyżby aż tak widoczny?
– Przypadkiem, chociaż nie wierzę w przypadki, wskrzesiłem demony przeszłości – zaczął. – Właśnie Patryk opowiada o naszych tajemnicach kobiecie, która pojawiła się nie wiadomo skąd, ale wiadomo, w jakim celu: żeby kupić Leśną Polanę w imieniu albo dla Gabrieli. Prawdę mówiąc, nie wiem jeszcze, jaka jest jej rola w tym wszystkim. Wiem tylko, że ta kobieta stoi po mojej stronie barykady. Też pragnie, by Gabrysia była szczęśliwa, więc…
– Więc nadal Gabriela Leszeńska… żadna inna… – odezwał się cicho doktor, po czym ujął dłoń swojej żony, z którą był od ponad trzydziestu lat i ucałował. Pogłaskała go po policzku.
Wiktor patrzył na ten krótki, spontaniczny gest czułości i wiedział, że z nimi – Gabrielą i Wiktorem – byłoby tak samo. Kochaliby się mimo upływu lat, bez względu na wszystko i wszystkich, gdyby nie życiowe przekleństwo Wiktora, jego braci, ojca Gabrieli i wreszcie jej samej: Adolf Kuchta vel Józef Kuchciński.
Doktor Jan Braniewski już wtedy, pierwszego dnia, czy raczej nocy, gdy nakładał szwy na rozciętą głowę Wiktora, rozpracował go bezbłędnie. Poprosił pielęgniarki, by zajęły się dziećmi, sprawdziły, czy nie mają żadnych obrażeń, umyły je i przebrały w czyste ubrania, bo Patryk i Marcin nadal kulili się w zakrwawionych piżamkach. Posłali Wiktorowi przerażone spojrzenie. A jeśli ich zabiorą na zawsze? Rozdzielą?
– Nie zostawię was – odezwał się słabym głosem, bo ból ręki mimo podanych leków stawał się nie do zniesienia. – Panie umyją was i przebiorą, a potem przyprowadzą z powrotem, prawda, doktorze? – spojrzał twardo w oczy lekarzowi.
Ten uniósł lekko brwi ze zdumienia – ledwo przytomny trzynastolatek, a jeszcze ma siłę się stawiać? – ale odrzekł poważnie:
– Tak właśnie będzie.
Gdy zaś w gabinecie pozostali we dwóch…
Lekarz nagle podwinął rękaw zielonego kitla, wysoko, że widać było bark i kawałek pleców. I dwie blizny sprzed wielu lat.
– Mnie też kiedyś raz na jakiś czas napadali nieznani sprawcy i bili. Bili dotąd, najchętniej używając kabla do magnetofonu, bo ciął skórę do krwi, aż zaczynałem błagać o litość – zaczął cicho, patrząc Wiktorowi prosto w oczy. – Za to zostawiali w spokoju moją siostrę. Taka była umowa: znęcają się nade mną, za to trzymają łapy z daleka od mojej młodszej siostry. Jesteś jednym z nielicznych ludzi na tym świecie, a na pewno pierwszym dzieciakiem, któremu to mówię. Ja chroniłem siostrę, ty chronisz braci?
Oczy Wiktora mimowolnie napełniły się łzami. Kiwnął głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Powinien zaprzeczyć, wiedział, że wiele ryzykuje – jeśli ten doktor poleci na policję…
Jan Braniewski jakby czytał w jego myślach:
– Tak, powinienem to zgłosić policji, ale ja swego czasu usłyszałem: „spróbuj choć pisnąć, bękarcie, i będziesz miał wypadek, a wtedy ja zajmę się nią…”. Ty usłyszałeś coś podobnego?
Wiktor ponownie zdobył się na przytaknięcie. Opuścił głowę. Dwie łzy skapnęły mu na posiniaczone kopniakami Tamtego kolana.
– Posłuchaj, Wiktor – doktor Braniewski zmusił go do spojrzenia w oczy. – Dam ci dzisiaj trochę pieniędzy, kupisz niedrogi aparat fotograficzny, zaczniesz robić zdjęcia wszystkich ran, sińców, złamań, tego, co nieznani sprawcy jeszcze w przyszłości ci zgotują. Musisz zbierać dowody, rozumiesz? Ukryj te zdjęcia tak, by nikt – oprócz twoich braci – nigdy ich nie znalazł. One kiedyś się wam przydadzą, choćby wtedy, gdy skończysz osiemnaście lat i wystąpisz o prawo do opieki nad braćmi, rozumiesz?
Osiemnaście lat… Boże, jak on przetrwa pięć lat katorgi…?! Doktor musiał zobaczyć panikę w jego oczach, bo położył mu ręką na ramieniu i uścisnął lekko, mimo że wiedział, iż zadaje tym chłopcu ból.
– Nie jesteś sam. Wiem, przez co przeszedłeś i przez co jeszcze przejdziesz, jeśli zdecydujesz, że to będzie dla was lepsze niż pobyt w domu dziecka…
– On nigdy nie odda Patryka i Marcina do domu dziecka – wyszeptał Wiktor. – Pozbędzie się mnie i zacznie znęcać się nad nimi. Dlatego się nami zajmuje, mimo że nie jest naszym ojcem: żeby mieć bezwolne, bezradne ofiary.
Doktor zmrużył lekko oczy i zacisnął szczęki, czując, jak wypełnia go dawna nienawiść. Gwałtownym gestem sięgnął po receptariusz, przystawił swoją pieczątkę.
– Tutaj masz mój telefon służbowy. A tutaj – zaczął szybko pisać na odwrocie –prywatny. Naucz się obu na pamięć i naucz swoich braci. Gdyby coś się stało, gdybyś potrzebował pomocy, zadzwoń bez względu na porę. Na tym podłym świecie są jeszcze ludzie, nie tylko bestie, Wiktor. Trzeba w to wierzyć…
Tak zaczęła się niezwykła przyjaźń trzynastolatka i trzydziestoletniego lekarza z bielańskiego szpitala, która trwała do dziś. To u Jana Braniewskiego zatrzymali się tej pierwszej, strasznej nocy po ucieczce, to doktor – obcy człowiek – wystąpił do sądu o odebranie Józefowi Kuchcińskiemu władzy rodzicielskiej i ustanowienie jego, Jana Braniewskiego, opiekunem prawnym chłopców, dopóki Wiktor nie będzie mógł przejąć tej opieki. Sąd obejrzawszy „album rodzinny”, czyli dowody na nieludzkie znęcanie się Kuchcińskiego nad najstarszym synem, nie czynił żadnych trudności. Zmieniono im też nazwisko na to, które nosiła kiedyś matka Wiktora: Prado.
Sprawa o znęcanie się powinna pójść oczywiście do prokuratury, ale że kruk krukowi oka nie wykole, a poszkodowany nie złożył doniesienia…
            – Hej, Wiktor, herbata całkiem ci wystygnie! – Doktor pomachał mu przed nosem ręką. – Za głęboko zapadłeś się w tę przeszłość.
– I lody się rozpłynęły – dodała żałośnie Jola Braniewska.
– Przepraszam – odezwał się skruszonym tonem. – Rzeczywiście przypomniałem sobie nasze pierwsze spotkanie. Do dziś dnia dziękuję Bogu, że postawił ciebie na naszej drodze. Nie wiem, co bym zrobił tamtej nocy, gdy zostaliśmy zdani sami na siebie: ledwo żywy nastolatek z poszarpanym ramieniem i dwójką przerażonych dzieciaków…
– Ja ci jedynie parę razy szyłem „niegroźne zadrapania” – odrzekł doktor. – Poszarpane ramię tu, na tym stole. Dzielnie to zniosłeś. – Obaj uśmiechnęli się na tamto niewesołe przecież wspomnienie.
– Oprócz tej „niewielkiej przysługi” odebrałeś Kuchcie władzę rodzicielską i załatwiłeś mi lewy dowód – przypomniał Wiktor.
– To ostatnie było naprawdę drobnostką. – Braniewski machnął ręką. – Mam wielu szemranych, ale wdzięcznych pacjentów. – Nagle spoważniał. – Ty zrobiłeś dla nas o wiele więcej, Wiktor. Tak więc Bóg wie, kogo stawiać na czyjej drodze…
Znów sięgnął po rękę żony i ją ucałował. Ona zaś tym razem pogładziła po policzku Wiktora.
Kilka lat temu wykryto u niej rzadki rodzaj właściwie nieoperacyjnego nowotworu. Tylko jedna klinika na całym świecie zgodziła się podjąć próbę jego usunięcia. Oczywiście bez gwarancji, że zabieg okaże się skuteczny i nie nastąpi nawrót. I oczywiście za kwotę, której doktor Braniewski nie byłby w stanie uzbierać przez całe swoje życie. Wtedy… wtedy zadzwonił do Wiktora i łamiącym się głosem poprosił o pożyczkę.
– Jola… moja Jola umiera, Wiktor, a ja mogę tylko trzymać ją za rękę…
– Ile potrzebujesz? – Wiktor, którego firma Prado Ltd. wtedy już obracała nieruchomościami wartymi krocie, był konkretny.
– Milion dolarów. Może więcej.
– Umawiaj tę operację.
– Ale Wiktor… ja nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł zwrócić ci choćby część tej pożyczki.
– To nie jest pożyczka, doktorze Braniewski – odparł powoli i dobitnie – tylko spłata choć części długu, jaki mam u ciebie. Jak najszybciej wysyłaj Jolę na operację, ja proszę o numer konta i kwoty, jakie mam na nie przelewać – dodał już serdeczniejszym tonem.
– Dziękuję… – zaczął doktor, ale Wiktor nie mógł znieść jego podziękowań. Dla niego to były tylko pieniądze, doktor razem z Jolą dla nich trzech: Wiktora, Patryka i Marcina, zrobili znacznie więcej, niż wypisali czek.
– Tracisz czas na podziękowania, przyjacielu – przerwał mu – a Jola tego czasu zbyt wiele nie ma.
Dzisiaj, siedząc w ich kuchni z nieruszoną szarlotką na talerzu i wystygłą herbatą, przytrzymał rękę kobiety, która pogładziła go po policzku, i ucałował ją. Operacja się udała. Do dziś nawrotów nie było. Jola żyła i miała żyć, i tylko to się liczyło.
Rozluźnił napięte ramiona – powroty do przeszłości zawsze były bolesne – i zajął się szarlotką, aż przymykając oczy z rozkoszy.
– Boże, jak ja marzyłem o domowym cieście… – wymruczał, gdy gospodyni, zadowolona z zasłużonych pochwał, stawiała przed nim filiżankę z nową, gorącą herbatą.
– Masz dwa wyjścia, kolego – odezwał się tym samym, rozmarzonym tonem Braniewski – ożenić się albo nauczyć się piec szarlotkę własnoręcznie.
– A znasz sposób, jak szybko wysłać na tamten świat pewnego bydlaka? – odparł pytaniem Wiktor.
– Mnie, lekarza, o to pytasz?! – zaśmiał się Braniewski. – Ale, wybacz, kolego, w tym ci nie pomogę. I to nawet nie ze względu na sumienie, bo wyświadczylibyśmy światu przysługę i wymierzyli sprawiedliwość, ale zgładzilibyśmy bestię, a odpowiadali jak za człowieka. Ile ten stary ubek ma lat? Dziewięćdziesiąt?
– Coś koło tego…
– Że też go w końcu piekło nie pochłonie. Tylu dobrych ludzi odchodzi przedwcześnie, a bydlę, co powinno już dawno wisieć, jeśli istniałaby na tym świecie jakaś sprawiedliwość, nadal życia się trzyma…
– Nienawiści się trzyma, nie życia – mruknął Wiktor, nagle straciwszy apetyt. – Nienawiści do mnie i do Leszeńskiego. Obiecał sobie, że napluje na jego grób i będzie żył dotąd, aż pan Antoni podda się pierwszy.
– To jest chore. – Jola pokręciła głową.
– Tego, co wyrabiała bestia zwana „Hitlerkiem” i jemu podobni, nie da się opisać słowem „chore”. Nawet „zwyrodnialec” brzmi za łagodnie – odparł jej mąż. – Czytałem niedawno książkę o oprawcach z X Pawilonu i wiem, co mówię. Że też wam obu – tobie, Wiktor, i Leszeńskiemu – udało się wyrwać z jego łap. Za taki wyczyn musi was nienawidzić…

c.d. za 2 tygodnie...

piątek, 25 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 14...



 ...w którym Wiktor we wspomnieniach wraca do trudnej przeszłości...

Wiktor szedł Krakowskim Przedmieściem, jak zawsze oczarowany urokiem tej ulicy, zastanawiając się – trochę ze smutkiem, trochę z rozbawieniem – czy Patryk z Majką są już zalani w trupa, czy jeszcze nie. On już by chyba był. Gdy znalazł dokumenty na temat Adolfa Kuchty, i to jeszcze sprzed „kariery” na Rakowieckiej, gdy wyobraził sobie, co ta bestia wyrabiała na Wołyniu, do czego to bydlę jest zdolne, dziwił się – naprawdę się dziwił – że on i jego bracia uszli z jego łap cało. Dla „Hitlerka” chwycenie dziecka za nóżki i rozbicie mu główki o ścianę było jak szklanka bimbru na dobry koniec nocy „riezania Lachów”…
Tak, gdyby miał teraz o tym opowiadać pięknej dziewczynie, jaką była Majka Trojanowska, już byłby po kilku głębszych.
Majka Trojanowska… Ciekawe, dlaczego stanęła na jego drodze. Ognista brunetka o pięknych fiołkowych oczach i ciele modelki… Oczywiście, że wzbudziła w nim pożądanie, był przecież normalnym mężczyzną, który długo, już zbyt długo nie miał kobiety, ale Wiktor Prado potrafił panować nad pożądaniem, szczególnie gdy tak blisko, być może tuż, tuż, była miłość jego życia. Gabrysia Leszeńska. Nie poszedłby do łóżka z dopiero co poznaną kobietą, do której nie czuł nic więcej niż pociąg fizyczny, a tym bardziej nie zaliczyłby przyjaciółki Gabrieli.
Był piękny, ciepły, lipcowy wieczór. Zbliżał się do domu, w którym mieszkał jego serdeczny przyjaciel. Jeden z niewielu, jakich miał w tym mieście. Jeden z niewielu, jakich w ogóle miał.
Spotkali się po raz pierwszy, gdy Wiktor miał trzynaście lat, a bliźniaki po pięć. Tak… to wtedy wszystko się zaczęło…

środa, 9 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 13...

w którym Los odmienia się w jednej chwili...


Przyszli po niego we dwóch, pewni, że więzień nie będzie w stanie się opierać. Mieli rację.
– Na L… – warknął klawisz, który w duchu od lat podziwiał młodego chłopaka, że po tylu przesłuchaniach u „Hitlerka” nadal się trzyma. Nadal żyje. Zresztą „Wilczek” już dawno w X Pawilonie stał się legendą hartu ducha i nieugiętości. Bez względu na to, w jakim stanie wrzucano go do celi, czy miał połamane nogi, czy powyrywane paznokcie, zawsze powtarzał, gdy już mógł choć szeptać: „Nie podpisałem”.
– Na L… – warknął powtórnie, gdy odpowiedziała mu cisza.
– On nie jest w stanie odpowiedzieć – rzekł któryś z więźniów z gniewem. – Wczoraj przynieśliście go z karceru. Wykończcie go wreszcie, skurwysyny, bo ten chłopak nic wam nie zawinił. Oprócz tego, że kopnął między nogi jednego z was!
– Zabieramy go na rozprawę, nie na przesłuchanie – odparł klawisz, nagle pokorniejąc. Czasy się zmieniają, być może kiedyś to jego będą wywoływać.
– To go zabierajcie! – krzyknął ten sam głos. – Nie jest w stanie ustać na nogach!
Dwóch eskortantów weszło do celi, spoglądając ponuro na pozostałych więźniów, wzięło Antka pod pachy i wywlekło go na korytarz. Ich też przeraził stan więźnia. Jeszcze parę tygodni temu wyglądał na swoje dwadzieścia jeden lat. Owszem, wynędzniały, chudy, wykończony torturami, ale czarnowłosy młody chłopak… Teraz wlekli przed oblicze sądu siwowłosego starca u progu śmierci…
– Z Bogiem, Antoś! – rozlegały się szepty.
– Niech cię Bóg błogosławi – ktoś z sąsiedniej celi mówił łamiącym się głosem.
Rozprawa sądowa była końcem wszystkiego. Część otępiałego mózgu chłopaka to właśnie mu podpowiadała. Był pewien, że dostanie wyrok śmierci, i modlił się o nią.
Jego koszula nasiąkała powoli krwią z niezliczonych ran, zadanych szkłem karceru. „Niech to się skończy” – tylko o to błagał Boga…
Wprowadzono go, czy raczej wciągnięto, bo ledwo poruszał nogami, do celi nieco większej niż ta, którą przez trzy lata dzielił ze współwięźniami, współbraćmi. Rozbiegany wzrok – po miesiącu w karcerze nie mógł skupić spojrzenia – spoczął na trzech siedzących za biurkiem mężczyznach. Jeden w mundurze, kapitan, dwóch bez stopni: protokolant z niezbyt grubą teczką pod ręką i jakiś cywil po lewej, na specjalnie dostawionej ławce. Więźnia ciśnięto, bo raczej nie posadzono, obok tego drugiego.
– Jestem pana obrońcą z upoważnienia… Jana Nowaka. Stefan Jacki – wyciągnął do Antka dłoń i widząc, w jakim jest stanie, uścisnął ją delikatnie, z mimowolnym szokiem w oczach.
Kapitan, będący widać sędzią, rozparł się pośrodku stołu i uśmiechnął wrednie.
– No i jak pan zgaduje, majorze Leszeński, czapa czy dożywocie?
Antek uniósł nań udręczone spojrzenie.
– Nie jestem majorem – wyszeptał. – Antoni Leszeński, lat dwadzieścia jeden, łącznik bez stopnia, syn majora Alojzego Leszeńskiego.
Wszyscy – oprócz obrońcy, bo ten wiedział wszystko – wytrzeszczyli nań oczy.
Sędzia spojrzał w akta…
– Tu stoi: „Major Alojzy Leszeński, syn Leopolda, lat czterdzieści sześć, dowodzący w Powstaniu Warszawskim oddziałem »Zygmunt«”. Co mi tu pierdolicie o jakimś Antonim?!
Antek spróbował wstać. Jacki podtrzymał go, by mógł mówić:
– Mój ojciec, major Leszeński, pierwszego dnia przesłuchań został zamordowany przez „Hitlerka” ciosem w krtań. Ja jestem synem majora, Antonim. W Powstaniu byłem łącznikiem ojca. Nie brałem udziału w walkach ani w żadnych ruchach antypolskich po wojnie. – Nie miał pojęcia, skąd bierze się w nim siła, by stać prosto i wypowiadać te słowa, ale zaciskająca się na jego łokciu dłoń obrońcy prosiła, wręcz nakazywała: „Mów, chłopcze. W tych słowach twoja nadzieja”.
Nagle mecenas Jacki, milczący dotąd, poderwał się:
– Czy mam rozumieć, że od trzech lat przetrzymujecie i torturujecie tutaj niewinnego człowieka?! Bo nie wmówi mi pan, kapitanie, że ten dwudziestojednoletni, jak się okazuje, chłopak osiwiał z miłości?! Jeszcze wczoraj był w karcerze, przetrzymywany tam miesiąc! I dziś dowiadujemy się, że macie przed sobą akta nie jego, a majora Leszeńskiego?! Ojca tego chłopaka? Chłopaka, który był zwykłym czternastoletnim powstańczym łącznikiem?! Za to w Polsce Ludowej dajcie karę śmierci?!
Kapitan poczerwieniał na twarzy. Na szyi zaczęły pulsować mu żyły.
– Przerywam posiedzenie, co wyjaśnienia sprawy. Sprowadźcie mi tu „Hitler…”, to znaczy Józefa Kuchtę.
Antek wraz z obrońcą zostali wyprowadzeni na zewnątrz.
Po kilku minutach minął ich, omiatając nienawistnym spojrzeniem, „Hitlerek”.

Leśna Polana Odcinek 12...

o ludzkim okrucieństwie i nadludzkiej woli przetrwania...


Antoni stał w mroku niewielkiego, dusznego pomieszczenia, niemal wtulony w zamknięte za plecami drzwi i z rosnącym przerażeniem patrzył na zbliżające się ku niemu monstra prosto z dziecięcych koszmarów. Bo to może byli jeszcze ludzie, ale… chudzi jak szkielety, obdarci, zarośnięci i przede wszystkim cuchnący niedomytymi ciałami, sprawiali wrażenie chodzących trupów.
– Z kim mamy przyjemność? – zagaił cichym, starczym głosem najbliższy z nich. – Tylko szeptem, proszę. Za zakłócanie ciszy nocnej cała cela stoi do rana na baczność.
Antek kiwnął głową. Nie miał nadziei, że wśród tej bandy kryminalistów – był bowiem pewien, że ma przed sobą najgorszych zbrodniarzy – dożyje rana.
– Jestem Antek Leszeński – wyszeptał.
Żaden z nich się nie poruszył. Nic nie wskazywało na to, że jego nazwisko cokolwiek tu znaczy.
– Coś młodo kolega wygląda. Za co cię wsadzili, bo za konspirę na pewno nie…
– Mam osiemnaście lat i nie wiem, dlaczego tu jestem. W Powstaniu byłem łącznikiem mojego ojca, nie nawojowałem się zbyt wiele, biegając kanałami w tę i we w tę. Po Powstaniu wróciłem ze stalagu i wziąłem się do uczciwej pracy, żeby utrzymać matkę. Nie wiem, za co mnie zgarnęli…
– Może my się zaraz dowiemy – wyszeptał tajemniczo jeden z więźniów, podszedł do rury kanalizacyjnej, biegnącej od ubikacji w górę i zaczął szybko, ale cicho w nią stukać. Antek patrzył na to oczami rosnącymi ze zdumienia i niedowierzania.
– Antek Leszeński, syn majora Leszeńskiego? – zapytał nagle tamten.
Chłopak skinął głową.
– Wszystko się zgadza, synku – dodał mężczyzna głosem, w którym nagle zabrzmiała serdeczność. – To nie kapuś. „Biały” potwierdził, że mieli w oddziale dzielnego czternastoletniego łącznika, syna majora. Czekajcie… – urwał nagle, znów przykładając ucho do rury. Słuchał w skupieniu. Uniósł nagle brwi, patrząc na chłopaka, a potem twarz rozpromienił mu uśmiech od ucha do ucha.
Podszedł do Antka i uścisnął go serdecznie.
– Musisz wiedzieć, chłopcze, że twojemu ojcu podczas pierwszego przesłuchania niejaki „Hitlerek” zmiażdżył krtań, bo major Leszeński ośmielił się mu postawić. A wy, koledzy, musicie wiedzieć, że ten oto Antoni Leszeński, syn majora, dziś kopem między nogi powalił „Hitlerka” na kolana. Ta wiadomość obiega właśnie cały X Pawilon, wszyscy radują się, jakby dostali prezent gwiazdkowy. To ubeckie bydlę choć raz poczuło, co to znaczy ból. „Biały” prosi, byśmy się tobą zaopiekowali, synku, bo… będzie bardzo ciężko. „Hitlerek”, chyba najgorszy sadysta w tym przybytku, nie daruje ci tego.
Co do tego Antek nie miał wątpliwości. Nie wiedział jednak – choć już niebawem miał się dowiedzieć – co w więziennym żargonie znaczy „bardzo ciężko”…
– Pozwól, że dokonam szybkiej prezentacji, zanim klawisz zacznie walić kluczem w drzwi.
Nie zdążył.
Po drugiej stronie rozległy się ciężkie kroki, zgrzytnął zamek. Wszyscy więźniowie poderwali się na baczność i stanęli pod ścianą.
W otwartych drzwiach stanął ponury dryblas i warknął:
– Na L…
Nikt się nie odezwał.
– Na L…, gnoju! – wrzasnął, patrząc na Antka. Ten domyślił się, że wywołują po pierwszej literze nazwiska.
– Leszeński Antoni – powiedział i dał krok wprzód, czując jak gardło zaciska mu się ze strachu.
– Odwróć się. – Klawisz skuł go z powrotem, choć ramiona chłopaka nadal rwały bólem. Szarpnięciem postawił go przed sobą i zmierzył od stóp do głów małymi, świńskimi oczkami, uśmiechając się przy tym obleśnie. – Idziemy – wypchnął chłopaka z celi.
Antek zdążył jeszcze usłyszeć, jak któryś z więźniów szepce:
– Z Bogiem, chłopcze.
Drugi:
– Trzymaj się.
Po czym dostał pięścią w ucho, aż się zatoczył, i nic już nie słyszał. Tylko brzęczenie klucza o kraty. Znak dla innych klawiszy, że korytarzem prowadzony jest więzień.
Wepchnięto go do małego pokoju bez okien, gdzie rozwalony za biurkiem spoczywał oficer śledczy. Józef Kuchta, który mimo pięknego nazwiska i jeszcze piękniejszego imienia i tak wszystkim znany był jako „Hitlerek”.
Antek zatrzymał się po środku pokoju, tam, gdzie mu kazano.
– To co, chłopcy, najpierw zadbamy, żeby takie gestapowskie, burżuazyjne gówno nigdy nie spłodziło sobie podobnych, a potem zostawicie nas samych? – zagaił Kuchta do eskortanta, który przyprowadził Antka i drugiego, który tkwił przy maszynie do pisania, gotów spisywać zeznania.
Obaj poderwali się ochoczo.
Antoniemu serce podeszło do gardła, ale przyrzekł sobie, że nie da tym bydlakom, tym sadystom satysfakcji. Że dopóki będzie mógł… Ale na to, co zaraz miało się stać, nie był przygotowany…
Jeden zerwał mu spodnie, potem slipy. Nadal skutego oprowadzili dookoła biurka, za którym jeszcze przed chwilą królował „Hitlerek” i nagle… Antek zrozumiał, co za chwilę mu zrobią. Zacisnął powieki, modląc się gorąco do Boga o szybką śmierć.
Oprawcy pieczołowicie umieścili jego genitalia tam, gdzie trzeba, a potem „Hitlerek” strzelił szufladą z całej siły. Antek poczuł taki ból, jaki zdarza się raz w życiu i osunął się bez przytomności na podłogę. Nie wiedział, że tego bólu zazna jeszcze wiele, wiele razy…
Ocucili go wiadrem lodowatej wody.
Gdy odzyskał zmysły, siedział przywiązany do oparcia krzesła. Przez chwilę miał nadzieję, że to koniec, że takiego bólu nikt nie zniesie. Mylił się. Prawdziwe cierpienie, zadawane powoli, z premedytacją i lubością, było dopiero przed nim.
Żarówka świeciła prosto w załzawione oczy.
– Zostawcie nas – usłyszał i mimo wszystko zatęsknił za obecnością ludzi. Nie chciał zostawać sam na sam z tą bestią.
Drzwi trzasnęły głucho. Nagle poczuł przy swojej twarzy odór jego oddechu.
– A teraz słuchaj, gnoju, bo powiem ci coś, o czym nie wie nikt więcej, a nawet jeśli się od ciebie dowie, to nie będzie to miało dla wymiaru sprawiedliwości żadnego znaczenia. Ty, jako Antoni Leszeński, nie istniejesz, rozumiesz? Nie ma cię w aktach bezpieki. Już ja się o to postarałem. Za to, co zrobił twój ojciec – kazał mi, oficerowi śledczemu, wstać, jak mówię do niego, oficerka bandyckiej AK – a szczególnie za to, jak skompromitowałeś mnie w X Pawilonie, postanowiłem odpłacić ci osobiście. Będę cię uczył pokory, będziesz błagał o śmierć dotąd, aż wspaniałomyślnie się nad tobą, wszarzu, ulituję i przetrącę ci kark albo krtań jak temu bandycie, twojemu ojcu.
– Mój ojciec był patriotą. To ty jesteś bandytą – wychrypiał Antek, mimo że każde słowo skręcało jego wnętrzności w węzeł bólu. – Nawet jeśli na tym świecie nie ma sprawiedliwości i takie bestie rządzą tym chorym krajem, to jest jeszcze Tamta sprawiedliwość, a przed nią i ty kiedyś staniesz.
– A zakładamy się, gnoju, że mi włos z głowy nie spadnie i w dostatku dożyję późnej starości, a ty sczeźniesz tutaj, pod moim biurkiem, gdy zdecyduję, że mam cię dosyć, i nikt nigdy nie dowie się nawet, kiedy zdechłeś i gdzie zostałeś pochowany? Jak twój ojciec, gnijący gdzieś w bezimiennym dole? Nie ma żadnej innej sprawiedliwości, żadnego Tam. Jesteśmy teraz i tutaj, my dwaj. I zaczynamy zabawę. Kim chcesz zostać w przyszłości?
Antek spodziewał się każdego pytania, ale nie takiego. Zamrugał, by choć na chwilę żarówka rażąca prosto w twarz, dała odpocząć umęczonym oczom.
– Mam zdolności językowe. Chcę zostać tłumaczem – odparł.
– Musisz więc pisać na maszynie – zauważył Kuchta podejrzanie łagodnym tonem.
– Umiem pisać szybko i bezwzrokowo.
– Umiałeś – zaśmiał się „Hitlerek” i dodał zupełnie innym tonem: – Już nigdy nic nie napiszesz.
Antek po chwili zrozumiał swój błąd, ale było za późno. Na wszystko, oprócz śmierci, było za późno.
Tamten zgasił żarówkę, świecącą więźniowi w twarz, tylko po to, by ów widział, co oprawca będzie robił. A ten chwycił Antoniego za rękę, oparł ją o kant biurka i choć ten bronił się i wyrywał, zaczął młotkiem łamać mu po kolei wszystkie palce.
Antoni krzyczał. Choć przyrzekał sobie, że zniesie tortury z godnością, ból był nie do wytrzymania. Palec po palcu. Dziesięć uderzeń. Gdy nastąpiło ostatnie, opadł na oparcie krzesła, pewien, że to koniec. Że to bydlę, ten sadysta, da mu spokój. Lecz Kuchta słynął z tego, że potrafił bić tak, aby prawie zabić. Przytrzaśnięcie jąder szufladą, połamanie palców – to jeszcze nie zagrażało życiu.
Zgruchotana dłoń więźnia, który był jeszcze chłopcem, miał dopiero osiemnaście lat i nie uczynił tej parszywej macosze ojczyźnie nic złego, znów powędrowała na biurko. W dłoni oprawcy pojawiły się szczypce, zacisnęły na pierwszym paznokciu i szarpnęły. Antek zemdlał powtórnie.
Ocucono go wiadrem zimnej wody.

piątek, 14 października 2016

Leśna Polana Odcinek 11...

... w którym poznajemy bestię.


Na tym dziwnym świecie już tak jest, że jedni rodzą się ludźmi dobrymi i szlachetnymi i nie zmieni tego nic. Ani trudne dzieciństwo, ani wyrywanie im dobroci i szlachetności z duszy torturami, ani katowanie tym, co jest pod ręką, ani lżenie i poniżanie nie zmieni tych ludzi w bestie. Oni codziennie do dnia śmierci, czy to przez strzał w tył głowy w ubeckiej katowni, w nocy, po cichu, w samotności, czy otoczeni kochającymi ich ludźmi, mogą spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Żyjesz tak, by stanąć przed Bogiem bez wstydu”.
Większość jednak dba tylko o pełny żołądek, butelkę piwa wieczorem, pilota pod ręką i spokój w domu. Dzieciarnia spać, żona do garów. Pan domu wrócił z roboty i musi odpocząć. Często to żona zachrzania całymi dniami na pana domu, ale to już wybór żony. Oby nie była zmuszona do tego wyboru pięścią męża czy naciskiem rodziny.
Tacy ludzie są jak chorągiewki. Co powiedzą im w telewizornii, w to wierzą. Nie mają własnego zdania – oprócz tego, czy Żubr jest lepszy od Leżajska – i, prawdę mówiąc, gówno ich obchodzi co się na świecie dzieje, byle mieć bebech wypełniony obiadkiem, piwko, coś w telewizyjnym pudle, co będzie im prało niewielkie mózgi, dzieciaki schodzące z drogi i żonę, którą można raz na jakiś czas wydupczyć.
Są też idealiści. O, ci bywają niebezpieczni dla każdego reżimu, bo będą głosić swoje ideały i trzymać się ich do końca. Nie mają nic wspólnego z tymi pierwszymi, ludźmi po prostu dobrymi, bo nie kierują się dobrem, ideały bowiem, które owi wyznawcy mają wszczepione albo nabyte, mogą być zarówno szlachetne, jak i zbrodnicze. Ale przynajmniej w coś wierzą. I przed sądem nie wyprą się „wykonywaniem rozkazów”, przeciwnie, do śmierci będą wierzyć, że to, co robili, było słuszne i jedyne.
Oprócz mnóstwa innych rodzajów ludzkich charakterów jest też jeden, który każdego, bez wyjątku, nawet najbliższych współpracowników, nawet tych, którzy wykorzystują ich cechy, napawa podświadomym lękiem: są to prawdziwe bestie, które żyją tylko po to, żeby mordować, znęcać się, patrzeć na ludzkie cierpienie i czerpać z tego jakąś zupełnie niezrozumiałą dla normalnego człowieka satysfakcję. Te bestie nie wiedzą, co to sumienie, litość, miłosierdzie… Nie robi im różnicy, czy wyrywają paznokcie polskiemu patriocie, czy nadziewają na widły polskie dziecko. Sycą się cierpieniem. A im większe i bardziej pomysłowe tortury zadają bezbronnym ofiarom, tym bardziej ich to podnieca i tym bardziej są z siebie dumni. Już rekin ma w sobie więcej człowieczeństwa niż te nieludzkie monstra.
Adolf Kuchta, ojczym Wiktora, Patryka i Marcina, urodził się taką właśnie bestią.
Już jako dziecko nie przeszedł obojętnie obok ślimaka, nie zdeptawszy go, czy gąsienicy, nie nadziewając jej na kolec głogu i patrząc z satysfakcją, jak zwija się z bólu. Gdy znalazł gniazdko z pisklętami, urywał im łebki albo roztrzaskiwał je o ścianę. Dzieciaki z sierocińca szybko nauczyły się go unikać, bo – zbudowany jak byk – atakował szybko i za byle co. Czasem za nic.
Kto mu wymyślił takie imię i nazwisko? Może matka, która podrzuciła niemowlę na próg lwowskiej placówki? A może jakiś dowcipny pracownik? Grunt, że pasowało do niego, bo Adolf Hitler od razu stał się idolem tego chłopaka, a Kuchta… ze swoją inteligencją i niechęcią do nauki nadawał się tylko do mycia garów.
Wpisano mu więc datę urodzenia 1926, nadano imię i nazwisko i pozwolono żyć.
Gdy wyrósł z krótkich spodenek, urywanie łebków pisklętom przestało go zadowalać. On chciał większego widowiska. Kumple namówili go na podpalenie kota i to było to!
Znaleźli we czterech jakiegoś dachowca, wrzucili go do beczki, żeby nie mógł tak szybko uciec, oblali benzyną i… Adolf mało się w gacie nie spuścił, słysząc wycie płonącego żywcem zwierzęcia… Właśnie odkrył swoje powołanie! Tylko głupie chichoty kolegów mu przeszkadzały. On potrzebował ciszy i skupienia… Następną „przygodę”, czy raczej doświadczenie, zafundował sobie sam. Zwabił kotkę z kociętami, cisnął ją do beczki i po chwili wyło już nie jedno zwierzę, ale pięć. A on, Adolf Kuchta, patrzył na zwijające się w cierpieniach istoty i umacniał się w wierze, że to jego pasja. Życiowa misja.
Taaak, mordowanie zwierząt szło Kuchcie coraz lepiej. Ale to jeszcze nie było szczytem jego ambicji. Głupie bydlę potrafi ukatrupić każdy, ale człowieka już nie. Żeby zabić człowieka, trzeba mieć jaja ze stali, a on miał. I wraz z wybuchem drugiej wojny światowej doczekał się pierwszej z wielu okazji.
Nie będąc ani Polakiem, ani Ukraińcem, ani Ruskim czy szwabem, nie czuł się związany z żadną frakcją działającą na Kresach. Politykę miał zresztą gdzieś. Chciał tylko mordować. A że w tym najlepsi okazali się Ukraińcy, więc bez namysłu przyłączył się do UPA. Tam nauczył się znęcać i zabijać na trzysta sześćdziesiąt dwa sposoby. Kilka wymyślił sam, co napawało go prawdziwą dumą.
Miał dopiero siedemnaście lat i już się wsławił w swoim oddziale jako ten najokrutniejszy. Sława „Hitlerka”, bo taką dostał ksywkę, zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, a to znaczyło jedno: czas zniknąć. Bo może człowieczeństwa było w nim mniej niż u rekina, ledwo potrafił się podpisać, ale swój spryt miał. Wiedział, że Bandera za „riezanie Lachów” pogłaszcze go po głowie, ale AK-owcy, gdy tylko go dorwą, nadzieją go na pal, tak jak on nadziewał na sztachety płotów polskie dzieci.
Na kilka lat zapadł się pod ziemię, by wyłonić się, niczym feniks z popiołów, w czasach, gdy tacy jak on, zwyrodniali sadyści, okazali się dla nowej, komunistycznej władzy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wprost niezastąpieni.

sobota, 1 października 2016

Leśna Polana Odcinek 10...


... w którym dowiadujemy się o początku najpiękniejszej miłości i... początku jej końca.

Poznali się w pewien czerwcowy wieczór, gdy on kończył trzydzieści jeden lat, a ona była rok młodsza. Wiktor pracował nad pierwszym projektem, zakupem pewnej kamieniczki, przy którym wszystko postawił na jedną kartę: jeśli się powiedzie, ich firma zacznie prosperować, jeśli zaś nie, przepadną pieniądze ze sprzedaży pierwszego własnego mieszkania. Niedługo się nim we trzech nacieszyli, chociaż i tak był to dar od losu, czy raczej babci Prado, której Wiktor nie znał zupełnie i która również nigdy się nim nie zainteresowała, a jednak w spadku zapisała mu trzypokojowe mieszkanie na Bielanach…
Po długich rozmowach z braćmi i długiej – zbyt długiej – pracy jako wyrobnik w czyjejś firmie Wiktor postanowił otworzyć ich własną, od razu w Stanach Zjednoczonych z filią w Polsce: Prado Ltd. Ależ byli dumni, wszyscy trzej, gdy dostali do ręki dokumenty potwierdzające powstanie ich rodzinnego biznesu. A jakie snuli marzenia i plany…!
Trzeba było jednak od czegoś zacząć i ta kamieniczka miała być pierwszym krokiem do spełnienia wszystkich marzeń. A te bywają kosztowne.
Musiał mieć dobry biznesplan, by bank w ogóle chciał z nim rozmawiać o pożyczce, a jego podstawą był wiarygodny, szczegółowy, dobrze przygotowany i, co równie ważne, niedrogi, kosztorys podziału kamieniczki na kilka małych mieszkań oraz ich remontu i adaptacji pod najem krótkoterminowy. Taki był właśnie pomysł Wiktora na ich firmę.
Sam skończył zaocznie zarządzanie i obrót nieruchomościami, Patryk był na czwartym roku prawa, Marcin – marketingu i promocji. Wszyscy trzej mieli stanowić zwartą drużynę, w której oprócz pracowników nie był potrzebny nikt więcej.
Do tej pory Wiktor pracował w jednej ze stołecznych firm jako nadzorca budowlany, czyli zwykły robol, tylko na wyższym stanowisku, nadal mając braci na utrzymaniu, chociaż ci dorabiali, gdzie tylko mogli. Wszyscy trzej wiedzieli, że chwila, gdy założą własną spółkę i pójdą na swoje, zbliża się wielkimi krokami, a może właśnie nadeszła?
To Patryk podsunął braciom pomysł najmu krótkoterminowego. Wiktor myślał o kupnie kilku mieszkań pod wynajem, ale to było ryzykowne, mało opłacalne i bardzo kosztowne przedsięwzięcie, Marcin rozważał inwestycję we własny hotel, jednak hotelarstwo nie było marzeniem żadnego z pozostałych braci. Ale znalezienie jakiejś perełki i dostosowanie jej pod najem krótkoterminowy, z podziałem na kilka samodzielnych mieszkań, w których ludzie zatrzymują się na parę dni, nie trzeba przy nich skakać, nie trzeba dla nich gotować, wystarczy tylko posprzątać i zmienić pościel? A jeśli inwestycja się powiedzie, sprzedać ją i kupić następną?
Tak, to wszystkim trzem spodobało się bardzo.
Trzeba było jedynie znaleźć coś w naprawdę dobrej lokalizacji, na co, przede wszystkim, było ich stać. I tu znów błysnął nieprzeciętną inteligencją Patryk, który jeszcze często miał ich potem zaskakiwać.
– Dlaczego właściwie ma to być Warszawa albo Kraków? – zapytał któregoś wieczoru, gdy z Marcinem wkuwali do zaliczenia, a Wiktor, zmordowany po długim dniu pracy, przeglądał kolejne strony z nieruchomościami na sprzedaż i, widząc ceny, zatrzasnął wreszcie laptop, zupełnie zniechęcony. Posłał młodszemu bratu wściekłe spojrzenie.
– A gdzie mam szukać? W Koziej Wólce?
– W Warszawie, Krakowie czy Trójmieście ceny są z kosmosu, a mieszkań na wynajem setki – ciągnął Patryk, niezrażony ani jego wzrokiem, ani tonem. – Trzeba kupić coś, gdzie ludzie przyjeżdżają, ale takich mieszkań nie ma. Są jakieś hotele, czy motele, są prywatne kwatery, lecz brakuje ładnych, niedrogich samodzielnych apartamentów na dwa-trzy dni.
Wiktor zaczął go słuchać uważniej. Marcin też oderwał wzrok od notatek i patrzył na brata.
– No mów, mów, bo wiem, że wpadłeś już na jakiś pomysł – ponaglił Patryka.
On zastrzegł się:
– Tylko nie obśmiejcie mnie od razu… Ja bym szukał jakiejś niewielkiej, uroczej kamieniczki w miejscu jakiegoś kultu, gdzie przybywają pielgrzymi. Prawdę mówiąc, myślałem o Wadowicach.
Wiktor i Marcin wpatrywali się w niego, nie wiedząc, czy kpi, czy mówi poważnie. Nagle odezwał się ten pierwszy:
– Patryk, jesteś genialny. Mówię serio: to fantastyczny pomysł. Do Wadowic ludzie będą przyjeżdżali przez następne dziesięciolecia. Sprawdzę, jaka jest tam baza noclegowa, jakie są ceny i… – zawiesił głos. – Zresztą zaraz się tym zajmę.
Otworzył laptop, zyskując nowe siły i nową nadzieję. Takich miejsc, do których zjeżdżają ludzie z Polski i całego świata jest wiele, ale Wadowice, miejsce urodzenia Jana Pawła II, to był strzał w dziesiątkę. Wymarzona perełka jakby czekała właśnie na nich: kamieniczka przy rynku, której okna wychodziły z jednej strony na dom Papieża Polaka, z drugiej – na spokojną uliczkę. Cenę miała wprawdzie wysoką, ale sądząc ze zdjęć, wydawała się być w dobrym stanie technicznym.
Pojechał tam następnego dnia, pal licho robotę, i wrócił z Wadowic rozpromieniony.
– Dom sprawia wrażenie rudery, dlatego odstrasza potencjalnych nabywców. Prawdę mówiąc, to kompletny bajzel – opowiadał braciom z podekscytowaniem, jakiego nie widzieli u niego chyba nigdy. – Będę szczery: przypomina naszą pierwszą kwaterę, tylko wielopiętrową. Pluskwy są tam na bank.
Tu młodsi bracia wstrząsnęli się, lecz słuchali dalej.
– Ale ja widzę w nim potencjał. Naprawdę! Gdyby zająć się tą kamienicą i wyremontować ją na tip-top, byłoby to piękne miejsce. Z klimatem.
– I pluskwami – wtrącił Marcin.
Patryk parsknął śmiechem.
– Mów dalej – zwrócił się do Wiktora, który jakby przygasł. – Ten głupek żartuje i tak samo chce mieć własną kamieniczkę, jak ty i ja.
– Spokojnie da się wygospodarować dziesięć małych mieszkań, każde z łazienką i aneksem kuchennym. – W oczach Wiktora ponownie błysnął płomień. – Pięć z oknami na rynek i pięć od drugiej strony. Pojedziemy tam razem, gdy tylko skończycie zaliczenia i…
– Po co mamy jechać? – przerwał mu Marcin. – Mówisz, że dom jest okej, pluskwy są, cena i lokalizacja pasuje, to go bierzemy!
– Musielibyśmy sprzedać mieszkanie po babci, a to nasze wspólne pieniądze i nie chcę decydować o nich sam – zastrzegł Wiktor.
– Bracie, po pierwsze, to była twoja babcia i mieszkanie jest twoje, po drugie: oddaję ci trzecią część pieniędzy z niego. Zrób z nimi, co uważasz za stosowne. Mam do ciebie sto procent zaufania – odparł Marcin, wzruszając ramionami i jakby z jego strony to było wszystko, wrócił do notatek, z których uczył się do egzaminu.
Wiktor, nieco oszołomiony, przeniósł spojrzenie na Patryka.

piątek, 16 września 2016

Leśna Polana Odcinek 9...

w którym Majka wkracza do akcji i pokazuje pazurki...


– Słuchaj, bracie, czy jestem wam pilnie potrzebny, czy mogę zabalować w tym Krakowie trochę dłużej? – rozległ się w telefonie Wiktora głos Marcina. Ponieważ w pokoju był Patryk, Wiktor przełączył na głośnomówiący.
Tak ci się wolność spodobała?
– Gdy wrócę i wam opowiem, gdzie i z kim spędziłem ostatnią noc, nie uwierzycie... – Zaczął się śmiać. Tak szczerze i serdecznie, że Wiktor posłał Patrykowi zdumione spojrzenie.
– Jak ciebie znam... – zaczął, ale Marcin przerwał mu:
– Nawet nie próbuj zgadywać. Mogę zostać, czy mam wracać?
– Ćpałeś coś? – zapytał podejrzliwie Patryk. Tak radosnego bliźniaka o tak wczesnej porze chyba nigdy nie słyszał.
– Ja nie ćpam, od kiedy przyrzekłem wam, że więcej tego nie zrobię – wycedził tamten. – I jestem niemal zupełnie trzeźwy. Nie byłem również na dziwkach.
– To nie wiem, z czego możesz być tak zadowolony...
Tamten znów się roześmiał.
– Mnie samego to dziwi, ale okazuje się, że można super spędzić noc bez picia na umór, kobiet i narkotyków, jeśli się znajdzie fajne towarzystwo. Opowiem wam jutro, bo dziś jesteśmy umówieni na powtórkę. Nara.
– Umówieni? Był w klubie dla gejów, czy co? – Patryk patrzył na gasnący wyświetlacz telefonu Wiktora równie zdumiony, co starszy brat.
– Tak się kończy spuszczenie ze smyczy – mruknął Wiktor. – Ciebie chyba przytrzymam na niej nieco dłużej.
– Jak będę chciał, to sam się zerwę – prychnął Patryk. – Jestem pełnoletni, braciszku, choć często zdajesz się o tym zapominać. Jedziesz ze mną do Pułtuska kupować tę swoją ruinę, czy mam cię wyręczyć?
– Jedź sam. Za bardzo mi na niej zależy. Gdyby coś poszło nie tak, chyba by mnie krew zalała.
– Mam umowę przedwstępną, Gomółkowie już pewnie przepili zaliczkę, więc co może stanąć nam na przeszkodzie? – Patryk wzruszył ramionami, pożegnał się żartobliwym salutem i ruszył do drzwi, pobrzękując kluczykami od porsche.
Pewnie by się zdziwił, gdyby mu powiedziano, że to coś, czy raczej ten ktoś, kto stanie braciom Prado na drodze do Leśnej Polany, właśnie podjeżdża pod nią śliczną czerwoną mazdą.

Majka wysiadła pod domem, skąpanym w promieniach popołudniowego słońca, już zupełnie spokojna. Wcześniej poprawiła w lusterku wstecznym makijaż, przejechała błyszczykiem po ustach i teraz, brodząc w niekoszonej od dawna trawie, wdychała świeże, leśne powietrze i cieszyła się mimo wszystko urokiem tego miejsca. Zapachem kwitnącej lipy, śpiewem ptaków, żywą zielenią otaczającej ją przyrody. Może taki domek w lesie to niegłupi sposób na rozpoczęcie nowego życia? Może ona sama powinna znaleźć podobny azyl dla siebie i uciekać przed swoimi demonami do leśnej głuszy, zamiast w ramiona coraz to nowych, obcych facetów? Trzeba się nad tym zastanowić...
Usiadła na ławeczce pod lipą, przymknęła powieki i przez długą rozkoszowała się chwilę spokojem panującym dookoła. Nagle gwałtownie otworzyła oczy i wbiła spojrzenie w okno, gdzie powinna być tabliczka z numerem telefonu.
Zniknęła!
Majka poderwała się na równe nogi. Błogi spokój prysł jak bańka mydlana.
Może spadła? Podbiegła pod dom, przeszukała okolice, obiegła go dookoła. Tabliczki nigdzie nie było.
Szarpnęła za klamkę. Drzwi ani drgnęły.
I co teraz? Przecież nie zadzwoni do Gabrieli jak gdyby nigdy nic, zapytać o ten numer telefonu! Musi znaleźć właścicieli, tylko gdzie ich szukać?!
U sołtysa – podpowiadał rozsądek. Tyle że Majka nie wiedziała nawet, co to za wieś! Na szczęście wiedział to jej smartfon...
– Bardów Duży – powtarzała za aplikacją, wskakując za kierownicę i ruszając tak gwałtownie, jakby od znalezienia sołtysa miało zależeć jej życie. – Może być i Bardów, nawet Duży, byle ten dom był nadal na sprzedaż, bo jeśli się okaże, że to już nieaktualne... – Wolała nawet nie myśleć, co wtedy. Musiałaby siłą wyrwać go z gardła nowym właścicielom, bo może jej życie od posiadania Leśnej Polany nie zależało, ale już życie Gabrysi owszem.
Nawigacja co chwila traciła zasięg i orientację, gdzie w ogóle się znajdują, więc Majka błądziła nieco, zanim wyjechała w końcu na główną drogę wsi. Potem – a wokół żywego ducha, którego można podpytać – musiała jeszcze odnaleźć dom sołtysa, odszukać go w oborze, odganiając ujadającego kundla i...
– Nie, pani, ta chałupa w lesie nie należy do Bardowa. Ej, Kazek, ta chałupa w lesie…
– Jaka chałupa? – rozległo się z drugiej strony obory, zupełnie jakby ów Kazek nie przysłuchiwał się przez cały czas, o czym sołtys rozmawia z miastową.
– No ta, z balkonem.
– Aaaa, ta. To już chyba Środoń.
– A nie Przygodne czasem?
Kazek podszedł, zdjął czapkę i zafrasowany drapał się długą chwilę w łysą czaszkę.
– Może być i Przygodne.
– Taaa, to chyba Przygodne. Pani tam popyta.
– A gdzie jest to Przygodne? – Majka naprawdę starała się być grzeczna i cierpliwa, ale kosztowało ją to coraz więcej wysiłku. Czuła, że czas się kończy i to przeczucie jeżyło jej włosy na karku.
Sołtys wyszedł na drogę i zaczął tłumaczyć tak zawile, że Majka straciła orientację już po „starej wierzbie na rozstajach”.
– Ale prościej będzie, jeśli wrócisz pani na główną asfaltówkę i skręcisz w pierwszą w lewo, za drogą do tej chałupy. Na końcu to właśnie Przygodne.
Majka miała ochotę go skląć, bo od tego mógł zacząć, zamiast tego jednak podziękowała grzecznie, zawróciła niemal w miejscu swoją mazdą i pognała wyboistą drogą ku asfalcie, tak jak ją ponownie ogłupiała nawigacja usiłowała poprowadzić.
Na szczęście drogę do Przygodnego znalazła szybciej. Ale już sołtysa wcale. Dom z czerwoną tabliczką był zamknięty na głucho.
Za to zza płotu wychylił się ciekawski sąsiad. Takie samochody – nieco już przykurzone – i takie kobiety, całkiem przyjemne dla oka, rzadko w tych okolicach widywano.
– Sołtys w mieście, do doktora pojechał z dzieciakiem – wyjaśnił, zanim zdążyła zadać pytanie.
Szczęśliwa, że ktoś życzliwy chce jej pomóc, podbiegła do rosłego, barczystego faceta, który  taksował ją wzrokiem, żując od niechcenia źdźbło trawy.
– Ja właściwie nie o sołtysa chciałam zapytać, a o właścicieli domu w lesie, tej starej chałupy z balkonem – wyjaśniła na jednym oddechu.
– Aaa... O Gomółków...
– T-tak, o Gomółków. Wie pan może...?
– Co sobie będziemy „panować”, Marian jestem. – Wyciągnął do niej przez płot wielką jak łopata, spoconą rękę. Uścisnęła ją i rzuciła pospiesznie:
– Majka. Więc ci Gomółkowie, to...
– Może wstąpisz na herbatę albo kawę? Żona jeszcze w pracy... – zawiesił głos z nadzieją, że ta piękna istota rzeczywiście skorzysta z zaproszenia, a wtedy... kto wie, co mu da za informację o Gomółkach.
– Z chęcią, ale nie teraz. Spieszę się. To sprawa życia i śmierci – odparła, rzeczywiście coraz bardziej wierząc, że tak jest.
– Młodzi Gomółkowie opijają sprzedaż tej chałupy... – zaczął.
Majka jęknęła. Nogi się pod nią ugięły i musiała się przytrzymać płotu.
– A starsi u notariusza, podpisują papiery.
Natychmiast się wyprostowała.
– U którego notariusza? Wiesz może? Proszę... – Złożyła błagalnie dłonie.
– A dasz chociaż buziaka? – Uśmiechnął się szeroko.
– Dam, ale nie teraz. U którego...?
– W mieście.
– W Warszawie?! – Znów jęknęła. W oczach rozbłysły jej łzy frustracji i zawodu.
– Nie we Warszawie, tutaj, w Pułtusku.
I znów przypływ nadziei. W Pułtusku musi być nieco mniej notariuszy niż w Warszawie. To pewne.
– Wiesz może, u którego? Na jakiej ulicy?
Ale Marian już wzruszał ramionami, a ona już biegła do mazdy, pytając swój smartfon o kancelarie notarialne w Pułtusku.
W pierwszej żadnych Gomółków nie znalazła. W drugiej również nie. Dopiero w trzeciej...

piątek, 2 września 2016

Leśna Polana Odcinek 8...



 ... w którym Gabrysia wraca do bolesnych wspomnień.

Nad Warszawą powoli zapadał wieczór.
Wiktor stał w oknie swego wspaniałego apartamentu, patrzył przed siebie na rozświetlające się latarniami miasto i słuchał Marcina, który przez telefon zdawał mu dokładną relację ze stanu kamienicy.
- Wiesz co? – przerwał mu w końcu. – Zostaw to urzędnicze pieprzenie. Interesuje mnie twoja i tylko twoja opinia – W tych słowach nie było cienia kpiny. Marcin był współwłaścicielem firmy należącej do nich trzech. Jego słowo w tych sprawach liczyło się tak samo, jak Wiktora i Patryka.
- Moim zdaniem szkoda zachodu.
- To wracaj.
- Skoro już tu jestem, rozejrzę się na miejscu. Wpadło mi w oko coś innego...
- Chyba ktoś, a nie coś. Czy ty kiedykolwiek dorośniesz...?
- Wyobraź sobie, że mówię teraz o innej kamienicy sto razy lepszej niż ta twoja – obraził się Marcin. – Gdybym chciał iść w miasto, to powiedziałbym otwarcie, zostaję na noc zaszaleć tym razem w Krakowie, z dala od was dwóch.
- Okej, okej – odezwał się pojednawczo Wiktor, myśląc jednocześnie, że chyba naprawdę trzyma młodszych braci na zbyt krótkich smyczach.
Nigdy nie znajdą swoich wymarzonych miłości, jeśli on nie pozwoli im na poszukiwania. Marcin kilka razy odważył się przyprowadzić na wspólną kolację czy lunch potencjalną narzeczoną. Czekał potem na opinię starszego brata w takim napięciu, jakby Wiktor jednym słowem mógł przekreślić jego szczęście. I tak było. Nawet nie musiał nic mówić. Lekkie uniesienie brwi, niemal niezauważalne skrzywienie ust i dziewczyna więcej się nie pojawiała. Patryk nie odważył się przedstawić bratu jeszcze żadnej.
Ta myśl zmroziła Wiktora. Można być despotą, czy sadystą na wiele sposobów. Niekoniecznie trzeba brać do ręki pas albo kabel i bić do nieprzytomności. Ciągłe potępianie, poniżanie, czy podłe słowo boli czasem bardziej niż uderzenie.
- Oglądać tę kamienicę, czy nie? – przerywa mu te rozmyślania zniecierpliwiony głos młodszego brata. No tak, przecież nadal rozmawiają przez telefon.
- Obejrzyj i... wiesz co, dzieciaku? Wykorzystaj okazję, że faktycznie obaj jesteśmy daleko, i zabaw się w tym Krakowie. Gdyby cię przyskrzynili, masz prawo do jednego telefonu. Patryk cię wyciągnie.
- A ty swoje... – żachnął się Marcin, ale Wiktor mówi poważnie:
- Wystarczy, że ja w tym naszym popieprzonym trio nie potrafię korzystać z życia. Chociaż wy dwaj się tego nauczcie. Zaszalej, bracie, masz moje błogosławieństwo. Patrykowi, gdy tylko wróci, powiem to samo.
Po drugiej stronie zapadła na chwilę cisza, a potem odezwał się pełen zdumienia głos Marcina:
- Słyszycie to, niebiosa? Mój starszy brat normalnieje! Alleluja! Wypiję dzisiaj twoje zdrowie Wiktor. Twoje i Patryka. I...
- Pij do woli, bylebyś dożył do rana i wrócił w miarę cały do domu.
Rozłączył się i uśmiechnął. Chyba uszczęśliwił właśnie swojego młodszego brata. I to nie pozwoleniem na picie do rana, a... na normalność. Bo przystojny, wolny i bogaty facet w wieku Marcina to właśnie powinien robić po pracowitym dniu: dobrze się bawić, a nie udawać, że się dobrze bawi pod kontrolą wściekłego i znudzonego Patryka.
Wiktor nadal stał w oknie i patrzył przed siebie.
Jak można pomóc drugiemu z braci?
Patryk nie ustępował urodą i inteligencją Marcinowi, jeśli chciał, potrafił przyćmić ich obu krótką, celną ripostą, czy urokiem, ale tylko w biurze, czy w kancelarii prawniczej. Na co dzień był – do czego nie przyznałby się nawet na torturach – nieśmiały i wycofany. Zamknięty we własnym świecie, do którego nawet dwie najbliższe mu istoty, którym ufał bezgranicznie – jego bracia – nie mieli wstępu.
Marzył o tym samym, co oni: szczęśliwej, pełnej rodzinie. Żonie. Dzieciach.
Spotykał kobiety, to oczywiste, w pracy, na ulicy, w klubach, do których ciągnął go Marcin, jednak... Ciągle oceniał je oczami nie swoimi, a Wiktora. Co starszy brat powiedziałby o tej? A co o tamtej? Ta by się mu pewnie nie spodobała, zbyt wyzywająco ubrana, a ta ma za ostry makijaż, z tą zaś nie można porozmawiać o niczym więcej niż tipsach...
Wiktor potarł twarz. Boże, co on tym swoim dzieciakom zrobił?! Tak ich wytresował, że stali się jego kopiami, zamiast pozostać sobą! A przecież chciał ich przed tym ocalić! Pragnął tylko i wyłącznie ich szczęścia!
Opadł na kanapę pokonany przez samego siebie. Pod powiekami poczuł palące łzy. Strach przed miłością, czy raczej jej utratą, mimowolnie zaszczepił braciom. Nie kochaj, bo będziesz cierpiał. Ile mieli lat, gdy spotkał Gabrysię? Dwadzieścia trzy. Widzieli jego rozpacz. Widzieli, jak codziennie wychodzi w środku nocy, by chociaż spojrzeć w okna jej domu. Słyszeli jak czasami walił pięścią w poduszkę, albo dla odmiany wgryzał się we własną pięść, by powstrzymać szloch.
Taką miłość im obu pokazał.
Wpił palce we włosy. Wiedział, co powinien zrobić już dawno temu, tego dnia, kiedy wrócił od Antoniego Leszeńskiego i pierwszy i ostatni raz upił się do nieprzytomności, szlochając i bełkocząc coś bez sensu. Patryk i Marcin siedzieli przy nim do rana, przerażeni. Gdy się ocknął, jakimś cudem we własnym łóżku, nadal siedzieli wpatrzeni w jego półprzytomne oczy.
- On wrócił? – odważył się zadać pytanie Marcin.
Już wtedy, w tamtej chwili powinien odpowiedzieć: „Tak. Wrócił i przypieprzył mi, jak nigdy dotąd”. Ale skłamał. Dla ich dobra.
- Nie. Zerwałem z Gabryśką. Dajcie mi spokój.
Wstał, odepchnął ich i wyszedł.
Teraz przyszedł czas na wyznanie prawdy, albo zniszczy Patrykowi i Marcinowi życie. Musi się tylko zebrać w sobie. Musi się zdobyć na odwagę, by powrócić do tamtych dni, do samego początku, gdy oni mieli po pięć lat, a on leżał we krwi pośrodku pokoju i po raz pierwszy mówił bez słów swym braciom, skulonym pod łóżkiem niczym dwa przerażone króliki: „Milcz. Ani drgnij. Nie waż się nawet głośniej odetchnąć. Wytrzymaj. Milcz”.